fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Odporni na dezinformację

Prof. Jerzy Bralczyk: Mów szybko, ale z namysłem

Fotorzepa, Piotr Guzik
Myśl, kiedy mówisz, myśl o tym, o czym mówisz, i słuchaj siebie. I oczywiście czytaj to, co piszesz – mówi prof. Jerzy Bralczyk, językoznawca, wiceprzewodniczący Rady Języka Polskiego.

Jak myśleć, gdy mówimy?

Po pierwsze dobrze jest, jeżeli coś komuś mówimy, by myśleć o tym, o czym mówimy. Wtedy słowa zaczynają nawet po części fizycznie przypominać to, co oznaczają. Kiedy myślimy o tym, o czym mówimy, wtedy nadajemy słowom barwę. Słowa i całe zdania stają się obrazowe. Po drugie, pojawia się pytanie czy dobrze jest długo myśleć? Kiedy ktoś mnie pyta, powinienem przynajmniej przez chwilę zastanowić się nad tym, co to pytanie dla tej osoby znaczy i czy moja szybka odpowiedź nie będzie traktowana tylko jako wyraz chęci zbycia kogoś albo szybkiego wypowiedzenia się. Odruchowe odpowiedzi mogą też być obciążone emocjami. Wprawdzie niektórzy uważają, że to co powiemy szybko będzie bardziej prawdziwe, że będzie bardziej zgodne z tym co myślimy, niż to, co wyspekulujemy przez długi czas. Niektórzy łączą oszustwo nie tyle z szybkim mówieniem, co właśnie z mówieniem odroczonym. Długie zwlekanie również może zostać odebrane jako wprowadzanie w błąd. Natomiast generalnie rzecz biorąc powinniśmy myśleć. Czy trzy razy? Gdy mówimy „pomyśl trzy razy" to nie myślimy chyba o tym, by ktoś myślał trzy razy to samo, bo gdy trzy razy myślimy to samo, to możemy się w błędzie jedynie utwierdzić. Tutaj bardziej chodzi o to, by myśleć nieco dłużej, by to co mówimy nie było wypowiedziane na zasadzie behawioralnej, jako reakcja na bodziec. Aby, jeżeli już chcemy coś powiedzieć, wynikało to z namysłu, z sięgania do rozumu, do rozsądku. „Trzy" to w końcu liczba magiczna, dlatego, że wszystko co potrójne, jest doskonałe. Można to również interpretować jeszcze inaczej, jako konstrukcję myślową. Sylogizmy były zawsze trzyczęściowe: dwie przesłanki i wniosek. Myślenie dialektyczne, czyli teza, antyteza i synteza, też składa się z trzech części. Można wybrać między tezę i antytezą, to co lepsze, albo połączyć pierwsze z drugim. Mówienie niepochopne związane jest z jeszcze jedną zasadą: milczenie jest złotem, podczas gdy mowa srebrem. Mówi się czasem, że Bóg dał nam dwoje uszu, dwoje oczu, a tylko jeden język, abyśmy więcej widzieli i słyszeli, niż mówili. Namysł dość często pokazywany jest jako warunek mówienia mądrego, dobrego, słusznego, prawdziwego. To łączy się również z zasadą, którą niektórzy nazywają sokratejską, żeby przed wypowiedzeniem się, zastanowić się od kogo wiemy, to co chcemy powiedzieć, gdzie to usłyszeliśmy oraz w jakim towarzystwie. Te trzy filtry mogą sprawić, że odcedzimy nieprawdę. Sokrates myślał raczej o słowie wypowiadanym, nie o lekturze, ale w tym przypadku również może się to sprawdza. Czy będziemy bardziej prawdomówni, gdy będziemy myśleli trzy razy? Tego zaręczyć się nie da, tego nie wiadomo. Nie należy też za długo myśleć i odraczać, bo pewne rzymskie powiedzenie mówi bis dat, qui cito dat, czyli dwa razy daje, kto szybko daje. Jeżeli coś jest szybko dane, to może mieć większą wartość.

Gdzie leży granica między wypowiedzią przemyślaną, a manipulującą?

Nie wiemy, to nie zależy tylko od tempa czy od czasu. Mówimy całymi sobą, kiedy mówimy to uczestniczy w tym także nasza mimika, nasze gesty i różnego rodzaju inne sygnały. Milczenie może być pokazane jako zastanawianie się i ten rodzaj kontaktu, który mamy, zwłaszcza podczas mówienia, może trwać nawet wtedy, kiedy milczymy. Czasem bywa to bardzo wymowne. Ale ta zasada dotyczy nie tylko kontaktów ustnych. Myślę, że odnosi się to również prawdopodobnie do tego, żeby informacji nie powielać bardzo szybko, w internecie chociażby, i nie puszczać takiego newsa, który może być fejkiem, od razu, gdy go od kogoś dostaliśmy. Tutaj działają inne czynniki. Chcemy być trochę wcześniej niż inni, wolimy ubiec kogoś z informacją, bo później kiedy po kimś powtarzamy stajemy się nieciekawi, nikt nie chce nas słuchać, bo nasze wiadomości są spóźnione. Dlatego ludzie tak cenią sobie szybkość informacji i o tym również powinniśmy pamiętać, że informacja wiele zawdzięcza tempu. Na tym polega cała dialektyka, żeby mówić i szybko i wolno zarazem. Ja zmieniłbym to „trzy razy" na „mów szybko, ale z namysłem", choć to jest może paradoks, ale jeżeli intensyfikujemy swoje myślenie, to te trzy razy nie muszą oznaczać bardzo długo.

Jak sytuacja przedstawia się w przypadku słowa pisanego, dla którego czas nie odgrywa tak znaczącej roli, ale większego znaczenia nabierają słowa, składnia, interpunkcja.

Od bardzo dawna funkcjonuje zwyczaj, którego nie lubię, że drukowanym wiadomościom niepewnym towarzyszy znak zapytania. Wpuszczamy to w internet, na końcu dajemy znak zapytania i jesteśmy ubezpieczeni. Jest też inny zwyczaj interpunkcyjny, który pozwala na użycie formy zaprzeczonej, ale w nawiasie, np. „(Nie)zależni kandydaci". Ponadto połowa z tego, z czym stykają się nasze oczy w internecie, to są nagłówki, ponieważ często nie czytamy dalej. Tekstów jest tyle, że nie wszystkie jesteśmy w stanie drążyć. A te nagłówki mają ciekawą strukturę, ponieważ bardzo często nie mają czasownika. Tam nie jest napisane, że coś jest, coś się wydarzyło. Odbiorca jest coraz częściej przyzwyczajony do migotliwości. Jedne informacje mogą drugim przeczyć, informacja dotyczy tylko chwili i zaraz przestanie być ważna. W związku z czym absolutna prawdziwość, która kiedyś kojarzyła się z długotrwałością, już temu nie przysługuje. To jest prawda chwili. Kiedyś mówiło się o prawdzie czasu, prawdzie ekranu, to teraz można mówić o prawdzie chwili i za chwilę czy to było prawdziwe czy nie, to przestaje być ważne, bo za chwilę przytłaczają, czy wypierają to kolejne informacje. Nadmiar, często sprzecznych informacji, odbiera nam dawne przeświadczenie, że jak coś „stało" w kurierze albo w kalendarzu to na pewno jest prawdziwe, bo było zapisane. Choć oczywiście i tam zdarzały się bałamuctwa i niepotwierdzone wiadomości. Nawet w encyklopediach pojawiały się fejki. Kiedy weźmiemy „Nowe Ateny" księdza Chmielowskiego to wiemy ile tam było fejków na temat chociażby niesamowitych zwierząt czy dziwnych ludzi, którzy żyją w różnego rodzaju krainach. Także ogromna część teologii oparta na wydumanych, ale przemawiających do wyobraźni sformułowaniach była swojego rodzaju fejkami. Tak jest, że wierzymy w to, w co chcemy wierzyć. Szukamy tego, co chcemy znaleźć. Sensacja jest dla nas czasami ważniejsza nawet niż sprawdzalność, a na tym tracą rzetelność i wiarygodność. Ale kto wie czy są to w tej chwili najważniejsze cechy, które chcemy przypisać wiadomościom?

Groźniejsze jest w internecie słownictwo nacechowane emocjonalnie, czy przeciwnie, słownictwo profesjonalne, które daje wrażenie wypowiedzi eksperta?

W tym drugim przypadku skłonni jesteśmy uważać, że ma to jeśli jest nieprawdziwe, więcej wspólnego z oszustwem, manipulacją, bo to pierwsze, emocjonalne słownictwo zawsze przepuszczamy rzez filtr poznawczy i wydaje nam się, że jest to wynik albo ludzkiej pomyłki, albo nadmiernego przejęcia się, albo jakiegoś szczególnego stanu. Natomiast teksty ubrane w słownictwo, które ma pokazywać kompetencje część osób, tych bardziej naiwnych, skłonna jest uważać za bardziej prawdziwe. Natomiast ci bardziej roztropni mogą w tym widzieć chęć manipulacji.

Fake newsy, a może lepiej powiedzieć, świadome kłamstwa można nazwać nową odmianą retoryki? Umiejętnym przemycaniem nieprawdy?

Retoryka bardzo często była kojarzona z nieprawdą. Czasem używano tego słowa po to, żeby pokazać, że jakaś wypowiedź ma na celu manipulację. Ale chciałbym zwrócić uwagę na coś trochę innego. Ponieważ zastanowiła się pani nad tym słowem „fejk". Uważam używanie takich słów za trafne, ale nieco ryzykowne. Gdybyśmy nazywali to kłamstwami, to mielibyśmy do tego stosunek jednoznaczny, natomiast, gdy mówimy o fake newsach, to może jeszcze nie w pełni to akceptujemy, ale mówimy „no to taki gatunek". Kiedyś przeprowadziłem zajęcia na temat „hejtów" i jeden ze studentów przyznał się, że jest hejterem. Gdyby powiedział, że jest nienawistnikiem, to byłoby to bardzo dziwne, ale nic nie przeszkadzało mu uznać siebie za hejtera. Słowo „hejt" trochę nas niestety oswaja z agresywnością wypowiedzi i pokazuje, że jest to gatunek. Może my go nie lubimy, może on nam się nie podoba, ale on jest, istnieje. Podobnie jest z „fejkami", one zastępują „kłamstwa".

Gdy mówimy o słowie, to jak Pan, Panie Profesorze ocenia wyrażenie: słowo to najcięższa broń?

To jest metafora, ponieważ słowo i broń to są rzeczy trochę inne, natomiast funkcje tych rzeczy, które tymi słowami nazywamy bywają podobne. Dla mnie ciężka broń to rakiety i czołgi. Słowo, zdania, wypowiedzi oczywiście mogą służyć temu, by atakować, bronić, czasem zdobywać przestrzeń, dominować. Natomiast aforyzmy takie jak „słowo to najcięższa broń" są jako metafory często przesadne. Język służy nazywaniu, opisywaniu i opowiadaniu. Rzeczownikami nazywamy, przymiotnikami opisujemy, czasownikami opowiadamy. Oczywiście w uproszczeniu. Inaczej mówimy o kłamstwie wtedy, gdy mamy do czynienia z opowiadaniem, gdy mówimy o jakichś zdarzeniach, których nie było, które były czymś zupełnie innym, wtedy to jest kłamliwe. Wtedy możemy powiedzieć „kłamiesz, to nie było tak". Ale jeżeli ja powiem, że coś jest grube, co ktoś inny uznałby za chude, to jest kwestia mojej interpretacji. W przypadku opisywania kłamstwo w ścisłym sensie, nie odgrywa roli. Natomiast jeszcze inaczej jest z rzeczownikami, z nazywaniem. Mogę oczywiście uważać, że nazwanie kogoś łotrem jest kłamliwe, ale czy to jest kłamstwo? To nie o to chodzi, ponieważ ja używam nazwy, a nazwy mogą być nieadekwatne, mylące, ale nie powiemy, że nazwa kłamie.

Gdy mówimy o walce z fake newsami, nasuwa się ważna kwestia wolności słowa. Jak walczyć z kłamstwem, jednocześnie nie ograniczając języka?

To jest jedna ze spraw najtrudniejszych i najważniejszych. Gdy czasami myślimy o tym, że ludzie nadmiernie korzystają z wolności, to gdzieś czai się wstępna akceptacja dla cenzury. Czy powinna być cenzura obyczajowa, polityczna, ekonomiczna, religijna? Wszystko zależy od intencji i od wrażliwości. Od intencji, czy ja chcę zrobić coś złego i od wrażliwości czy ten komu ja to mówię lub ten do kogo piszę jest dostatecznie uodporniony na różnego rodzaju słowa czy zdania. Chciałoby się z jednej strony nieograniczonej wolności słowa: mogę mówić, mogę pisać co tylko mi się żywnie podoba. Ale tak to bywa w doktrynach bardzo liberalnych, że granicą mojej wolności jest granica twojego nosa. Wydaje mi się, że nie jest to kwestia do dekretowania, to jest kwestia pewnych zwyczajów i rytuałów, które rodzą się z tradycji długotrwałej, i które sprawiają, że ludzie nie chcą innym ludziom robić przykrości i wyrządzać krzywdy, albo wręcz uważają to za niedopuszczalne. Ale do jakiego stopnia możemy wyznaczać te granice? Wydaje mi się, że samo sformułowanie „granice wolności" jest swojego rodzaju oksymoronem, bo jeżeli mówimy o wolności to nie możemy mówić o granicach. Ograniczona wolność to sprzeczność sama w sobie i tak wpadamy w pułapkę. Uważam jednak również, że wolność nie jest wcale - jak wydaje się niektórym - wartością absolutną, nie jestem piewcą wolności.

Poza namysłem, do sformułowania mądrej wypowiedzi potrzebne są również inne elementy. Jak mówić, by mówić prawdę, by mówić zrozumiale, by mówić z sensem?

Myśl kiedy mówisz, myśl o tym, o czym mówisz i słuchaj siebie. Jesteś swoim pierwszym słuchaczem, powinieneś akceptować to, co mówisz. Mówiąc mówisz w ogromnej części do siebie, jesteś uzależniony od siebie jako słuchacza i ty jako słuchacz od siebie jako mówcy. Mówiąc, myśl o tym, co mówisz i słuchaj tego co mówisz. I oczywiście czytaj to co piszesz.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA