fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Kosmos

Księżyc zdobyty za wcześnie

Tam, hen hen, wyżej i dalej niż Rosjanie. Nieboskłon podziwiają prezydent John F. Kennedy (po prawej) i Wernher von Braun, jeden z czołowych konstruktorów rakiet oraz pionier podboju kosmosu, były oficer SS. Przylądek Canaveral, 16 listopada 1963 r.
Getty Images
W tym roku przypada 50-lecie lądowania człowieka na Księżycu. Popełniono przy tym tyle błędów, że program księżycowy nieraz chwiał się w posadach.

20 lipca 1969 roku Neil Armstrong, dowódca wyprawy Apollo 11, stanął jako pierwszy człowiek na powierzchni Księżyca. W związku z przypadającą dziś 50. rocznicą tych wydarzeń przypominamy tekst z lutego 2019 roku.

Amerykańska droga na Księżyc – sowiecka zresztą również – zaczyna się pod koniec II wojny światowej gdzieś na terytorium III Rzeszy. W ramach objętej tajemnicą państwową operacji „Paperclip" służby amerykańskie przeczesują zdobyte terytoria w poszukiwaniu hitlerowskich specjalistów od techniki rakietowej, uznając ich kompetencje zdobyte w trakcie wystrzeliwania rakiet V1 i V2. Gdy wojna się kończy, brzydkie występki nazistów zostają puszczone w niepamięć, liczy się fachowość i gotowość do służby pod nowym sztandarem.

Jak doszło do przejęcia 118-osobowej grupy Wernhera von Brauna? Podobno, widząc rychły kres III Rzeszy, von Braun zwołał tajne zebranie współpracowników jeszcze w Peenemünde nad Bałtykiem, skąd odpalano ziejące ogniem potwory nad Londyn. Miał powiedzieć mniej więcej tyle: Niemcy wojnę przegrały, a dla zwycięzców nasza wiedza może okazać się cenna. Komu wolelibyśmy się poddać: Rosji czy Ameryce?

Tak oto w maju 1945 r. niedaleko miejscowości Oberjoch w Bawarii doszło do przejęcia całej grupy przez wojsko amerykańskie. Niemieccy fachowcy od rakiet wylądowali najpierw w Forcie Bliss w Teksasie, gdzie mieli pracować przy przechwyconych rakietach V2. Dowództwo amerykańskie nie bardzo wiedziało, co z nimi zrobić, panował pokój, a Kongres nie kwapił się do finansowania badań nad rakietami. Tymczasem Sowieci przejęli fachowców niemieckich może i gorszego sortu, ale nie zastanawiali się nad nimi, tylko ruszyli z kopyta z własnym programem.

Dopiero wieści, że w Moskwie poważnie zajęto się rakietami, sprawiły, iż w Ameryce podjęto decyzję o założeniu własnego ośrodka rakietowego. Wybór padł na leżący po wojnie odłogiem ośrodek wojskowy w Alabamie i pobliskie miasteczko Huntsville. Niemcy dostali obywatelstwo, prawo do osiedlenia i możliwość pracy w ulubionej dyscyplinie. Wyznaczono im zadanie skonstruowania rakiety balistycznej do przenoszenia głowic konwencjonalnych bądź nuklearnych na odległość 300 km. Rakietę, gdy powstała, nazwano od nazwy ośrodka Redstone; mierzyła ponad 20 m wysokości i w przyszłości miała odegrać dużą rolę w programie kosmicznym. Amerykanie nie chcieli jednak całego programu rakietowego powierzać obcym; władze liczyły, że przy Niemcach uda się wyedukować własnych fachowców.

W ocenie von Brauna lata 1945–51 były czasem stagnacji i zostały całkowicie zmarnowane, dając już na wstępie wieloletnie opóźnienie w stosunku do sowieckiego programu rakietowego.

Sowieckie sztuczki, amerykańska ciekawość

Gdyby prezydent Eisenhower miał więcej oleju w głowie, Amerykanie wysłaliby sztucznego satelitę Ziemi przynajmniej na rok przed Sowietami. A oto jak do tego doszło, a właściwie nie doszło.

W 1954 r. grono osobistości ze świata nauki i techniki spotkało się w Waszyngtonie, aby podjąć decyzję, w jaki sposób USA włączą się w obchody Międzynarodowego Roku Geofizycznego. Rok ten stanowił przedsięwzięcie międzynarodowe; uczeni z całego świata zamierzali przeprowadzić badania Ziemi od lipca 1957 do grudnia 1958 r. Podczas tego posiedzenia von Braun zgłosił, że mógłby wysłać satelitę o masie 2,5 kg do zbadania wyższych warstw atmosfery.

Von Braun nie dysponował wtedy jeszcze odpowiednią rakietą, ale dwa lata później gotowa była zmodyfikowana Redstone. Dodano do niej dwa dalsze stopnie i zmodyfikowano silnik. Na szczycie w miejsce głowicy – był to wszak pocisk o przeznaczeniu wojskowym – domontowano stożkowaty czubek z urządzeniami rejestrującymi. Nowa rakieta otrzymała nazwę Jupiter C. Gdyby na szczycie dołożyć jeszcze jeden człon, nazwany pociskiem 29, zestaw do osiągnięcia orbity i umieszczenia na niej satelity byłby gotowy.

Niestety, wcześniej Biały Dom podjął szlachetną decyzję, że satelitę powinno się wystrzelić za pomocą rakiety niezhańbionej zastosowaniem militarnym. Zlecono prace nad nową rakietą Vanguard, która jako cywilna i pokojowa miała przynieść Ameryce więcej uznania. Eisenhower i jego doradcy życzyli też sobie nieoficjalnie, by pierwszego sztucznego satelitę w dziejach umieścił na orbicie zespół amerykański, nie zaś grupa hitlerowskich weteranów wojennych. Niestety, Amerykanie jeszcze się nie dokształcili: żaden ich ośrodek nie dysponował kompetencjami ani sprzętem, który Niemcy von Brauna zgromadzili w Redstone.

Gdy Sowieci oznajmili oficjalnie, że w trakcie Międzynarodowego Roku Geofizycznego planują umieszczenie sztucznego satelity na orbicie, władze amerykańskie uznały te zapowiedzi za blef. Powątpiewano, czy siermiężna technika sowiecka zdolna jest do takiego wyczynu. Kiedy więc von Braun zwrócił się o pozwolenie wystrzelenia satelity w kosmos z udziałem Jupitera C, Eisenhower zwyczajnie odmówił. Była to najbardziej krótkowzroczna decyzja polityczna w dziejach.

Co było dalej, wiadomo: 4 października 1957 r. sowiecka rakieta R-7 wyniosła na orbitę 84-kilogramową metalową kulę z antenkami, która robiła jedno okrążenie Ziemi w półtorej godziny. Tu nikt się nie przejmował, że R-7 miała przeznaczenie stricte wojskowe. Jedynym ładunkiem ciężkiego satelity był nadajnik radiowy, aby każdy mógł usłyszeć sygnał z kosmosu.

Decydentów amerykańskich wieść o tym zastała podczas bankietu w ośrodku Redstone. Obecny był świeżo mianowany na sekretarza obrony Neil McElroy, zastępujący Charlesa Wilsona, który uważał loty kosmiczne za zbędny balast i przeszkadzał jak mógł w planach zespołu von Brauna. Gdy więc ogłoszono hiobową wiadomość, zapanowała konsternacja. Kompletnie zaskoczona administracja Eisenhowera próbowała jak tylko mogła bagatelizować sowiecki sukces. Ale szok miał też moc uzdrawiającą: obudził Amerykę z letargu. Po kompletnej klapie rakiety Vanguard von Braun dostał zielone światło i 31 stycznia 1958 r. z przylądka Canaveral odpalono rakietę z 14-kilogramowym satelitą nazwanym Explorer 1 i niosącym na pokładzie aparaturę do pomiarów promieniowania kosmicznego. To właśnie ta aparatura wykryła otaczające Ziemię pasy wysokoenergetycznego promieniowania.

Od początku ujawniła się różnica w podejściu Rosjan i Amerykanów do kosmosu: pierwsi pokazywali sztuczki dla oszołomienia gawiedzi i osiągnięcia korzyści propagandowych, drudzy starali się czegoś przy okazji dowiedzieć. Pasy promieniowania od nazwiska naukowca, który stał za odkryciem, nazwano pasami Van Allena.

Nie tacy mocni

Podobnie jak w przypadku pierwszego satelity, także człowieka w kosmos jako pierwsi mogli wysłać Amerykanie. Przeszkodził temu, jak się zdaje, szympans o dźwięcznym imieniu Ham.

Jego zadaniem było utorować drogę w kosmos człowiekowi. Przypomnijmy, że były to czasy, kiedy o przestrzeni wokółziemskiej i panujących tam warunkach nie wiedziano nic, tajemnicą były przeciążenia i dawki promieniowania, a nieważkość budziła nabożny lęk. Wystrzelenie Hama wyznaczono na 31 stycznia 1961 r. Zwierzę ułożono w pudełku, przed którym zapalały się światełka, a gdy pociągnęło się za odpowiednią dźwignię, do pyska wskakiwał banan. Błąd oznaczał prądowego kopniaka w nogę.

Wskutek licznych komplikacji aparatury Ham stał się astronautą heroicznym. Przede wszystkim miał wytrzymać ośmiokrotne przeciążenia, a zafundowano mu dwa razy tyle. Banany okazały się czczą obietnicą. Mimo poprawnego pociągania za dźwignie za każdą czynność był rażony prądem. Na sam koniec zafundowano mu próbę wody: kapsuła z wielką siłą wyrżnęła w ocean, legła na boku i zaczęła tonąć; nieszczęsnego Hama wyratowano w ostatniej chwili. Zrozumiałe, że po takiej podróży aktywnie dawał wyraz swemu zdegustowaniu, gryząc wszystko i wszystkich dookoła. Nie tak się umawialiśmy, zdawał się komunikować swoim zachowaniem.

Dla programu kosmicznego oznaczało to, że statek Mercury musi być poddany kolejnym testom, a więc lot, czy raczej skok, astronauty Alana Sheparda ulegnie odłożeniu. Choć sam Shepard protestował ile mógł, kierownictwo programu pozostało niewzruszone. Kolejny start, tym razem bezzałogowy, odbył się 24 marca i wypadł doskonale. A 12 kwietnia świat dowiedział się o Gagarinie.

Shepard do końca życia miał o to żal.

Nawet gdyby jednak Amerykanin wyprzedził Gagarina, priorytet mógłby nie zostać uznany, gdyż jego późniejszy lot miał charakter suborbitalny (balistyczny). Trwał nieco ponad kwadrans, pojazd osiągnął wysokość 187 km, pokonał dystans prawie 500 km, a przeciążenia dochodziły do 11 g. Inna sprawa, że i Gagarin nie wykonał pełnego okrążenia Ziemi: wystartował z kosmodromu Bajkonur w kierunku wschodnim, wylądował zaś 1500 km na zachód od Bajkonuru w okolicach Saratowa. Tych 1500 km zabrakło do pełnego obiegnięcia planety; dopiero Herman Titow w sierpniu 1961 r. porządnie okrążył Ziemię 17 razy i to jemu wypada przyznać pierwszeństwo.

O ile wystrzeleniu przez ZSRR sputnika towarzyszyły w Ameryce szok i niedowierzanie, że prymitywni Sowieci zakasowali przodującą technikę USA, o tyle po Gagarinie Ameryka wpadła w przygnębienie. Nie brakło głosów, że amerykański program kosmiczny powinien zostać zawieszony. Dogonić Sowietów nie sposób, a brylowanie na drugim miejscu nikomu się nie uśmiechało. Jerome Wiesner, doradca prezydenta Kennedy'ego, był za odwołaniem załogowych lotów kosmicznych i reorganizacją agencji kosmicznej NASA. „Zalecał skupienie się na aeronautyce i pozostawienie wyścigu kosmicznego Rosjanom. Jego zdaniem Kennedy powinien szybko podpisać dokument odwołujący Program Mercury. (...) Wiesner sugerował, że Stany powinny zdobywać przewagę w nauce, komunikacji i satelitach wojskowych. Propagował hasło: »Idźmy ze zwycięzcami«", piszą w książce „Kierunek Księżyc" Alan Shepard i Deke Slayton.

Pomijając szyderczą wymowę tego hasła, prezydencki doradca nie miał do zaproponowania nic poza kapitulacją. Gdyby Kennedy go posłuchał, program kosmiczny zostałby definitywnie zamknięty, a Amerykanie z otwartymi ustami przyglądaliby się tryumfom sowieckim. Prezydent zrobił co innego: zarządził mobilizację, wymienił szefa NASA i udzielił programowi kosmicznemu pełnego poparcia. 5 maja ruszył Shepard, 21 lipca drugi lot suborbitalny odbył Grissom, a 20 lutego 1962 r. John Glenn jako pierwszy obywatel USA trzykrotnie okrążył Ziemię. Zamiast więc kontemplować klęskę, Amerykanie wzięli się ostro do roboty; wnet okazało się, że nie tacy Sowieci mocni, jak się wydawało. Gdy zaś Kennedy wskazał Księżyc jako cel lądowania ludzi przed końcem dekady lat 60., wszystko wróciło na swoje miejsce. W kosmicznym pokerze z Sowietami USA nie odłożyły kart, nie powiedziały „pas", tylko zaczęły rozgrywać po swojemu.

„Zabiliście mnie”

W pierwszej połowie lat 60. Amerykanie przesiedli się na statki nowej generacji, nazwane Gemini, Rosjanie zamienili Wostoki na Woschody i karuzela kręciła się dalej. Ci ostatni pokazywali światu coraz to nowsze cudeńka: pierwszy lot dwóch pojazdów jednocześnie, pierwszą kobietę w kosmosie (Walentina Tierieszkowa) i pierwszy spacer kosmiczny (Aleksiej Leonow). Amerykanie powtarzali te sztuczki z niewielkim opóźnieniem, ale już ujawniała się wyższość ich techniki: programy były bogatsze, manewry dokładniejsze i bardziej skomplikowane itp. O ile sowieckie pokazy na orbicie w dużej mierze służyły celom propagandowym, o tyle w przypadku Amerykanów były to elementy niezbędne do opanowania w lotach księżycowych. Wraz z końcem programu Gemini dystans do programu sowieckiego został odrobiony.

O żadnych komplikacjach i niepowodzeniach po stronie sowieckiej świat się nie dowiedział. Amerykanie natomiast prowadzili swoje próby w świetle jupiterów. Gdy Gemini 3 ćwiczył dokowanie z rakietą Agena, wpadł w tak straszliwą rotację, że groziło to unicestwieniem załogi. Wyprowadził pojazd z tego stanu dowódca Neil Armstrong, wykazując niebywały hart ducha i kunszt pilotażowy. Spore kłopoty mieli Amerykanie z wychodzeniem w otwarty kosmos; rozwiązał je za jednym zamachem Buzz Aldrin z Gemini 12, pokazując, jak się do tego zabrać. Obaj, Armstrong i Aldrin, swymi akcjami zapracowali na wytypowanie do załogi słynnego Apolla 11, którego człon lądujący miał osiąść na Księżycu.

Tymczasem po zamknięciu programu Gemini Amerykanie próbowali opanować statek Apollo z generacji księżycowej. Pojazd nie budził zaufania, był niedopracowany, miał tysięczne wady, które ujawniały się w najmniej spodziewanych momentach. Jako pierwsza załoga mieli startować Virgil Grissom, Edward H. White i Roger B. Chaffee, od dłuższego czasu trenowali więc razem. 27 stycznia 1967 r. symulowano start Apollo 1, co polegało na odcięciu kabli zasilających rakietę i statek oraz sprawdzeniu, czy obydwa pojazdy są w stanie działać samodzielnie przy zasilaniu własnym. Próba odbywała się na sucho, bez zatankowania paliwa. Procedura przewidywała także wypełnienie kabiny czystym sprężonym tlenem.

Od początku pojawiły się komplikacje. W kabinie dała się odczuć dziwna woń, którą dwukrotnie usunięto przez odpompowanie powietrza. Szwankowała łączność, zagłuszana trzaskami podobnymi do wyładowań elektrycznych. Był moment trzeźwej refleksji, kiedy proponowano odwołać próbę, ale czas naglił: Apollo 1 powinien jak najszybciej znaleźć się na orbicie. W szóstej godzinie prób kabinę wypełniono czystym tlenem o ciśnieniu 1,1 atmosfery. Jak się okazało, jeden z kabli pod napięciem, przebiegający pod fotelem dowódcy Grissoma, iskrzył i w końcu doszło do zapłonu. W mgnieniu oka wnętrze kabiny, nasycone atmosferą tlenową, w której pali się właściwie wszystko, zamieniło się w piekło. Otwieranie źle działającego włazu w normalnych warunkach trwało półtorej minuty: Grissom, White i Chaffee nie mieli tyle czasu. Wszyscy trzej zginęli na szczycie stalowej wieży, 70 metrów nad powierzchnią Ziemi, z gorąca i uduszenia.

Plan lądowania na Księżycu leżał na łopatkach. Nawet szef NASA Webb uważał, że „program Apollo załamał się, stracił impet". Raport o katastrofie liczył 3300 stron, ważył 8 kg i nie owijał niczego w bawełnę. Posypały się głowy, statek Apollo przeprojektowano, a wraz z nim moduł księżycowy. Feralny właz do statku dawał się teraz otworzyć od wewnątrz w trzy sekundy, zrezygnowano z tlenowej atmosfery. Przerwa w programie, planowana na rok, wydłużyła się do 21 miesięcy. Nie ulegało wątpliwości, że ofiara życia trzech astronautów nie poszła na marne: gdyby dalej ciągnąć prowizorkę Apolla 1, do katastrofy doszłoby prędzej czy później, z dala od Ziemi albo i na samym Księżycu.

Swoje kłopoty mieli i Sowieci, którzy wprowadzali do użytku nowy pojazd Sojuz. Był tak samo niedopracowany jak Apollo, ale czynniki polityczne nalegały na lot. Na pilota wyznaczono kosmonautę Władimira Komarowa, który bronił się jak mógł, ponieważ świetnie znał wady nowego statku. „Zabiliście mnie, skur...y" – miał powiedzieć, wsiadając do Sojuza 1. Na orbicie okazało się, że w nowym pojeździe nic nie działa właściwie. Komarow szarpał się z systemami, które kolejno odmawiały posłuszeństwa, w końcu otrzymał polecenie lądowania półmartwym statkiem. Jako wybitny fachowiec od pilotażu dokonał niemożliwego: ręcznie sterując przy nieustannej rotacji statku, wprowadził go w korytarz lądowania. Walczył znakomicie, wydawało się, że mu się uda. Zawiódł ostatni element: pod wpływem obrotów Sojuza linki spadochronu się splątały i Komarow wyrżnął o Ziemię z prędkością 650 km/h. Przerwa po stronie sowieckiej trwała półtora roku.

Nagły koniec entuzjazmu

11 kwietnia 1970 r. nic nie wskazywało na to, że lot Apollo 13 na Księżyc przebiegnie z komplikacjami. Amerykanie mieli za sobą serię bezproblemowych lotów, jeśli nie liczyć Apollo 7, kiedy rakieta Saturn V wpadła w wibracje. Mimo to kierownictwo programu amerykańskiego zdecydowało się na pokerową zagrywkę, by Apolla 8 wysłać od razu w lot dookoła Księżyca. Był to potężny, spektakularny sukces. Apollo 9 i 10 ćwiczyły na orbicie elementy programu księżycowego, 20 lipca 1969 r. Apollo 11 wylądował na Księżycu, a po nim sztukę tę powtórzył Apollo 12. Wydawało się, że w przypadku NASA loty na Srebrny Glob stały się rutyną. Apollo 13 wyrwał obserwatorów ze stanu odrętwienia. Po 55 godzinach i 55 minutach lotu statek przebył 320 tys. km i znajdował się na najlepszej trajektorii do Księżyca, gdy zwarcie w instalacji spowodowało wybuch w sekcji silnikowej, dostarczającej paliwo i energię. Eksplodował jeden zbiornik z tlenem, a drugi został poważnie uszkodzony, co oznaczało utratę tlenu do oddychania i zasilania ogniw paliwowych. W chmurze gazu i odłamków Apollo 13 nadal posuwał się naprzód, ale był już praktycznie martwy. O lądowaniu na Księżycu można było zapomnieć; liczyło się ocalenie załogi.

Postanowiono kontynuować lot ku Księżycowi, aby stamtąd grawitacyjnie zawrócić w stronę Ziemi. Załoga przesiadła się do członu księżycowego i rozpoczęła przygotowania do walki o życie. Silnik modułu księżycowego skierował statek ku Ziemi i pozwolił na korekty lotu. Cała ludzkość z zapartym tchem śledziła na bieżąco przebieg akcji, która skończyła się pomyślnym wodowaniem, jak na ironię najdokładniejszym z dotychczasowych. Wyziębieni i wygłodniali astronauci dali pokaz swego kunsztu, niemniej wyprawa nie zrealizowała swych celów i uznano ją za nieudaną.

Program Apollo znalazł się pod ostrzałem krytyki. NASA przedstawiała go jako wyścig z Rosjanami o prestiż narodowy. Kiedy zakończył się zwycięstwem, społeczeństwo straciło zainteresowanie kosmosem. Jeszcze przed lotem Apolla 13 skasowano ostatni planowany lot Apollo 20. Wkrótce odwołano także misje o numerach 18 i 19, a Kongres ograniczył budżet NASA do najniższego poziomu w ciągu ostatniej dekady. Dziś zastanawia to nagłe przejście od fali entuzjazmu do otwartej niechęci wobec finansowania dalszych wypraw. Księżyc okazał się drogą zabawką; gdy ciekawość ludu i wola decydentów zostały zaspokojone, cele polityczne osiągnięte, a z areny zniknął główny konkurent, pospiesznie zamknięto astronautyczny sklepik. Prawda, że w wielu fazach wyścig nabrał cech absurdalnych, że zwłaszcza strona sowiecka szafowała życiem kosmonautów w imię spektakularnych wyczynów. Jednakże tak szybkie porzucenie Księżyca wskazuje, że nie był on w tym wyścigu celem samym w sobie i de facto nie budził głębszego zainteresowania. Nie dało się tam pojechać na urlop, a kwestie naukowe z nim związane okazały się drugorzędne.

Katalizator polityczny sprawił, że Księżyc został zdobyty niejako za wcześnie, a zdobywcy byli do tego faktu słabo przygotowani koncepcyjnie. Jeśli głównym trofeum każdego lotu okazywała się kupa kamieni księżycowych, dosyć podobnych do ziemskich, to istotnie kosztowały one dość drogo. Okazało się, że pieniądze nie tylko rządzą światem ziemskim, ale także Księżycem i nikt na to nic nie poradzi.

Marek Oramus jest futurologiem, autorem książek SF

PLUS MINUS

Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:


prenumerata.rp.pl/plusminus


tel. 800 12 01 95

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA