fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Muzyka

Deep Purple jeszcze nie schodzą ze sceny

Wróciła radość grania i bycia razem w gronie zespołowym
materiały prasowe
Roger Glover, basista Deep Purple, o przyszłości grupy, koncercie w Krakowie i szansach na współpracę z Ritchiem Blackmore'em.

Deep Purple zapowiadało koniec kariery. Czy środowy (3 grudnia) krakowski koncert jest jednym z ostatnich?

Płyta „Now What?!" z 2013 r. przyniosła nasze odrodzenie, wielki sukces artystyczny i komercyjny, a był to album, którym zamierzaliśmy pożegnać się z publicznością. Wena twórcza nas nie opuszcza i kolejny krążek „Infinite" właściwie zrobił się sam. Obecna trasa miała być pożegnalną, ale cieszymy się dobrym zdrowiem, fani i krytycy są nam niezwykle życzliwi, więc nie chcemy nikogo zawieść. Dlatego nie schodzimy ze sceny. Zbyt dobrze się na niej czujemy, żeby rezygnować z grania i dotrzymywać słowa z czasu, kiedy byliśmy w rozsypce.

Deep Purple nie oszukało publiczności?

Przepraszamy tych, którzy liczyli na nasz koniec. To jeszcze nie teraz! Oczywiście, większość z nas ma już ponad 70 lat, ale czy wiek ma nas zatrzymać? Patrzymy w przyszłość z entuzjazmem. Pytanie brzmi, czy są zasady, które wykluczają artystę z powodów metrykalnych. Ian Gillan nie zaśpiewa już „Child In Time", ale wykona „Highway Star", „Lazy", „Space Truckin'", „Smoke on the Water" czy „Hush". Nie wyobrażam sobie Iana na emeryturze, siebie czy innego z muzyków. Nawet gdybyśmy zakończyli działalność Deep Purple, zajmowalibyśmy się dalej muzyką, każdy na własnych warunkach. Problemem w naszym zespole zawsze była atmosfera i różne problemy, które niektórzy z nas sprawiali. Odkąd Ritchie Blackmore odszedł z zespołu, w grupie jest lepszy klimat. A kiedy pozbyliśmy się wszystkich naszych nałogów – ustąpiły problemy zdrowotne i wróciła radość tworzenia.

Grzechem byłoby odwracać się od siebie. My już nie musimy grać dla pieniędzy ani sławy. Łatwiej byłoby odejść i pielęgnować legendę, ale jesteśmy ludźmi z krwi i kości. Gram od 15. roku życia, ale ostatni raz byłem w pracy w 1967 roku, zaś bycie w Deep Purple to nieustające wakacje. Emerytura jest od nich gorsza.

Czy możliwa jest jeszcze współpraca z Ritchiem Blackmore'em? Zadeklarował, że zagrałby kilka koncertów z wami.

A co mielibyśmy powiedzieć naszemu gitarzyście? Steve Mores jest z nami wiele lat i nie chcemy zastępować go nawet Ritchiem. Tak, Blackmore wyrażał medialnie chęć współpracy z nami, ale to nie była profesjonalnie przedstawiona propozycja. Nie sądzę, żeby Deep Purple zagrało kiedykolwiek z Ritchiem Blackmore'em. Wiem, że to marzenie fanów. Nigdy nie mówię nigdy, ale nasza współpraca zależałaby od bardzo wielu uwarunkowań.

To pan jest autorem tytułu „Smoke on the Water" i stworzył riff do „Maybe I'm A Leo"...

To ironia, że jako kompozytor „Bloodsucker", „Speed King", „Into The Fire", a do historii przejdę jako twórca riffu do „Maybe I'm A Leo" i autor tytułu „Smoke on the Water"! Ale cóż... Jestem tylko prostym basistą, a mam przywilej grać z wybitnymi muzykami. Prawda jest taka, że Ian Paice jest tak genialnym perkusistą, że każdy basista brzmiałby przy nim dobrze. Sam bardziej postrzegałem siebie jako autora piosenek, niż instrumentalistę. Mało słucham rocka, więcej jazzu, reagge, elektroniki, zawsze Boba Dylana, ale już na zawsze będę kojarzony tylko z hard rockiem.

W Polsce graliście wielokrotnie. Czego możemy się spodziewać po krakowskim występie?

Polska jest moim ulubionym krajem na naszej koncertowej trasie. Dlaczego? Bo przez lata u was nie graliśmy i kiedy pierwszy raz odwiedziliśmy Polskę w 1991 roku przywitaliście nas z entuzjazmem niespotykanym nigdzie indziej, mimo że za mikrofonem stał Joe Lynn Turner, a nie Gillan. Polacy zawsze goszczą nas z wielką atencją i wciąż jest w was pasja i szaleństwo rock n' rolla. Mam wiele szacunku dla Polaków za to co przeszliście i do czego doszliście. Urodziłem się w roku zakończenia II Wojny Światowej i wiem, jak ciężko było wam wcześniej i później. Polacy wiele wycierpieli, często byli osamotnieni, ale nigdy nie się poddali. Znam waszą historię i jestem pełen podziwu dla Polski. Cenię też polskich artystów, jak SBB. Pozostałych nazw i nazwisk nie potrafię wymówić teraz. Zagramy dla Polaków to, co mamy najlepsze. A że jesteśmy w dobrej formie, możecie liczyć na dobry koncert.

Jak Deep Purple udaje się utrzymać w formie?

Nasz wcześniejszy krążek, „Rapture of the Deep", powstał w 2005 roku i nie byliśmy z niego zadowoleni, mimo że nieźle sobie radził i jest tam kilka mocnych punktów. Nie byliśmy zadowoleni z produkcji, atmosfery w zespole, naszej formy. Kolejnym krążkiem chcieliśmy się tylko godnie pożegnać ze światem. Tymczasem producent Bob Ezrin, który ma na koncie pracę z takimi artystami jak Lou Reed, Alice Cooper, Kiss, Pink Floyd czy Peter Gabriel - tchnął w nas nowe życie. Nie tylko wyprodukował album, który brzmi fenomenalnie, ale doprowadził do polepszenia nastrojów z kapeli. Pozwolił nam znowu uwierzyć w Deep Purple. Po latach jesteśmy jak rodzina. Po wielu kryzysach, doceniliśmy naszą bliskość. Uwielbiamy podróżować, zwiedzać, poznawać różne kultury, ludzi, kuchnie. Minusem jest bycie ojcem i mężem z doskoku.

W przeszłości zajmował się pan również produkcją płyt. Z którym z artystów współpracowała się panu najlepiej?

Lista jest długa, ale pozostawiliśmy za sobą wspaniałe płyty. Myślę, że odkryłem dla świata zespół ELF, w którym karierę zaczynał Ronnie James Dio. Produkowałem jego płyty, gdy był młodzieniaszkiem, ale też gdy stał się wielką gwiazdą w Rainbow. Pozostał wspaniałym wokalistą do końca. Gra w Rainbow dała mi wiele radości, bo początkowo miałem być tylko producentem ich płyt, a ostatecznie zostałem również basistą i wróciłem do koncertowania. Wyprodukowałem też najlepsze, w mojej opinii, krążki Nazareth: „Razamanaz", „Loud 'n' Proud", „Rampant". Mam na koncie płytę jednego z najbłyskotliwszych gitarzystów w historii Rory Gallaghera – „Calling Card", a także Status Quo, Davida Coverdale'a, Michael Schenker Group, Deep Purple i Dream Theater. Wyjątkowo dumny jestem z płyty Judas Priest – „Sin After Sin". Mam wrażenie, że ten album przypieczętował powstanie heavy metalu i rozpoczął nowy rozdział w muzyce. Jednak najważniejszym dziełem jest dla mnie album solowy „The Butterfly Ball and the Grasshopper's Feast"- koncept album, rock opera. To trudne dzieło, na którym nie tylko udało mi się zaprosić uznanych artystów, ale również odnieść sukces artystyczny.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA