fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Opinie

Plan Morawieckiego i jego adwokaci

Fotorzepa, Jerzy Dudek
Na rzecz planu Morawieckiego dużo mocniejsze argumenty niż on sam, przedstawiają jego najbardziej zagorzali krytycy. Czyli elity władzy III RP – pisze publicysta.

Przy okazji wejścia w życie programu 500 plus, który ma zapoczątkować kolejne zmiany firmowane przez Mateusza Morawieckiego warto się pochylić nad argumentacją czołowych przeciwników tego projektu.

To charakterystyczne, że nawet wielu ostrych krytyków planu ogłoszonego przed kilkoma tygodniami przez Ministra Rozwoju i przeciwników rządów PiS przyznało mu rację w jednym punkcie. „Diagnoza słuszna, leczenie już nie” – stwierdził Marek Borowski, były minister finansów. To jedna z najczęściej powielanych opinii. Jest to nieświadomy, acz miażdżący akt samokrytyki ze strony wielu ze wspomnianych ekspertów, decydentów czy środowisk.

Bo przecież jeszcze niedawno, właściwie do października 2015, byliśmy krainą mlekiem i miodem płynącą, równomiernie się rozwijającą i mającą niespotykane do tej pory perspektywy. A jedynym istotnym celem, który stawiano naszemu państwu, a także wyborcy, była konserwacja i zabezpieczanie status quo.

Ta fundamentalna podstawa teologii III RP okazała się mało trwała, skoro jej obrońcy nagle stwierdzili: „no tak, Morawiecki stawia dobrą diagnozę, ale nie ma pomysłów na jej rozwiązanie.”

Nie najlepszy ze światów

Zostańmy przy diagnozie Morawieckiego. W gruncie rzeczy to opis państwa, które ugrzęzło. I to często w nie tak zwanej „pułapce średniego rozwoju”, a w umiarkowanej nędzy.

Połowa Polaków zarabia poniżej 2,5 tys. zł netto. Czterech na pięciu Polaków ma dochód poniżej średniej krajowej, co wskazuje na rozwarstwienie społeczne w stylu Ameryki Południowej. Szybki wzrost i rozwój skoncentrowany jest w kilku aglomeracjach miejskich. Polityka fiskalna jest skrajnie nieudolna i systemowo niezdolna do skuteczności. Dumne używanie rosnącego wskaźnika PKB pozwoliło ukryć inny wskaźnik, kiedyś powszechnie używany – Produkt Narodowy Brutto uwzględniający własność kapitału produkcyjnego. Wzrost jest całkowicie uzależniony od kapitału zagranicznego. Polska gospodarka, eksport, prywatne przedsiębiorstwa, państwo są nieinnowacyjne. Na to wszystko nakłada się przerażająca prognoza demograficzna.

Ta diagnoza to zdecydowanie nie jest opis najlepszego z dostępnych światów. To raczej rozwinięcie „Patologii transformacji” profesora Witolda Kieżuna, jednej z najmocniejszych krytyk reformy ustrojowej i gospodarczej przeprowadzanej po 1989 roku.

Dla dużej części opisujących polską rzeczywistość ekspertów, polityków, menadżerów, te fakty okazały się odkryciem rewolucyjnym, uwzględniając zwłaszcza to, co mówili oni jeszcze kilka miesięcy temu. Dziś wypowiadają się oni w zupełnym oderwaniu od tego, że rzeczywistość tę współtworzyli i afirmowali. Zresztą „oderwanie” to ich drugie imię. Trudno o bardziej dobitny przykład alienacji elit. Wręcz koronnym, sztandarowym jej przykładem były wypowiedzi byłego państwa prezydentostwa podczas kampanii wyborczej. Traktowanie emigracji zarobkowej jako „młodzieńczej przygody”, porady by ktoś „poszukał sobie innej pracy”, zupełne niedostrzeganie bytowych podstaw fali niezadowolenia, która zmiotła układ władzy PO-PSL.

Sądzę, że Państwo Komorowscy umoszczeni w kokonie informacyjnym tworzonym właśnie przez wspomnianych ekspertów tak właśnie widzieli polską rzeczywistość. Nie dostrzegali tego, co dostrzegała ogromna część społeczeństwa, szczególnie młoda. Braku perspektyw w kraju. Niemożliwości przebicia szklanych sufitów i samorealizacji. „Dobrobytu” zredukowanego nieraz do ciepłej wody i najnowszego telefonu komórkowego, ale często już nieosiągalnego małżeńskiego m2, co w gruncie rzeczy cofało nas w czasy odległego PRL-u.

Albo mówiąc językiem raportu Morawieckiego i jego komentatorów, elity nie widziały, a ludzie widzieli, że utknęliśmy w „pułapce średniego rozwoju”.

Kociołek Rosatiego

Z diagnozy Morawieckiego dobitnie wynika, że szósty pod kątem potencjału kraj Unii Europejskiej zrezygnował z możliwości samorealizacji działając na rzecz innych. Przeciwnicy planu dowodzą, że samorealizacja ta była wskazana, ale dziś jeszcze nie jest możliwa. Sęk w tym, że dowodzili tego samego przed ćwierćwieczem. Jak widać – nikt tak jak oni – skutecznie nie przekonuje, że ponieśli klęskę w tym obszarze, który ich zdaniem, jest najważniejszy.

Oddajmy głos jednemu z nich: - Jestem zwolennikiem budowy rodzimego kapitału, ale dopóki go nie mamy, musimy korzystać z oszczędności zagranicznych. Dalszy napływ kapitału z zagranicy jest więc konieczny. Strategia autarkii i rozwoju o własnych siłach, którą wydaje się lansować rząd, byłaby powtórzeniem drogi rozwojowej Kuby i Korei Północnej – stwierdza na łamach „Gazety Wyborczej” Dariusz Rosati, przypomnijmy – bo to ważne – były szef MSZ, były członek Rady Polityki Pieniężnej i były doradca szefa Komisji Europejskiego Romano Prodiego.

Tak więc, Rosati jest zwolennikiem polskiego kapitału, ale go nie mamy, więc każe nam korzystać z obcego. Tak właśnie, korzystając z obcego kapitału nie byliśmy do tej pory w stanie stworzyć krajowego kapitału. A co, kiedy pojawia się projekt mający sprzyjać jego rozwojowi? Tu już jest ze strony Rosatiego cios na odlew. Korea Północna i Kuba. Swoją drogą, chybiony argument, bo oba reżimy były właśnie w bardzo dużym stopniu uzależnione od gospodarek swoich wielkich braci, wręcz przez nich sponsorowane. Ich odcięcie, w wyniku upadku ZSRR i pogorszenia relacji Korei Północnej z komunistycznymi Chinami spowodowało tam przerażającą eksplozję biedy. Także tutaj, pan profesor miesza przyczyny i skutki. Ich nie mieszanie byłoby jednak osobiście dla niego nader niewygodne.

Jako żywo przypomina to wywiad sprzed kilku lat, w którym były premier Jan Krzysztof Bielecki uznał, że musimy pogodzić się z tym, że naszym największym potencjałem jest tania siła robocza. Stwierdził to w ponad dwie dekady po tym jak współinicjował, a potem aktywnie uczestniczył, w procesach mających przybliżyć nas do najbardziej rozwiniętych państw świata.

Lipa czy przebiśniegi

W końcu zarzut pojawiający się często, także po tej stronie sceny, którą reprezentuje Mateusz Morawiecki, choć nigdy nie werbalizowany tam publicznie: To tylko wydmuszka. Wioska potiomkinowska. Wszystko sprowadza się do prezentacji, a nie realnych działań, a przecież studniówkę rządu obchodziliśmy już kilka tygodni temu. W najlepszym razie to zbiór pobożnych życzeń.

Na pewno to zarzut poważny i zakładam, że będzie można go obalić lub potwierdzić do końca roku. Wtedy ma zacząć już funkcjonować wehikuł rozwojowy nie bez przeszkód konstruowany przez Morawieckiego, czyli Polski Fundusz Rozwoju - instytucja, która ma być silnikiem realizującym cały plan, ale także przełamać Polskę resortową (PAIIZ, PIR, ARP, BGK, KUKE w jednej strukturze). Niedawno pierwsze rozstrzygnięcia w tej sprawie zostały przyjęte przez rząd.

Kolejną sprawą jest choćby kwestia „Konstytucji biznesu”, czyli postulowanej od dawna zmiany prawa o działalności gospodarczej, ustawy o zamówieniach publicznych, innych aktów prawnych, w sposób gwarantujący bezpieczeństwo prowadzenia biznesu od strony urzędów. Miałaby ona także mobilizować do większego uczestnictwa małych i średnich przedsiębiorstw w operowaniu funduszami unijnymi, zachęcać do zatrudniania na podstawie umów o pracę, a nie śmieciowych, być triumfem kryterium jakościowego nad kryterium ceny w przetargach.

PiS – słusznie – zarzuca się nieprzygotowanie kluczowych ustaw przed wyborami. Ten zarzut jednak można kierować do wszystkich ekip rządzących po 1989 roku, a do ośmiolatki PO szczególnie, i to nie tylko w okresie przedwyborczym. Trzeba jednak pamiętać, że gwałtownie przygotowywane pod publikę ustawy miewają skutki odwrotne od założonych. Tak było z procedowaną w Ministerstwie Finansów –i na szczęście niedoszłą – regulacją dotyczącą handlu, która ostatecznie stała się swoim wypaczeniem czy wręcz przeciwieństwem.

Pole minowe

Autor niniejszego tekstu nie jest wolny od wątpliwości dotyczących planów ambitnego wicepremiera. Lektury, na których się wychowywałem nader nieufnie traktują wielkie projekty kierunkowo stymulujące gospodarkę, a historia w niejednym przypadku dowodzi racji tych teoretycznych argumentów. Z drugiej strony tego rodzaju politykę prowadzą od lat wszystkie liczące się kraje Zachodu. Francja niedawno przeprowadziła plan reindustrializacyjny, Niemcy pieszczą swoją produkcję, eksport zaś uczyniły narzędziem ofensywy geoekonomicznej, która jest nowym otwarciem dawnych ofensyw geopolitycznych. Nie jest to opinia jakiegoś germanofobicznego pisowca, a choćby wyniki dorocznych analiz Departamentu Skarbu USA. I w końcu, co najważniejsze, to duże kraje zachodnie przez dekady wprowadzały swoje plany Morawieckiego, by dziś kiedy na horyzoncie pojawia się potencjalna konkurencja narzekać na wybuch interwencjonizmu nad Wisłą.

Mam wątpliwości, co do wielu rozwiązań proponowanych przez PiS, jak podniesienia regulowanego poziomu płacy minimalnej ponad poziom rynkowy (przynajmniej w wielu regionach Polski) czy ponownego obniżenia wieku emerytalnego. Kiełbasa wyborcza potrafi odbić się czkawką. Nie wiem w końcu, czy Mateuszowi Morawieckiemu uda się pokonać opór urzędniczych sitw, profesjonalnych spychologów i pieczeniarzy z ministerstw, spółek skarbu państwa, agend, małych interesów mających wpływ na pisowskie frakcje, poszczególne resorty, media. Dobrym przykładem był niedawny najazd na ważnego sojusznika Morawieckiego - Zbigniewa Jagiełłę, szefa PKO BP, atak przeprowadzany z jednej strony przez wewnątrzpisowskie koterie, z drugiej przez ludzi wywodzących się z dawnego wywiadu wojskowego. Nie wiem, czy uda się pokonać polityczny pęd ku wspieraniu konsumpcji, a nie inwestycji, czy uda się „uszczelnić system” w takim stopniu jak to jest zapowiadane.

Trudno przewidzieć, czy uderzenie nie nadejdzie z zewnątrz w postaci pogłębiającego się nacisku, także ekonomicznego, na zmianę władzy w Polsce na bardziej sterowną przez Berlin. I czy rzeczywiście w gospodarki światowe nie uderzy przewidywana trzecia fala kryzysu. Ale na pewno plan ten daje większą nadzieję niż cokolwiek co proponowano w Polsce przez ostatnie dwie dekady.

Spytajcie rolnika

Nadzieja ta jest związana także za sprawą politycznej możliwości realizacji związanej z posiadaniem przez PiS obu ośrodków władzy i stabilnej większości. Ale daje też nadzieje ze względu na swojego autora. Polityczne słabości Morawieckiego – tak mu wypominane – są jego siłą.

Zapisał się co prawda do PiS, ale nie ma „zaplecza politycznego”, czyli nie jest człowiekiem partyjnych sitw i układów. Nie ma doświadczenia urzędniczego, czyli jest wolny od niemocy i bezwładu „procedur”, a także „praktyk” sprowadzających się do tego, że nic się nie da, a szczególnie już nic się nie da zmienić. Nie jest „profesorem”, czyli akademickim teoretykiem (nieraz z marksistowską przeszłością albo bardzo ograniczonymi „sukcesami” na którejś z zachodnich uczelni), tylko praktykiem z dużymi sukcesami zweryfikowanymi przez rynek.

Ta różnica przywodzi na myśl słowa Edmunda Burke’a, który apelował by reformować państwa zgodnie ze wskazówkami lekarzy i rolników, a nie profesorów metafizyki. Zaś najbardziej znani krytycy Morawieckiego, ludzie do niedawna bezrefleksyjnie pławiący się w fałszywej propagandzie sukcesu są dziś – paradoksalnie - jego mimowolnymi adwokatami. W jednej sprawie też milczą. W uczciwym przyznaniu jak kosztowne byłoby zachowanie status quo.

Autor jest publicystą i dyrektorem Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP. Współpracuje między innymi z „w Sieci”, „Super Expressem” i TVP Historia

Źródło: rp.pl
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA