fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Medycyna i zdrowie

Prof. Jerzy Sadowski: Brałem udział w rewolucji leczenia serca

Chirurg jest po to, aby operować, a nie przekładać papiery – mówi profesor Jerzy Sadowski.
shutterstock
Dziś problemem nie jest już samo wszczepienie, ale ciągły brak dawców – mówi Jerzy Sadowski, profesor kardiochirurgii z krakowskiego szpitala Jana Pawła II.

Rzeczpospolita: Panie profesorze, mija 38 lat funkcjonowania Krakowskiej Kliniki Kardiochirurgii. Tyle ciężko przepracowanych dni i bezsennych nocy spędzonych na bloku operacyjnym, pewnie w dyżurce i na salach z chorymi – czuje pan sentyment, radość, dumę czy żal?

Jerzy Sadowski: Patrząc na całokształt mojej kariery lekarskiej, nie wiem, czy nazwałbym to, co dziś czuję, dumą, bo duma brzmi nieskromnie, ale przede wszystkim czuję satysfakcję z tego, co dane mi było przeżyć przez te lata. Byłem świadkiem wielu rewolucji w tej dziedzinie, sam również dokonałem w niej innowacyjnych zmian, narażając się wówczas na krytykę kolegów – niedowierzających w powodzenie moich przedsięwzięć. Każdego dnia mierzyłem się ze słabościami naszych pacjentów, ale także z naszymi ograniczeniami.

Zoperowałem w swoim życiu ponad dziesięć tysięcy serc i wiem, że wyleczenie pacjenta to wynik zaangażowania lekarzy, a nie boskiej ingerencji, choć wiem, że wiara może być terapeutyczna dla pacjenta i pomocna dla lekarza. Mam bardzo piękne i ciekawe życie.

Prof. Jerzy Sadowski
materiały prasowe

Ma pan piękne życie. Patrząc na pana niekwestionowane dokonania dziś, tysiące uwielbiających pacjentów i pana dzisiejszą znakomitą formę, jakie są pana plany na przyszłość?

Prawda jest taka, że w mojej filozofii twardo stąpającego po ziemi chirurga nie ma miejsca na sentymenty. Mówimy o stanie faktycznym. Przez ostatnie lata pracy spotykały mnie różne sytuacje, czasami stawali na mojej drodze ludzie, którzy próbowali mi przeszkodzić w zdobywaniu moich celów. Nie dawali rady, mimo że zatruwali mi codzienne wykonywanie obowiązków zawodowych. Z rodzinnego domu wyniosłem miłość do medycyny, rzetelność w zawodzie, ale przede wszystkim głęboki humanizm i szacunek do życia. Bycie lekarzem to pewne misterium. Nawet kosztem pasji, rodziny, przyjaciół. A cuda? Musimy pamiętać, że mamy w medycynie jeden cud. Cud życia. Taka filozofia przyświecała mi we wszystkim, co w życiu robiłem. A że nie wszystkim to pasowało...

Przeszukując informacje na temat kariery pana profesora widać setki nagród, wyróżnień i innych form docenienia pana pracy. Na pana fanpage' u, założonym przez pacjentów, znajdują się dziesiątki tysięcy podziękowań, wspaniałych słów uwielbienia wdzięcznych pacjentów z całej Polski. Nie czuje się pan rozpieszczony?

Nie przywiązuję wagi do takich rzeczy, może zabrzmi to tym razem nieskromnie, ale te wszystkie nagrody, o których wspominamy, są jakby „po drodze", przy okazji. Napęd do pracy mam i bez nagród. Zespół krakowskiej Kliniki jest wyjątkowy, wielu tu pasjonatów, pracujących bardzo ciężko 24 godziny na dobę, niestety finansowo niedocenianych przez administrację szpitala. Dodam dla jasności, że krakowscy kardiochirurdzy zarabiają najmniej w całym kraju. Jeśli chodzi o nasz poziom, to małopolska kardiochirurgia jest w światowej lidze. Od zawsze prym wiedzie ośrodek warszawski, krakowski i zabrzański. Rozważam zacieśnienie współpracy ze Śląskim Centrum Chorób Serca w Zabrzu pod kierownictwem mojego wspaniałego kolegi, znakomitego kardiochirurga i dyrektora, prof. Mariana Zembali, jeśli w moim krakowskim ośrodku nie uda mi się osiągnąć oczekiwanego porozumienia, i nie dotyczy to kwestii finansowych, ale wyłącznie czysto organizacyjnych. Chirurg jest po to, aby operować, a nie przekładać papiery.

Panie profesorze, a jakie były kamienie milowe w kardiochirurgii, które na zawsze zmieniły w niej wszystko?

Jestem uczniem dwóch wielkich osobowości w tej dziedzinie, słynnego kardiochirurga prof. Jana Molla, który jako pierwszy w Polsce dokonał próby przeszczepienia serca. Operacja się nie udała, a na prof. Molla posypały się oskarżenia i obelgi. Niesłuszne i raniące. Dziś wiemy, że nie mogło się udać. Brakowało odpowiednich warunków, leków przeciwko reakcjom immunologicznym i odrzuceniu narządu. Wtedy Jan Moll po swojej porażce ogłosił, że już nie będzie więcej próbował. Profesor Dziatkowiak – mój drugi wielki nauczyciel – jednak wierzył, że kiedyś się uda. Jak mówił: „śmierć tego pierwszego pacjenta po przeszczepie była ciosem dla medycyny, ale nie ostatecznym". Zaraziliśmy się wtedy tą wiarą, że kiedyś nam się uda. Kilkanaście lat później stanąłem u boku prof. Dziatkowiaka przy stole operacyjnym. Po sukcesie Religi już wiemy znacznie więcej. Mamy leki immunosupresyjne i badania, które poszerzają naszą wiedzę. Robimy kolejne przeszczepienia serca. Medycyna to huśtawka, po serii sukcesów może przyjść porażka i to jest naturalne. Środowisko w takich sytuacjach patrzy na ręce, a te nie mogą nigdy zadrżeć.

Pamięta pan swój pierwszy przeszczep?

Pamiętam. Ja leciałem po serce, profesor Dziatkowiak przeszczepiał, a ja asystowałem. Pierwszych pięć robił on. A później nie mógł, więc musiałem ja. Robiłem szóstą albo siódmą operację w kolejności. Były emocje i łzy wzruszenia. Nasz najdłużej żyjący pacjent po przeszczepie doczekał wnuków i przedłużyliśmy mu życie o około 25 lat.

Jak zmieniała się technika operacyjna przez te ponad ćwierć wieku?

Sama technika prawie się nie zmieniła. Tak samo jedno serce się wycina, drugie się dopasowuje i – jak to mówią krawcowe – ciągłym szwem na okrętkę się je przyszywa. Narzędzia są te same. Inne są na pewno warunki pracy, aparatura znacznie lepsza. Transport jest szybszy i sprawniejszy. Musimy się zmieścić w mniej więcej czterech godzinach od pobrania serca do jego ponownego uruchomienia. Bardzo trudne jest późniejsze prowadzenie pacjenta, bo organizm po przeszczepie może to serce odrzucić. Nigdy nie wiadomo, w którym momencie to nastąpi. Musi to być w porę rozpoznane i właściwie leczone. Na dzień dzisiejszy problemem nie jest już samo wszczepienie, ale ciągły brak dawców.

No właśnie, panie profesorze, taka sytuacja miała miejsce w pana przypadku – odważył się pan na samotny krok – pierwsze wszycie zastawki bezszwowej, która na zawsze zrewolucjonizowała chirurgię zastawek serca.

Przypominam sobie ten moment w 2005 roku. W szpitalu Jana Pawła II my, lekarze, przygotowywaliśmy się do pionierskiej operacji, pierwszej takiej w świecie. Chodziło o wstawienie – bo już nie mogę użyć tradycyjnego określenia „wszycie" – zastawki bezszwowej, ponieważ po raz pierwszy tej zastawki nie wszywaliśmy, ze względu na to, że ona sama się rozpiera i utrzymuje w sercu. Do tej pory ćwiczyliśmy na zwłokach i na zwierzętach. Byliśmy gotowi.

Znalazł się pacjent, któremu taką zastawkę mogliśmy wszczepić. Idealny przypadek. Tradycyjnej operacji mógł nie przeżyć, a bez niej umrzeć. Rozmawialiśmy z nim, tłumaczyliśmy, że ta operacja może uratować mu życie, a z drugiej strony, że będzie pierwszą osobą na świecie leczoną w ten sposób. Pacjent był zdecydowany. Stwierdził, że dla dobra nauki zrobi wszystko.

Pomimo tylu wątpliwości, operacja się udaje. Potem druga, trzecia. Media na całym świecie pisały o naszym krakowskim osiągnięciu. Na zjeździe klubu kardiochirurgów nasi koledzy, znając już doniesienia medialne, przekonywali mnie: Jurek, nie rób tego więcej. A co, jeśli zastawka się nie utrzyma, wpadnie do komory serca...???

Ja byłem pewny swego, tłumaczyłem kolegom, że jesteśmy dobrze przygotowani do takich zabiegów. Wierzyliśmy, że się uda. – Ten pierwszy zawsze jest postawiony przed ścianą. Nie myśli o sukcesie, ale raczej boi się, czy wszystko pójdzie dobrze – mówi profesor Sadowski.

Dziś wszczepianie takich zastawek to standard. Poszliśmy daleko dalej i dzięki temu pierwszemu krokowi rozwinęły się metody miniinwazyjne i wymiana zastawek przez ministernotomię czy małe nacięcie międzyżebrowe, a nawet wprowadzamy dziś zastawki cewnikiem przez tętnicę udową bądź przez koniuszek lewej komory.

To, co staje się standardem w medycynie – ta nauka zawdzięcza takim wielkim osobowościom, jak pan profesor. To zaszczyt mieć takiego lekarza w Krakowie, w krakowskiej klinice kardiochirurgii.

Kilka dni temu w skrzynce pocztowej pojawiła się wiadomość: panie profesorze, dobrze pana widzieć w telewizji, świetny wywiad! Operował mnie pan lata temu, dziś jestem zdrowy. Znakomita robota! Tak zdarza się co jakiś czas, czy to pocztą tradycyjną, czy telefonicznie ktoś się odezwie, na święta przychodzą tony kartek i listów. To bardzo miłe. Zazwyczaj nie pamiętam twarzy pacjentów. Spotykam ich bardzo często – w sklepie, u fryzjera, ale nie wiem, że to moi pacjenci. Dopóki się do mnie nie zwrócą, nawet trudno mi przywołać te przypadki, które szczególnie mnie zaskoczyły. Trzeba iść do przodu, nie rozpatrywać przeszłości. Choć czasem, ale niezwykle rzadko, wracam do domu i opowiadam mojej żonie o jakimś wyjątkowo skomplikowanym przypadku czy wyjątkowo trudnej operacji, które ciągle się zdarzają, mimo tylu lat doświadczenia w zawodzie. Co do zaszczytów, to nie lubię o tym rozmawiać. To fakty i nazwiska uratowanych pacjentów mówią same za siebie.

Czy to pomaga dokonywać rzeczy wielkich? Co jest dla pana bodźcem do pracy i co pana najbardziej motywuje?

Kiedy człowiek dowiaduje się o chorobie, świat się wali. Kiedy ma HIV, jest napiętnowany. Kiedy ma raka czuje, że to wyrok. W przypadku chorego serca, które pamiętajmy – nie jest wyłącznie zwykłym mięśniem – ale dla pacjenta jest czymś więcej, na przykład siedliskiem duszy – to wtedy najbardziej liczy się podejście lekarza, wsparcie bliskich i wiara chorego w powodzenie. Wzajemne zaufanie między leczącym a pacjentem. Trzeba liczyć się z tym, że w zawód lekarza wpisana jest też gorycz – zrobiliśmy, co się dało, a i tak nie uratowaliśmy pacjenta. Jest też satysfakcja, która później się przeradza w spokój. Spokój, że wszystko zrobiło się dobrze – dodaje prof. Sadowski. Gorzej, gdy tego spokoju nie może zapewnić miejsce, w którym się pracuje i każdego dnia zamiast wykorzystywać energię w dobrym celu, marnuje się ją na administracyjne gierki. To poważna choroba systemu. Nasza Klinika niestety też nie jest od niej wolna i dlatego bardzo poważnie rozważam współpracę z ośrodkiem w Zabrzu.

Co pan sądzi o postępie technologicznym w kardiochirurgii? A komórki macierzyste do regeneracji mięśnia?

Pracujemy nad laserem i komórkami macierzystymi. Jeżeli serce jest niewydolne i nie można zrobić bajpasów, to możemy spróbować innych technik. Laserem robiliśmy na przykład otwory w mięśniu serca. Koncepcja upadła, bo nie było dowodów na to, że to pomaga.

Komórki macierzyste – próbujemy, ale ciągle trudno udowodnić ich pozytywny wpływ. Próbowaliśmy wstrzykiwać do serca różne zawiesiny, które miały regenerować mięsień. Na świecie wiele ośrodków nad tym pracuje, ale na razie solidnych dowodów klinicznych nie ma. To samo jest ze sztucznym sercem. Wiele pieniędzy na to poszło ale rezultaty są nikłe. Istnieją też systemy wspierające lewą komorę. Niestety, ich koszt jest bardzo wysoki i nie są tak dostępne, jak byśmy chcieli.

Panie Profesorze, jest pan też związany z prywatnym centrum zdrowia. Słyszał pan zapewne nieraz, jak takie połączenie pracy w publicznych i prywatnych placówkach traktują pacjenci…

Lekarze w Polsce ciężko pracują i chcą zarabiać. Mogą pracować w szpitalnej poradni albo w prywatnych gabinetach, które sami muszą sobie zorganizować. I jeszcze przekonać pacjenta, żeby przyszedł właśnie do nich. Część pacjentów chce skorzystać z konsultacji u konkretnego lekarza na konkretną godzinę, nie chce iść do szpitala czy przyszpitalnej poradni, bo najzwyczajniej w świecie szuka intymności i spokoju, które zapewnia prywatny sektor. Do mnie i do wielu moich kolegów przyjeżdżają pacjenci z całej Polski. Jeśli zostaną zoperowani w Krakowie, to dla nas jest to zaszczyt i prestiż, że wybrali nas, a nie klinikę w Gdańsku czy  w Warszawie. Inna część chce być leczona w ramach swojego ubezpieczenia. Nikt nikogo do żadnych z tych wyborów nie zmusza. Ważne, że on jest. My również z niego korzystamy, na przykład kiedy mamy problemy zdrowotne z dziećmi. Nie chcę nikogo prosić ani zabierać cennego czasu. W ten sposób robimy też miejsce innym w kolejce w państwowej służbie zdrowia, być może komuś, kto tego miejsca i szybszego terminu konsultacji potrzebuje bardziej niż  my. Dodatkowo, co warte podkreślenia – pacjent, którego stać na prywatny sektor, udrażnia system publiczny, robiąc miejsce tym, którzy skazani są na leczenie w sektorze publicznym, choćby z powodów materialnych.

Pacjenci mówią, że lekarze wychodzą z publicznego szpitala wcześniej, bo spieszą się do prywatnego gabinetu zarabiać pieniądze.

Tak? To ja powiem, jak to wygląda u mnie. Przyjmuję raz w tygodniu, czasem raz na dwa, w zależności od innych moich obowiązków i wyjazdów. W czasie prywatnym w którym inni mają go dla siebie. Każdego dnia z taką samą dokładnością i pieczołowitością traktuję każdego pacjenta – kompletnie nie ma to znaczenia, skąd przychodzi, tylko na co choruje i jak mogę mu skutecznie pomóc. Myślę, że ponad 10 tysięcy zoperowanych pacjentów to istotny dowód na zaufanie do mnie.

Ja uważam, że prywatne gabinety poprawiają jakość usług w państwowych szpitalach. Lekarz musi dać z siebie wszystko, bo ktoś chciał do niego wrócić. Oczywiście, gdy są jakieś wynaturzenia, trzeba z nimi walczyć. Lekarz ma traktować pacjenta tak, jak sam chciałby być traktowany.

To dobre zakończenie rozmowy, choć nie ukrywam, że informacja o tym, że miałoby nie być pana w Krakowie, podobnie jak tamta historia zmroziła mi krew w żyłach… Krakowska kardiochirurgia bez Profesora Sadowskiego?

Pracuję jako kardiochirurg około 40  lat. Chciałbym ciągle dalej operować, bo jest taka potrzeba, mam też teraz więcej czasu, by szkolić młodszych kolegów i dzielić się swoim doświadczeniem. Jestem konsultantem wojewódzkim ds. kardiochirurgii i wiem, że teraz mając mniej obowiązków mam jeszcze wiele do zaoferowania. Nie zamierzam chodzić z pieskiem na spacery. Chcę działać. Robić to, na czym się znam, a myślę, że moje doświadczenie jest cenne dla wprowadzanych zmian, zaczynając od jednostki, jaką jest szpital, aż do całej organizacji opieki zdrowotnej w Polsce. Często zmiany wprowadzanie są przez osoby mające niewielkie pojęcie o tym, jak należy i można leczyć konkretnego pacjenta.

Natomiast świadomość, że poświęciłem dla tego zawodu bardzo wiele, bo ucierpiała na tym nie tylko moja rodzina, ale także osobiste pasje, nie pozwala mi dziś, po tylu latach, na akceptowanie sytuacji, w której złe zarządzanie, marnowanie energii czy brak szacunku do ludzi, którzy w tym zawodzie znaleźli się z pasji i autentycznego powołania, skutkują jednocześnie najgorszym ich  traktowaniem.

Miejsce pracy jest ważne, ja kocham Kraków i kiedyś świadomie wybrałem to miasto na mój port docelowy i nawet mając bardzo intratne finansowo propozycje zagraniczne – zostałem tu, by leczyć polskich Pacjentów. Niestety przez ostatnie lata te złe, często jednoosobowe praktyki zarządcze ciągle znajdują poparcie tych, którzy są odpowiedzialni za ten szpital i nie reagują.

Praca kardiochirurga to ciężki zawód, wymaga naprawdę wielkiego wysiłku in poświęcenia , ale również wsparcia i partnerstwa ze strony administracji. Jeśli tego nie ma – trzeba szukać innego miejsca, gdzie pacjenta będzie leczyć lekarz skoncentrowany na walce o jego życie, a nie walce z administracyjnymi absurdami.

Rozmawiała Małgorzata Irena Cichoń

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA