fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Literatura

„Wyspa kobiet", debiut Zanzima

Zanzim,
Rzeczpospolita
„Wyspa kobiet" to debiut francuskiego autora Zanzima.

Frédéric Leutelier, pseudonim Zanzim, lat 44, od pierwszej planszy uwiódł mnie francuskim wdziękiem i lekkością, z jaką porusza problemy wagi… może nie ciężkiej, ale istotnej. Chodzi o ruch feministyczny, którego fala co jakiś czas wzbiera, jednak nie doprowadza do parytetu we wszystkich dziedzinach życia.

Figury spod chmury

Mężczyzn podobnych do bohatera opowieści Zanzima ,,Wyspa kobiet” każda szanująca się emancypantka najchętniej widziałaby na mękach, czyli przy kobiecych czynnościach. Co spełnia się w niektórych mitach, choćby w tym o Herkulesie: najcięższą karą było dlań przebranie w damskie szaty i usadzenie przy krosnach. Do tej, i innych legend nawiązuje rzeczony komiks.

Poznajmy protagonistę: oto on, Céleste Bompard. Nałogowy pożeracz damskich serc, którymi karmi wybujałe ego. Nie pracuje, tylko „trochę lata” (jak „Wniebowzięci” Kondratiuka). Zarabia podniebnymi akrobacjami, a im wyżej szybuje, im ryzykowniejsze wykręca figury, tym więcej dam wpada w jego ramiona, a kasa do kieszeni.

Te podboje kończą się wraz z wybuchem pierwszej wojny. Bompard zostaje zmobilizowany, trafia na front, jednak nie wpada w błoto okopów. Ma fart, nadal lata! Wprawdzie przyszło mu zamienić sportowy monoplan na ciężką wojskową maszynę, ale co tam, da radę.

Tu buńczuczny kogucik doświadcza upokorzenia: zamiast walczyć staje się… listonoszem. Ma dostarczyć korespondencję od żołnierzy ich żonom i kochankom. Doprawdy, zadanie niegodne wirtuoza przestworzy.

Bompard buntuje się, a tu – bum! Trafiony, zatopiony, to znaczy, - zestrzelony. Ma szczęście w nieszczęściu – uchodzi z życiem, a jego samolot spada na wyspę o uwodzicielskim kształcie kobiecych piersi. Istna kraina obfitości. Bujna roślinność, obfita fauna, łagodny klimat. Jest jeden mankament: poza Célestem nie ma tu żywej duszy. Został rozbitkiem na bezludnej wyspie.

Figo-fago, on w pilotce, one nago

W tym miejscu wydaje się, że ciąg dalszy dobrze znamy. Pomyłka, pilot nie upodobni się do Robinsona Crusoe, choć jak heros Defoe ćwiczy rozmaite nowe sprawności. Z rozpaczy nawet zaczyna tworzyć – rysuje patykiem na piasku kobiece akty. W nocy śnią mu się łóżkowe momenty, w dzień – prześladują zwidy w damskiej postaci.

Zanzim trochę współczuje swojemu bohaterowi, a zarazem nabija się z niego. Portretuje go tak sugestywnie, że wydaje się znajomy. Chudzina z wielkim nosem, w podkoszulku i spodniach na szelkach, nie zdejmujący z głowy pilotki, pomimo że powodów do jej noszenia brak. I wciąż bardzo męski pomimo mizerii sytuacji.

Pewnego dnia, goniąc za łanią, którą upatrzył sobie na obiad (aluzja: po francusku „łaniami” nazywa się dziewczęta, więc ta pogoń ma dwuznaczny charakter), wpada w międzypierśną rozpadlinę wyspy (przypominam: to teren w formie biustu) i trafia do raju. Przynajmniej tak początkowo sądzi – bo oto dookoła widzi same przedstawicielki płci pięknej. Nagie. Kąpiące się. Jak na obrazach Ingresa, Courbeta, Cézanne'a i innych mistrzów. Malarskie wizje w realu?

Chwileczkę, Zanzim po raz kolejny robi oko do czytelnika.

Bompard bynajmniej nie zostaje entuzjastycznie powitany. Panny nie życzą sobie męskiego intruza w swym gronie. Już, już grozi mu dekapitacja, jednak ratują go… przyrodzone walory. Jako więzień-rozpłodnik wykonuje rozmaite babskie czynności – pierze, sprząta, gotuje. I to jak! Jak przystało na Francuza. Wyśmienicie. Ten talent sprawia, że wyspiarki łagodnieją, a szefowa mianuje go przybocznym kucharzem. Znowu zabawa z narodową francuską tradycją, z „Wielkim żarciem” i „Ucztą Babette”.

Czułe słówka

Polskim odbiorcom sytuacja Bomparda skojarzy się zapewne z kultowym filmem Juliusza Machulskiego. Jak w „Seksmisji”, ex-Casanova dwoi się i troi, by dogodzić paniom, na łasce których aktualnie się znajduje. Ku jego rozczarowaniu, seks-usługi nie są przewidziane. Zapłodnienie, owszem, lecz bez żadnych cielesnych uciech. A gdy w pilocie odzywa się głos natury, znów naraża się na najsurowszą karę. Już nieszczęśnik przywiązany do pala, już pod nim rozpalają ogień, za chwilę spłonie jak Joanna d'Arc w pilotce…

Uff, wychodzi z opresji.

Tym razem zamiast smakołyków serwuje czułe słówka. Komplementuje amazonki, bajeruje, czaruje. Jak Don Juan (w sztuce Moliera, w operze Mozarta) uwodzi mówiąc. Pięknie mówiąc.

Odtąd zostaje Szeherezadą z brodą. Co wieczór opowiada swym ciemiężycielkom romansowe historyjki. Gdy nie staje mu fantazji na kolejną love story, posiłkuje się korespondencją wojenną. Tą, której nie zdołał dostarczyć do adresatek. Po prostu kradnie uczucia od żołnierzy. Trafia nimi do serc żelaznych dam, bo każda widzi siebie w roli oblubienicy. Niby takie chojraczki – przeprowadziły seksmisję, lecz emocjonalnych potrzeb nie zdołały wyprzeć.

Na tym nie koniec zabaw Zanzima z czytelnikiem, literacką i filmową tradycją oraz damsko-męskimi rozgrywkami.

Kto ciekaw co dalej, polecam lekturę. Zapewniam, finał nie do przewidzenia. Na koniec tylko dodam, że finezji narracji odpowiada błyskotliwy styl rysowania – coś między karykaturą a brawurą. Jak ulał pasuje do asa awiacji.

„Wyspa kobiet", Scenariusz i rysunki – Zanzim, Tłum. Jakub Syty, Wyd. Timof i cisi wspólnicy, Warszawa 2016.

—Monika Małkowska

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA