fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Opinie

Andrzej Rzońca: Ile zapłacimy za epidemię

Bloomberg
Skierowanie pomocy do tych, którzy najbardziej jej potrzebują, nie wymaga skomplikowanych kryteriów, których chce rząd. Państwo w ostrej fazie epidemii musi zdać się na samoocenę przedsiębiorców, na ile potrzebują wsparcia, i sprawdzać ją dopiero ex post.

Istnieje bardzo duża niepewność co do długości trwania pandemii COVID-19 i zamrożenia gospodarki. Niepewność ta odbiera jakikolwiek sens punktowym prognozom wzrostu.

Najlepsze co chyba można zrobić, próbując ocenić koszty gospodarcze epidemii, to odwołać się do doświadczeń. Hiszpanka obniżyła wzrost PKB w krajach nią objętych przeciętnie o 6 pkt proc. Gdyby z kolei bazować na doświadczeniach Tajwanu po wybuchu SARS w 2003 roku, można by oczekiwać osłabienia wzrostu o 1-3 pkt proc. Ale ten koszt trzeba powiększyć o skutki globalnej recesji, która jest coraz bardziej prawdopodobna, a wielu twierdzi, że przesądzona. Gdyby była porównywalna do tej z 2009 roku, dla Polski oznaczałaby obniżenie wzrostu o kolejny punkt do 3 pkt proc. Jako że przed rozlaniem się epidemii, prognozy wzrostu dla naszego kraju na br. mieściły się w większości w przedziale od 2 do 3 proc., recesja u nas jest coraz bardziej prawdopodobnym scenariuszem. Polska gospodarka może się skurczyć po raz pierwszy od 29 lat.

Niemniej nasz kraj powinien poradzić sobie z epidemią dużo lepiej niż większość objętych nią krajów. Nasza gospodarka nie jest uzależniona od pojedynczego sektora. Zarazem sektor, który najbardziej ucierpiał na epidemii, czyli turystyka, nie odgrywa w niej dużej roli. Amortyzatorem spadku popytu zewnętrznego będzie – jak w przypadku poprzednich okresów dekoniunktury na świecie – płynny kurs złotego, który się osłabia. Z kolei przed nadmiernym osłabieniem, które zagroziłoby wypłacalności podmiotów mających zobowiązania w walucie, chroni nas nadwyżka eksportu nad importem i transfery z Unii Europejskiej, które z naddatkiem pokrywają nadwyżkę dochodów obcokrajowców z tytułu inwestycji i pracy w naszym kraju nad odpowiednimi dochodami z zagranicy naszych obywateli. Wreszcie, importujemy surowce energetyczne, a więc skorzystamy na załamaniu się ich cen na rynkach światowych.

Dodatkowo jesteśmy silnie gospodarczo powiązani z Niemcami. Kraj ten ma duże rezerwy na złagodzenie kosztów epidemii. W tłustych latach zadbał o ich powiększenie. To zapewnia mu szerokie pole manewru w polityce gospodarczej. Z kolei sprawność i profesjonalizm niemieckiego państwa daje mocne gwarancje, że dobrze je wykorzysta, co pomoże i nam (w poprzednich dziesięciu latach sektor eksportowy odpowiadał za dwie trzecie wzrostu polskiej gospodarki).

My takiej przestrzeni co prawda nie mamy. Premier Morawiecki przyznał 30 marca w Senacie, że jego rząd nie przygotował kraju na trudne czasy. Premier ostrzegał nawet, że może nam grozić kryzys walutowy lub bankowy, gdyby próbowano naprawić „tarczę antykryzysową", skonstruowaną tak, żeby z pomocy państwa skorzystało możliwie mało pracowników i firm, możliwie późno i w możliwie małej skali. Choć druga część jego ostrzeżenia jest z gruntu fałszywa (zapewnienie bezpieczeństwa finansowego państwa wymaga bowiem skutecznej ochrony firm przed odcięciem od płynności, które musiałoby doprowadzić do masowych upadłości i zwolnień), to pierwsza dobrze obrazuje zagrożenie, w które wepchnęła nas beztroska konsumpcja na kredyt i zapchanie banków rządowymi obligacjami w tłustych latach oraz rezygnacja z elastycznej linii kredytowej w MFW, czyli ubezpieczenia od nagłego braku możliwości pokrycia potrzeb pożyczkowych państwa. Ale naszą silną stroną jest duża zdolność do adaptacji. Wielu ludzi wyniosło ją ze schyłkowych lat socjalizmu, który był permanentnym kryzysem. Podtrzymał ją i rozwinął okres transformacji, w którym niemal wszystko w państwie musiało się zmienić.

Mam także nadzieję, że koszty zdrowotne epidemii nie będą u nas tak duże jak w innych krajach Europy. Są na to szanse. Mimo że polskie społeczeństwo szybko się starzeje, to wciąż jest młode na tle innych. Jesteśmy mniej zurbanizowani, jak również dużo mniej podróżujemy po świecie. Liczba przelotów jest u nas mniejsza nawet niż w Austrii, która ma cztery razy mniej mieszkańców. Wreszcie, wielu ludzi samodzielnie zabezpiecza się przed epidemią i jej skutkami, bo ma świadomość, że na państwo nie może liczyć.

Jeżeli mając takie atuty, polska gospodarka nie poradzi sobie z epidemią dużo lepiej niż większość innych krajów, to wyłącznie za sprawą nieudolnej władzy. Przez ponad miesiąc nie potrafiła ona ani zapewnić pracownikom ochrony zdrowia niezbędnego zabezpieczenia przed zarażeniem, ani uruchomić masowych testów na występowanie wirusa. Pierwsze zaniechanie grozi tym, że system ochrony zdrowia stanie się niewydolny przy dużo mniejszej liczbie chorych niż w innych krajach. Drugie natomiast będzie wydłużać okres zamrożenia gospodarki i – w efekcie – zwiększać koszty gospodarcze, jak również zagrożenie dla zdrowotności społeczeństwa (bo ograniczy możliwości finansowania ochrony zdrowia).

Na tym jednak nie koniec dramatycznych błędów w zarządzaniu kryzysem. Rząd, beztrosko konsumując w tłustych latach, teraz usiłuje oszczędzać, ale nie na tym, co potrzeba. Zamiast zrezygnować chociaż z części prezentów socjalnych, ogranicza wsparcie dla ciężko pracujących na zachowanie ich miejsc pracy. Takie głupie oszczędzanie będzie budżet drogo kosztować, bo nasili upadłości i zwolnienia.

Mając bardzo szczupłe zasoby (co przyznał wreszcie i premier, który je roztrwonił), państwo musi je skoncentrować na zapewnienie wydolności ochrony zdrowia oraz wsparcie pracowników i firm najbardziej dotkniętych przez epidemię. Wszyscy muszą ponieść tego koszt – także dotychczasowi beneficjenci wydatków publicznych. Im bardziej równomiernie zostanie on rozłożony, tym mniejsze jest ryzyko, że dla dużej części obywateli okaże się on nie do uniesienia.

Skierowanie pomocy do tych, którzy najbardziej jej potrzebują, nie wymaga skomplikowanych kryteriów, których chce rząd. Państwo w ostrej fazie epidemii musi zdać się na samoocenę przedsiębiorców, na ile potrzebują jego wsparcia, i sprawdzać ją dopiero ex post. Skądinąd za rezygnacją z biurokracji w ostrej fazie epidemii przemawia także konieczność ograniczenia kontaktów między administracją a przedsiębiorcami z powodów zdrowotnych. Żeby pomoc trafiła głównie do tych, którzy bez niej sobie nie poradzą, trzeba stworzyć zachęty dla pozostałych do niesięgania po nią, np. w postaci bonifikaty w ciężarach fiskalnych uiszczanych na bieżąco, czy zwolnienia z podatku bankowego kredytów dla firm, które nie skorzystają z gwarancji państwa.

Wspieranie wszystkich po równo nie miałoby sensu, nawet gdyby państwo w tłustych latach zgromadziło potrzebne do tego zasoby. Obecny spadek aktywności gospodarczej wynika głównie z powodów podażowych. Duża część działalności została zatrzymana lub ograniczona albo przez regulacje państwa, albo absencję pracowników – chorych, chroniących swoje zdrowie lub opiekujących się swoimi dziećmi. Jeśli wiele firm nie jest w stanie wytworzyć, skompletować lub dostarczyć dóbr, które oferowało w normalnych czasach, to generalna stymulacja popytu musiałaby podbić ceny. Realne dochody ludzi ucierpiałyby dodatkowo przez inflację.

Taka polityka w sytuacji, w której państwo nie ma odpowiednich rezerw, bo poszły na partyjne rozdawnictwo w tłustych latach, byłaby jeszcze groźniejsza. Zwiększałaby ryzyko, że pożyczać rządowi będzie gotowy głównie bank centralny. Już teraz, choć zabrania mu tego konstytucja, ostro drukuje puste pieniądze dla budżetu, korzystając z pośrednictwa państwowych banków. Gdyby rząd i NBP wystraszyli innych wierzycieli państwa, to złotego czekałby ostry zjazd w dół.

Głównie podażowy charakter spadku aktywności gospodarczej daje szanse na silne odbicie, kiedy minie epidemia. Żeby jednak do niego doszło, państwo nie może dopuścić, aby ograniczenia w podaży, do których się przyczynia walcząc z epidemią, przekształciły się w trwałe zmniejszenie zdolności wytwórczych. Jak widać, skoncentrowanie zasobów na zapewnienie wydolności ochrony zdrowia oraz zapobieżenie masowym upadłościom i zwolnieniom, nie tylko ograniczyłoby koszty epidemii, ale też przyspieszyłoby powrót do wysokiej aktywności później. Zarazem zabezpieczałoby finanse publiczne przed załamaniem (a w efekcie zdrowie zarówno obywateli, jak i firm), gdyby epidemia lub jej negatywne skutki gospodarcze na świecie się przedłużały.

Jeśli natomiast państwo doprowadzi do trwałego ograniczenia podaży, to po epidemii będzie musiało dusić popyt, żeby ograniczyć nierównowagę w gospodarce. Będzie też miało mniej amunicji na wypadek, gdyby wróciła epidemia lub dekoniunktura na świecie okazała się uporczywa.

Andrzej Rzońca jest profesorem w Szkole Głównej Handlowej w Warszawie. Był przewodniczącym Towarzystwa Ekonomistów Polskich i członkiem Rady Polityki Pieniężnej.

Źródło: rp.pl
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA