fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Opinie

Janusz Jankowiak: Dług przeszkadza? Do licha z długiem

iStockphoto
W przypadku Polski, kraju spoza strefy euro, zniesienie limitu zadłużenia może mieć poważne reperkusje rynkowe.

Deficyt sektora finansów publicznych w ujęciu ESA 2010 może zbliżyć się w tym roku do 10 proc. PKB. Takiego deficytu jeszcze w Polsce nie mieliśmy. Dług publiczny w ujęciu Eurostatu przekroczy 60 proc. PKB. Takiego długu także jeszcze nie mieliśmy. Różnica między polską statystyką państwowego długu publicznego (PDP) a ESA 2010 sięgnie ok. 12 proc. PKB. Tego też jeszcze nie było.

Właśnie uchylona została stabilizacyjna reguła wydatkowa. Powrót do reżimu limitującego przyrost wydatków publicznych nie nastąpi – według moich szacunków – wcześniej niż w roku 2023. Konsolidacja fiskalna będzie więc bardzo powolna i nie obejmie wszystkich elementów sektora, gdzie rząd uplasował wydatki sięgające kwoty kilkudziesięciu miliardów złotych. Obraz SFP pozostanie więc w dalszym ciągu niepełny, a przede wszystkim wciąż będzie nieprzejrzysty.

Jeśli przyrost długu jest denominowany w walucie krajowej, to o kosztach obsługi zadłużenia przesądza wysokość stóp procentowych kontrolowanych przez bank centralny. Koszty obsługi długu muszą plasować się poniżej dynamiki nominalnego PKB, co stanowi podstawę powstrzymania przyrostu długu w relacji do PKB.

NBP, chcąc umożliwić rządowi kontrolowanie przyrostu zadłużenia, musi więc de facto oprzeć strategię w polityce monetarnej na kontrolowaniu nominalnego poziomu PKB (nominal GDP targeting) lub skupić się na kontrolowaniu krzywej dochodowości (yield curve control), czyli rynkowych stóp procentowych, poprzez aktywną obecność na rynku długu. W obu wypadkach bank centralny porzuca wtedy strategię bezpośredniego celu inflacyjnego (DIT). Może to zostać zrobione otwarcie w ramach rewizji założeń polityki pieniężnej lub skrycie. W każdym wypadku wiarygodność banku wystawiona zostaje jednak na szwank, kiedy zaczynają rosnąć oczekiwania inflacyjne. Bo wzrost inflacji zagraża niezależności banku.

Dyskusja na temat wyboru właściwej strategii w polityce monetarnej banków centralnych przetoczyła się przez świat gospodarek rynkowych już ładnych kilkanaście lat temu. Wówczas wygrała bezapelacyjnie strategia bezpośredniego celu inflacyjnego.

Dlaczego dziś ten kotlet jest odgrzewany? Bo chwilowo bilans ryzyka w większości krajów wskazuje na brak zagrożeń ze strony inflacji i dużą niepewność co do wzrostu gospodarczego, wspieranego masywnym wzrostem długu publicznego. Stąd rozkwit tzw. Modern Monetary Theory (MMT), gdzie dług w ogóle nie jest problemem, a wręcz przeciwnie jest bezpiecznym instrumentem wspierania wzrostu gospodarczego w warunkach niskich stóp procentowych. MMT wciąż plasuje się poza głównym nurtem ekonomii. Ma grupę entuzjastycznych wyznawców. Ale także wielu prominentnych krytyków. Również wśród ekonomistów o wyraźnie lewicowym przechyle. MMT nigdzie też nie stała się oficjalną polityką banku centralnego wspieraną dodatkowo przez rząd. Aprobatywne podejście do wzrostu długu publicznego, jako narzędzia stabilizacji makroekonomicznej, jest wciąż jeszcze oksymoronem. Przynajmniej w języku ekonomii.

Ale ostatnio to rewizjonistyczne podejście do zasadniczych instrumentów polityki makroekonomicznej – polityki monetarnej i fiskalnej – próbuje z pewnym opóźnieniem zagościć i w Polsce. Jednak w naszym wypadku ma to wymiar szczególnie karykaturalny. Bo oto, w sytuacji gdy zderzamy się z kolejnymi limitami długu publicznego, podstawowym argumentem w dyskusji zaczyna być postulat ich zniesienia. „Arbitralnie ustalone", „zbędne", „ograniczające możliwości rozwoju" – takie to są te argumenty. Czyli, jeśli dochodzisz do ściany, to ją rozwal? To ma być poważna rozmowa? Jak nie dajesz rady zmieścić się w celu, to go przesuń lub zlikwiduj? Jak nie dajesz rady przestrzegać reguł, to je zaatakuj i znieś?

Można się było tego spodziewać. Przyrost długu poza limitami gwarantowany przez usunięcie stabilizującej reguły wydatkowej, to za mało. Bo rząd potrzebuje jeszcze więcej długu. A na więcej niż 60 proc. PKB (w ujęciu polskim PDP) nie pozwala konstytucja. Stąd szturm na te 60 proc. przypuszczony z wielu stron równocześnie. Bez ładu i składu. Ze słabym merytorycznym uzasadnieniem. Ale za to z olbrzymim tupetem.

Bo w naszym wypadku problem polega na tym, że nawet pomoc ze strony banku centralnego, polegająca na utrzymywaniu stóp procentowych poniżej dynamiki nominalnego PKB, nie gwarantuje sukcesu. W wydatkach budżetu pozycję dominującą zajmują bowiem długookresowe wydatki zdeterminowane, gwarantowane zapisami ustawowymi lub doraźnymi i wciąż przybierającymi na wadze zobowiązaniami polityków. W takiej sytuacji pomimo asysty, jakiej rządowi dostarcza bank centralny, relacja długu do PKB będzie rosła. I to tym szybciej, im niższa będzie dynamika nominalnego PKB.

Mam poważne obawy, że fundamentalna kwestia dalszego poluzowania rygorów fiskalnych nie wzbudzi takiego jak powinna zainteresowania opinii publicznej. Dlatego trzeba zrobić wszystko, żeby ją nagłośnić. W przypadku Polski, kraju znajdującego się przecież poza strefą euro, zniesienie limitu zadłużenia może mieć bowiem poważne reperkusje rynkowe. Analogie do tolerowanego przez rynek wysokiego zadłużenia innych krajów w Unii, ale zarazem przecież członków strefy euro, są kompletnie chybione. W ich wypadku nie występuje ryzyko kursowe, a szerokość spreadu na obligacjach rządowych jest skutecznie kontrolowana przez EBC, prowadzący politykę nieograniczonego skupu aktywów.

Destabilizacja finansów publicznych jest największym obecnie zagrożeniem dla polskiej gospodarki w średnim i długim okresie. Dlatego destabilizację trzeba pokazywać jako tratwę ratunkową i drogę w świetlaną przyszłość. Jest to prawdziwie żenujący spektakl.

Autor jest głównym ekonomistą Polskiej Rady Biznesu, dwukrotnym zwycięzcą w konkursie NBP i „Rzeczpospolitej" na najlepszego analityka makroekonomicznego roku

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA