fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Literatura

„Edward Stachura we wspomnieniach”. Wędrujący poeta z gitarą

Edward Stachura, Lise Brodin i Janina Januszewska-Skreiberg, Maridalen, kwiecień 1972
Dzięki uprzejmości Janiny Januszewskiej-Skreiberg
Mimo upływu lat legenda Edwarda Stachury trwa. Potwierdza to i ta książka.

„Życiopisaniem” określił Henryk Bereza fenomen Edwarda Stachury (1937–1979) zwanego Stedem. Nieustannie wędrujący z gitarą poeta, „gdzie go zawiedzie skrajem dróg gzygzakowaty życia sznur”, śpiewający „wędrówką jedną życie jest człowieka”, a także, że „życie to nie teatr”, spełniał mit człowieka wolnego, w szarej rzeczywistości PRL podróżującego, gdzie chce i kiedy chce. Wszędzie miał znajomych i przyjaciół, u których się zatrzymywał. Pojawiał się nagle i równie nieoczekiwanie znikał.

Msza wędrującego

Pierwsza Stachuriada, czyli spotkanie fanów twórczości Stachury, odbyło się już kilka miesięcy po jego tragicznym odejściu – jesienią 1979. Zorganizował ją Wojciech Siemion w warszawskim teatrze Stara Prochownia. Potem takie imprezy rozprzestrzeniły się po całej Polsce, a największą sławą cieszyła się gromadząca tłumy w latach 80. „Scheda Steda” w Toruniu. Sławę zyskał też grany przez Annę Chodakowską przez kilka dekad spektakl słowno-muzyczny „Msza wędrującego” (reż. Krzysztof Bukowski, muz. Roman Ziemlański).

Muzykę do wierszy Stachury komponowali Jerzy Satanowski, Jan Kondrak, Marek Gałązka, Stare Dobre Małżeństwo. Jego piosenki-pieśni wykonywali: Leniwiec, Czesław Mozil, kwintet Wojtka Mazolewskiego czy Organek. No i na YouTubie wciąż można słuchać samego Stachury, śpiewającego chrapliwym gardłowym głosem.

Po wydane przez Czytelnik po raz pierwszy w 1982 roku w 30-tysięcznym nakładzie pięciotomowe dzieła wszystkie, obłożone niby-dżinsowymi okładkami, ustawiały się długie kolejki. Potem Witold Leszczyński zekranizował „Siekierezadę”, którą uznano za najlepszy obraz Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni w 1986 roku.

Pośmiertna wystawa w warszawskim Muzeum Literatury, zorganizowana w 1987 roku w 50. rocznicę urodzin poety, przyciągnęła rekordową liczbę ponad 30 tysięcy widzów.

„W książce czytelnik wędruje przez Warszawę, Paryż, Meksyk, Oslo i Budapeszt, mija Ann Arbor, Lublin, Poznań, Xalapę, ale też Aleksandrów Kujawski, Czewujewo czy Daćbogi. Staje się świadkiem wypadku kolejowego w Bednarach, w którym Edward Stachura stracił cztery palce prawej ręki, towarzyszy próbom powrotu pisarza do zdrowia, aż wreszcie przygląda się wyprawie ostatniej, z której relacji nikt już nie przyniesie. Wszystkie te sytuacje rozpisane zostały na głosy” – streszcza Jakub Beczek, który w tej książce pomieścił uzbierane w ciągu pięciu lat 40 świadectw tych, „którzy pamiętają, jak się poruszał, rozmawiał, śmiał, w jaki sposób się zachowywał, odwracał głowę”. Celowo pominięci zostali najbliżsi, którzy wielokrotnie już opowiadali o Stedzie.

Jerzy Klechta, w latach 70. i 80. redaktor naczelny czasopisma „Radar”, poznał Stachurę na początku roku akademickiego 1957/58 na KUL. Uczęszczali wspólnie na lektorat języka łacińskiego. „Gdy Stachura przyjechał do Lublina, nie niosła go jeszcze żadna poetycka legenda, wyróżniały go natomiast dżinsy. W tamtych latach to był rarytas”.

Spontaniczne śpiewanie

Z tego okresu Klechta pamięta też wydarzenie na egzaminie z historii filozofii, gdy profesor Stępień wstawił Stachurze dwóję. Sted rzucił w jego stronę indeksem i wyszedł.

Był na uczelni traktowany jako enfant terrible. W pokera grał z najlepszymi i często ich ogrywał. „W życiu nie grał – wspomina jeden ze świadków – zawsze wykładał karty na stół, walił prosto z mostu, co nie przysparzało mu przyjaciół”. Ktoś inny uzupełnia: „Świetnie się bił i nieraz zdarzyło mu się uczestniczyć w bójkach, które wygrywał. Miał potężny cios”. W wielu wspomnieniach pojawia się motyw alkoholowych imprez.

Nie rozstawał się z gitarą i często śpiewał. Ciekawe, jak różne są na ten temat zdania słuchaczy. Od: „słuchu za dobrego nie miał, głosu też nie, ale grał na gitarze i śpiewał w sposób zawodzący”, poprzez: „Jeśli chodzi o jego piosenki, to uważałem, że takie ostentacyjne, nieskładne »pobekiwanie« – bo przecież to nie był Leonard Cohen – było zaletą, to był pewien rodzaj buntu: jestem niemuzykalny, więc tym bardziej słuchajcie, co mówię”.

Z kolei Daniel Olbrychski mówi: ‚Pamiętam, że bardzo ładnie śpiewał – nie trzeba go było długo namawiać, robił to spontanicznie”. Spotkali się pod koniec lat 60. w lokalu Związku Literatów przy placu Zamkowym – i wtedy Stachura sam mu się przedstawił. „To było połączenie nonszalancji i świadomości, że jest się kimś, czyli pewności siebie, zarazem z głęboko skrywaną niepewnością” – wspomina.

Poetka Krystyna Rodowska zapamiętała pięć intensywnych spotkań ze Stedem: „Miał ambiwalentny stosunek do kobiet. Z jednej strony je mitologizował, jakby nie kontaktował się z kobietą rzeczywistą, ale ze swoim wyobrażeniem”. Ale inny znajomy wspomina: „bardzo lubił kobiety. Zresztą miał u nich ogromne powodzenie, tak jak Iredyński. Z tym że Edek traktował je delikatnie. Ale święty nie był, brał życie pełnymi garściami. Zyta (żona) mu wiele wybaczała”.

Ilu ludzi, tyle punktów widzenia, nie mówiąc o tym, że czas potrafi nagiąć pamięć. Ciekawe, ile z legendy Stachury przetrwa po lekturze…

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA