W dzisiejszych czasach możliwość spotkania ludzi z poczuciem humoru, pozytywnie nastawionych do życia to rzecz bezcenna. Kolejny tomik fraszek Marleny Wilbik pod niewinnym tytułem „Ziółka" to rzecz, którą czyta się błyskawicznie. Na tę „miksturę z ziółek" składa się inteligentny, błyskotliwy humor, trafne obserwacje nas samych, a przyprawiona jest dwiema szczyptami erotyzmu i szczyptą perwersji.
Marlena Wilbik nie bez racji nazwana została następczynią Jana Sztaudyngera. Jak sama twierdzi, fraszki pisała od zawsze. Gdy nazbierał się ich pokaźny zbiorek, postanowiła pokazać je znajomym krytykom. Ponieważ powiedzieli: „Musisz pisać" – pisze.
To pisanie wzięło się z dystansu do świata, ale też właśnie z sympatii do ludzi. Zaczęło się od „Chwili motyla", potem były „Kwiatki z rabatki". Marlenie Wilbik udało się zachować w nich klasę, nigdy nie przekraczać delikatnej granicy między dowcipem a wulgarnością, pikanterią i złym gustem.
Lektura tomiku wskazuje, że sama autorka „Ziółek" to też niezłe ziółko. O miłosnych uniesieniach potrafi mówić bezpruderyjnie. U starszych czytelników z pewnością niektóre utwory spowodują zaparowanie okularów, co nie przeszkodzi im czytać dalej. Wilbik nie jest jedną z wielu feministek, bo wie, że „I feministka uchyli listka". Ale nie stroni też od nostalgii: „Patrzę na jego fotografię i już tak kochać nie potrafię".
Zagląda ponadto do świata biznesmenów: „Moja kochanka jak karta debetowa. Wciąż muszę kasę dawać jej od nowa". Przygląda się z uśmiechem mieszkańcom małych miasteczek: „O rozpuście dumała, gdy barchanowe majtki prała". Potrafi łączyć to, co wzniosłe, z tym, co przyziemne: „Na samych skrzydłach się nie uleci/ wiedzą o tym ubodzy poeci". Ośmiesza pustkę celebrytów, nie zostawia suchej nitki na politykach: „Nawet na suficie stanie, by zaistnieć na ekranie". Ma wiele trafnych sformułowań: „Internet czyli sieci na dzieci".