fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Opinie

Tomasz Justyński: Rozwód, hipoteka i wspólny pies

Adobe Stock
O zwierzęciu domowym nie można decydować jak o przedmiocie martwym. Nie wolno też stosować w drodze analogii przepisów o prawie do kontaktów z dzieckiem – pisze profesor.

Rozwód organizuje definitywne rozłączenie małżonków na przyszłość. Z założenia rozłączenie pełne. Oczywiście natura rzeczy jest taka, że nie zawsze jest to możliwe. Najczęściej pozostaje troska o wspólne dzieci, ich utrzymanie, wychowanie i wykształcenie. Troska zwykle wieloletnia.

Czasy się jednak zmieniają. Coraz więcej małżeństw nie ma dzieci. Jedynie prima facie zaskakiwać może spostrzeżenie, że również w tych przypadkach rozwód coraz częściej wcale nie oznacza definitywnego rozbratania małżonków. Zwykle nadal łączy ich wspólnie zaciągnięty kredyt mieszkaniowy i zabezpieczająca go hipoteka. Oba balasty okazują się bardziej trwałe niż nieaktualne uczucie. Oba rodzą też nieoczywiste problemy prawne i praktyczne, jak choćby pytanie o rozliczenia pomiędzy małżonkiem spłacającym ratę kredytu i tym, który czynić tego nie chce.

Walka o czworonoga

Znakiem czasu jest jednak inne – prawdziwie zdumiewające i wywołujące uśmiech – zjawisko. Mianowicie spór o wspólnego dotychczas czworonoga domowego. Ulubionego psa lub kota. Spór nie tyle o niego, ile o prawo do kontaktów z nim dla tego z małżonków, który w wyniku podziału majątku pupila nie dostał.

Judykatura polska nie została jak dotąd skonfrontowana z koniecznością rozstrzygania o prawie do porozwodowego kontaktu z psem lub kotem przyznanym w ramach podziału majątku byłemu współmałżonkowi. Przynajmniej nie ma śladu takich orzeczeń publikowanych. Inaczej jest w sądach zagranicznych. Szczególnie intensywnie zagadnieniem zmuszony był zajmować się francuski wymiar sprawiedliwości oraz, nieco później, niemiecki. Ciekawe, że do wspólnego końcowego rezultatu doszły one odmiennymi ścieżkami.

Bez analogii

Najprawdopodobniej jako pierwszy z żądaniem rozwiedzionego małżonka domagającego się uregulowania kontaktów z psem skonfrontowany został sąd w Paryżu. Rzecz miała miejsce już na początku lat 80. XX wieku. Małżonek-powód żądał przyznania prawa do spędzania z psem pierwszego i trzeciego weekendu w miesiącu i części wakacji. Podstawą prawną miały być zastosowane w drodze analogii przepisy o prawie do kontaktów z dzieckiem.

Cour d'appel de Paris nie miał cienia wątpliwości, że wskazywany przez powoda art. 254 k.c. fr. ma zastosowanie wyłącznie do ochrony relacji małżonków i dzieci. Nie może natomiast służyć do zabezpieczania kontaktów ze zwierzętami domowymi. Już samo posłużenie się terminologią ustawową zastrzeżoną dla kontaktów z dziećmi (droit de visite et d'herbergement) sąd uznał za nieakceptowalne, stanowiące niedopuszczalne nadużycie, a nawet bulwersujące.

Wkrótce przed analogicznymi wyzwaniami stanęły inne sądy francuskie. Również one nie miały wątpliwości co do kierunku orzekania. Posługując się argumentacją przedstawioną przez sąd apelacyjny w Paryżu, konsekwentnie oddalały powództwa. Także we francuskiej doktrynie prawniczej szybko zaakceptowane zostało przekonanie o niedopuszczalności analogii do dzieci w związku z „kontaktami z domowymi czworonogami". Mimo upływu czasu, a w konsekwencji pomimo postępujących zmian obyczajowości, ta zasada nigdy nie była kwestionowana i również dzisiaj jest w pełni aktualna.

Tymczasem w pułapkę orzekania na podstawie przepisów o kontaktach z dzieckiem dał się zapędzić – całą dekadę później – sąd niemiecki. Został za to solidnie ukarany huraganową i nie wolną od złośliwości, ale jednak w pełni zasłużoną krytyką zarówno w piśmiennictwie prawniczym, jak i w szerokich mediach.

Mianowicie w 1996 r. Sąd Rejonowy w Bad Mergentheim (1 F 143/95) decydował o kontaktach z blisko dziesięcioletnim pudlem. Być może przyczyną pozytywnego orzeczenia o styczności była tu zaprojektowana przez strony ugoda, która ostatecznie nie doszła do skutku, gdyż była żona w terminie uchyliła się od niej. Sąd w postępowaniu niejako „odtworzył" jej postanowienia.

Najpierw powołano biegłego weterynarii, aby ocenił, co służy, a co nie służy „dobru psa". Biegły nie miał wątpliwości co do braku niebezpieczeństwa wystąpienia negatywnych następstw psychofizycznych u psa związanych z projektowaną regulacją. Przy ocenie kierował się głównie radosnym zachowaniem psa na sali sądowej, który na widok powoda natychmiast do niego podbiegł, merdając ogonem. Sąd przyznał prawo do styczności. Uznał, że uregulowanie kontaktów na wzór i podobieństwo regulacji dotyczącej rodziców i dzieci jest nie tylko prawnie dopuszczalne, ale też in concreto pożądane. Odpowiada bowiem „dobru psa".

Trudno oprzeć się wrażeniu, że istotę rzeczy zdecydowanie lepiej opisała i uzmysłowiła medialna krytyka orzeczenia niż jego formalne jurydyczne uzasadnienie. Prasa wychwalała zastosowaną przez sąd ochronę danych osobowych psa, polegającą na podaniu jedynie pierwszej litery jego imienia. Przewrotnie zastanawiano się, czy nie było błędem wskazanie rasy psa. Sygnalizowano, że podanie informacji, iż chodzi o pudla, nie było konieczne dla ustalenia kontaktów, a mogło mieć dyskryminacyjny charakter. Istotne wątpliwości budziły niedostateczne kwalifikacje biegłego. Pytano, jawnie prześmiewczo, czy fachowa wiedza powołanego jako biegłego weterynarza legitymującego się jedynie stopniem naukowym doktora, była wystarczająca i czy nie należało dopuścić dodatkowej opinii profesora z instytutu naukowego. Równie poważnie zastanawiano się, czy sąd nie zaniedbał ustanowienia kuratora dla psa. Niewykluczone przecież, że lepiej zabezpieczyłoby to jego interesy. Pytano też o to, w jaki sposób zastosować ewentualnie przepisy o „dozorowanej styczności" (czyli odbywającej się pod czujnym kontrolnym okiem np. urzędnika), gdyby taka forma kontaktu lepiej służyła „dobru psa". Wreszcie postulowano, aby kierunek orzekania wytyczony przez sąd rozciągnąć na inne żywe stworzenia, w tym aby nie zapominać także o... roślinach.

Nie ma wątpliwości, że krytyka ta przesądziła sprawę i także w Niemczech skutecznie zablokowała ten kierunek poszukiwań. Problem jednak nie znikł. Wpływały przecież kolejne pozwy.

Osobliwy podział majątku

Poza przywołanym wyszydzonym"publicznie wyrokiem sądu w Bad Mergentheim judykatura niemiecka nie próbowała odwoływać się do unormowań prawnych o prawie do kontaktów z dzieckiem. W kolejnych sprawach sądy niemieckie gruntownie analizowały możliwość posłużenia się regulacjami dotyczącymi podziału majątku, a precyzyjniej unormowaniami prawnymi zniesienia współwłasności.

W 1998 r. Sąd Krajowy w Szlezwiku (OLG Schleswig, 12 WF 46/98) rozpatrywał sprawę powoda, który w ramach podziału majątku nie otrzymał wspólnego dotąd pudla, ale też – ze względu na podeszły wiek – otrzymać go wcale nie chciał. Domagał się natomiast uregulowania kontaktów.

Sąd nie miał wątpliwości, że pies należy do składników majątku rozwodzących się małżonków, a nawet precyzował, że jest on elementem urządzenia domowego (Haushaltgegenstand). Oczywiście, podobnie jak w prawie polskim, również w Niemczech zwierzęta nie są rzeczami. Mimo to (tak jak w Polsce) należy do nich stosować odpowiednio przepisy o rzeczach (§ 90a k.c.n.); jednak tylko o tyle, o ile szczególne unormowania prawne nie stanowią inaczej. Takich wyjątkowych regulacji dotyczących zwierząt sąd w Szlezwiku nie doszukał się w prawie niemieckim. Nie wyciągnął z tego jednak pozornie oczywistego wniosku, że wyjątkowy status zwierząt jest tu pozbawiony znaczenia. Sąd nie miał wątpliwości, że myśl wyrażoną w § 90a k.c.n. należy jednak uwzględnić. O zwierzętach nie można bowiem decydować jak o przedmiotach martwych, pozbawionych zdolności odczuwania.

Zdaniem sądu szczególny status zwierząt powinien znaleźć odzwierciedlenie przy podejmowaniu decyzji o przyznaniu czworonoga konkretnej osobie. Nie może być zaś podstawą tworzenia nieznanego ustawie „prawa do kontaktów". Takie stanowisko sąd wspierał argumentem wywodzonym z ratio legis instytucji podziału majątku małżeńskiego. Jest nim rozdzielenie definitywne i ostateczne. Tworzenie „łączących pozostałości" (w postaci kontaktu), a zatem utrzymywanie nieprzeciętych więzi, celowi temu zaprzecza.

W ten sposób sądowi w Szlezwiku udało się przekonująco pogodzić i odpowiednio wyważyć zarówno szczególną naturę zwierząt jako istot niebędących rzeczami, jak i definitywny i ostateczny charakter podziału majątku wspólnego małżonków. Wyrok skutecznie zakończył debatę niemiecką i stał się niekwestionowanym standardem przywoływanym nie tylko we wszystkich komentarzach do kodeksu cywilnego, ale też rozstrzygającym na salach sądowych.

Pozostaje umowa

Pojawienie się podobnych sporów na polskich wokandach to kwestia czasu. Być może już zaczynają być problemem dla niektórych sądów powszechnych. Z kancelarii rodzinnoprawnych coraz częściej słyszy się o podobnych rozterkach rozwodzących się osób. Już wkrótce przemyślenia sądów francuskich i niemieckich będą zatem cenne w polskiej rzeczywistości prawnej. Zarówno z powodu uporządkowanego materiału do rozważań, jak i sformułowanych gotowych, w pełni poprawnych z perspektywy polskiego stanu prawnego wniosków.

Jedno jest pewne. Także w Polsce o kontaktach z domowym czworonogiem nie można dziś orzec ani na podstawie przepisów o zniesieniu współwłasności rzeczy, ani tym bardziej na podstawie rodzinnoprawnej konstrukcji o prawie do kontaktów z dzieckiem. Ta ostatnia – kompleksowo uregulowana w kodeksie rodzinnym i opiekuńczym dopiero niedawno, z dużym opóźnieniem (vide art. 113 – 113 zn. 6 k.r.o.) – nie może być furtką dla zrównania statusu człowieka i zwierzęcia. Jest tu zasadnicza różnica i nieprzekraczalna bariera. To przekonanie jest w polskich realiach kulturowych i społecznych jeszcze bardziej aktualne niż we francuskich czy niemieckich. Trudno też przypuszczać, aby sądy polskie doszły do odmiennych wniosków, tj. aby znalazły inną furtkę prawną dla przymusowego ustanowienia kontaktów.

Na koniec można podpowiedzieć, że także afekt do czworonoga warto uwzględnić przed rozwodem. Nic nie stoi bowiem na przeszkodzie, aby (byli) małżonkowie umówili się w tej sprawie, czyli aby zawarli wiążącą umowę wyznaczającą ramy kontaktów z pupilem. Jak powszechnie wiadomo, zgoda buduje. Dla takiej umowy nie ma przeszkód w prawie polskim. Wyraźnie wyartykułowana w kodeksie cywilnym z 1964 r. zasada swobody umów (art. 353 zn. 1 k.c.) nie takie przypadki „widziała".

Autor jest dr hab., LL.M.

prof. na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA