fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Kościół

Bp Andrzej Czaja: Najwyższy czas, byśmy się ocknęli

Fotorzepa/ Waldemar Kompała
Na to, co się dzieje w Polsce, Kościół nie może patrzeć spokojnie – mówi bp Andrzej Czaja, ordynariusz diecezji opolskiej.

Jest ksiądz biskup przewodniczącym Komisji Nauki Wiary w polskim Episkopacie. Jak z tej perspektywy ocenia stan wiary Polaków, co jest jej największym pozytywem, a jakie wypaczenia dziś szczególnie zagrażają, na co powinniśmy uważać?

Największym zagrożeniem na dziś jest postawa, którą nazwałbym „praktykowaniem niewiary". Chodzimy do kościoła, jesteśmy religijni i pobożni, ale to nas satysfakcjonuje i nie dbamy już o więź z Bogiem. Jesteśmy katolikami wielokroć bez większego zatroskania o stan łaski uświęcającej. Wielu z nas jest bez większej świadomości, że od momentu chrztu mamy w sobie życie Boże i bardzo często słabo albo w ogóle nie dbamy o nie. Życie nadprzyrodzone w nas, jest wskutek tego coraz bardziej zagrożone.

To prawda, Instytut statystyki Kościoła nie jest w stanie zbadać stopnia wewnętrznego zagrożenia wiary, natomiast frekwencję niedzielną potrafi. A jeśli ona nie spada, a ostatnio nawet wzrosła, to nas cieszy.

Tymczasem największą bolączką i największym zagrożeniem dla Kościoła jest skoncentrowanie się na zewnętrznych formach wyrazu wiary, bez pielęgnowania jej żywotności od środka, bez zatroskania o rozwój życia wewnętrznego w sobie. W konsekwencji bagatelizujemy to, co jest największym darem. Za mało troszczymy się o nasz rzeczywisty związek z Bogiem. A potem dziwimy się, że choć tak wielu Polaków jest naprawdę religijnych, w społeczeństwie jest aż tak źle.

A to dlatego, że już nie ma Bożego ducha w sercach, gdzieś go zagubiliśmy. Jestem absolutnie przekonany, że w Polsce potrzebujemy nade wszystko odnowy duchowej i moralnej. Z akcentem na duchową, gdyż w tej dziedzinie istnieje poważny deficyt. Jeszcze tu i ówdzie staramy się być moralni, gdyż wszyscy widzą nasze zachowanie, natomiast w środku jest pustka. Jan Paweł II w adhortacji „Ecclesia in Europa" mówił o „cichej, milczącej apostazji", jakiej doświadcza świat Zachodu. A to niestety dziś dokonuje się także w naszym narodzie.

Kolejny problem, to antyintelektualność wiary. Często mamy dziś do czynienia z wiarą infantylną, bez należytej refleksji oraz przełożenia na realia społeczne. Bywa coraz częściej, że wiarę redukuje się do poziomu emocji, uczucia. A przecież wiara jest aktem wolitywno-racjonalnym. Podkreślał to bardzo mocno nie tylko św. Tomasz z Akwinu. Wiara sprowadzona do przeżycia, emocjonalnego aktu jest jak puch, który ulatuje pod wpływem nawet lekkiego podmuchu.

A skutkiem jest „cicha, milcząca apostazja", przed którą ostrzegał Jan Paweł II. To zjawisko wkrada się do naszego Kościoła w sposób niepostrzeżony.

Jaka jest tego przyczyna?

Jest wiele przyczyn, ale głównym czynnikiem, który temu sprzyja, jest z pewnością materializm. Nawet różne totalitaryzmy i prześladowania, jakich doświadczali ludzie wierzący, nie były tak poważnym zagrożeniem dla ich rozwoju duchowego, jak dziś materializm. Działa on na wiarę tak jak tlenek węgla. Nic nie czujemy, wszystko jest niby dobrze, nawet chodzimy do kościoła... religijność zostaje, pobożność zostaje, ale w środku jest pustka. Tymczasem każdy pustostan moce ciemności są w stanie zagospodarować, bardzo skutecznie.

Skupmy się na chwilę na sytuacji społecznej katolickiej Polski. Jak długo żyję, nie widziałem tak wielkiej eskalacji agresji oraz nienawiści w przestrzeni publicznej. Co powinien zrobić Kościół w Polsce dziś, wobec narastającej wojny polsko-polskiej? Jaka winna być jego profetyczna rola?

Na to, co się w Polsce dzieje, Kościół nie może patrzeć spokojnie. Najwyższy czas, abyśmy ocknęli się – jako chrześcijanie i jako Polacy! Nadszedł czas, że Kościół powinien podjąć rolę mediatora wśród okładających się stron. Nie obawiałbym się takiego działania. Jest to niezbędne dla zachowania ładu i pokoju społecznego. Mamy akurat rocznicę Okrągłego Stołu. W moim przekonaniu coś na ten kształt jest dziś w Polsce potrzebne. Kościół powinien nie tylko apelować o dialog, ale usiąść do wspólnego stołu jako mediator. Oczywiście jeśli strony się na to zgodzą.

Powinniśmy też wezwać cały naród i lud wierzący do wytężonej modlitwy o przebaczenie i pojednanie. Potrzebujemy Bożej łaski, gdyż bez niej z tym sobie nie poradzimy. W ślad za Janem Pawłem II odważmy się zawołać: „Niech zstąpi Duch i odnowi oblicze ziemi, tej ziemi!".

Tym bardziej, że zbliża się 40. rocznica jego pierwszej wizyty, kiedy padły te słowa...

Niezbędny jest wyrazisty list pasterski czy wręcz orędzie do narodu: orędzie o pojednanie i o pokój. A może winny przyłączyć się do tego także inne Kościoły i wspólnoty chrześcijańskie. Nie sądzę, aby nie skorzystały z takiego zaproszenia.

A wydawało się, że śmierć prezydenta Adamowicza będzie dostatecznym otrzeźwieniem.

Niestety, w miejsce otrzeźwienia mamy wzajemne oskarżenia. Mało tego, ta zawziętość się pogłębiła. To zła droga. W tym kierunku nie możemy dalej iść, bo dojdzie do jeszcze większych tragedii. Bardzo wiele ryzykujemy! Osłabiamy siebie jako społeczeństwo, jako państwo i jako Kościół. Osłabiamy się na każdym kroku. Nie chciałbym porównywać tego do czasu, kiedy straciliśmy wolność w minionych wiekach, ale siłą rzeczy tych podobieństw jest wiele. Nie dostrzegamy dobra wspólnego. Tak było w XVIII wieku i tak jest dziś.

Ponadto nie odrabiamy lekcji, których udzielił nam Jan Paweł II. Chociażby lekcji o wolności. Wolność nie polega na braku hamulców, gdyż to przerabialiśmy już za króla Sasa. Dziś są inne pokusy i inne wyrazy niewłaściwego rozumienia wolności, natomiast konsekwencje i gorzkie owoce mogą być takie same. Wolność musi być rozumiana jako wolność „do", jako zadanie, a nie jako wolność „od", jako brak hamulców. Wolność to odpowiedzialność. Tyle klaskaliśmy papieżowi i tak mu śpiewaliśmy, ale to poszło w las. A nawet jego następcę, Franciszka, oskarżamy o jakieś wyimaginowane rzeczy. Jakoby sprzedał Kościół itd.

Franciszek, jak zresztą i jego wielcy poprzednicy, ostrzega przed „instrumentalizacją wiary" dla celów politycznych. Czy jest to także problem obecny na ziemi polskiej?

W Polsce takie niebezpieczeństwo było i jest. Instrumentalizacja i ideologizacja religii to dwa zagrożenia, z którymi mieliśmy do czynienia nie tylko kiedyś w przeszłości, ale i we współczesnym świecie. Mamy wielokroć do czynienia z instrumentalizacją wiary, którą chce się użyć do osiągnięcia takich czy innych profitów: ekonomicznych bądź politycznych. Niekiedy przybiera to formę ideologizacji – kiedy wiarę zaprzęga się na użytek takiej czy innej ideologii. Jako pasterze Kościoła nie możemy na to pozwalać.

Zadam nieco przekorne pytanie. Czy nie jest uprawniony sojusz Kościoła ?z konkretnym nurtem politycznym? Chodzi mi ?o sytuację, kiedy ten nurt deklaruje przywiązanie do wartości chrześcijańskich ?i chce wprowadzać je w życie. A taką sytuacje mamy dziś ?w Polsce. Dlaczego więc nie działać wspólnie: Kościół z partią, która deklaruje dobrą zmianę?

Z żadnym nurtem politycznym Kościół nie powinien zawiązywać sojuszu. Kościół ma swoją misję, misję zbawienia, ma prawdę objawioną, której ma strzec, nie idąc na żadne układy. I opierając się na tej prawdzie, ma kształtować Boży ład w otaczającym świecie.

Czym innym jest życie polityczne, a w szczególności życie partyjne. To fakt, że jako Kościół cieszymy się, że dana partia realizuje te wartości, o które się upominamy. Ale to wcale nie znaczy, że jakąkolwiek partię możemy poprzeć jako Kościół. Kościół nie może uprzywilejowywać żadnej spośród partii. Jeśli Kościół stanie po jakiejś stronie, a każda partia jest jakąś stroną, to zamazuje swoje uniwersalne posłannictwo bycia znakiem i narzędziem zbawienia dla wszystkich ludzi, narodów, całego świata. Kościół więc nie powinien się wiązać z żadną frakcją sceny politycznej.

Kościół ma także pełnić posługę jednania w społeczeństwie. Dlatego musi być apartyjny, metapolityczny, pozostawać ponad wszelkimi sporami. Kiedy opowie się po jakiejś stronie sporu, to sam sobie „strzela w stopę". W takiej sytuacji nie będzie mógł pełnić posługi jednania, ani posługi mediatora, jeśli sytuacja będzie tego wymagać. Będzie mieć związane ręce, zamknięte usta, nie będzie mógł powiedzieć „non possumus", szczególnie w sytuacji, gdy generalnie przychylna mu partia wejdzie na drogę zlekceważenia Bożego prawa.

Kiedy widzimy, że jakakolwiek ze stron godzi w to, co głosi Ewangelia, zwłaszcza pasterze mają obowiązek uświadamiać wierzącym, co jest nie do przyjęcia. Kościół ma być światłem dla wszystkich, ma być sumieniem w demokracji. Mamy prawdę, którą przyjęliśmy od Boga, i o nią mamy prawo i obowiązek się upominać.

A czy Kościół w Polsce dobrze dziś wypełnia rolę „sumienia demokracji"?

Niestety, Kościół w Polsce stracił swój dawny autorytet i w takiej sytuacji, ten głos sumienia, który na różne sposoby wybrzmiewa, jest dziś wyraźnie mniej skuteczny. Patologie życia społecznego i narastające wewnętrzne podziały widać już do lat. Kiedy w 2016 r. w Krakowie-Łagiewnikach proklamowaliśmy Jubileuszowy Akt Przyjęcia Chrystusa za Króla i Pana, w homilii powiedziałem: „Tak dalej być nie może!". Od tego czasu jako biskupi powtarzamy to często, apelujemy o zgodę i pojednanie. Kościół to mówi, tylko nasz głos jest dziś wielokroć lekceważony, podważany.

Nazwisko księdza figuruje w raporcie Fundacji Nie Lękajcie Się. Może się ksiądz do tego odnieść?

Na ten temat wypowiadałem się już ostatnio w prasie lokalnej, a także w wywiadzie dla „Więzi". Dlatego powiem tylko krótko raz jeszcze, że zarzuty są całkowicie bezzasadne. Nie zabraniałem zgłosić na policję czy do prokuratury tego, czego dopuścił się ksiądz w Jemielnicy wobec małoletniego ministranta. Ponieważ matka chłopca prosiła o dyskrecję, nie informowałem ani organów ścigania, do momentu wejścia w życie ustawy z 13 lipca 2017 roku, kiedy wprowadzono obowiązek prawny zgłoszenia takiego czynu do prokuratury, ani nawet proboszcza, aby nie poszerzać kręgu osób znających sprawę. W żaden sposób nie kryłem jednak i nie chroniłem sprawcy, który wskutek sprawnego postępowania został wydalony ze stanu duchownego. Podobnie jak matka miałem na względzie nade wszystko dobro jej pokrzywdzonego syna.

Obecnie sposób reagowania w sytuacji zgłoszenia czynu lubieżnego wobec małoletniej osoby wyklucza możliwość zachowania dyskrecji. Jest to z pewnością lepsza sytuacja dla przełożonego kościelnego. Zachodzi jednak obawa, że niektórzy z pokrzywdzonych mogą z kolei nigdy nie zgłosić przestępstwa, którego się wobec nich dopuszczono. Wielu z pokrzywdzonych domaga się bowiem dyskrecji, zwłaszcza w pierwszym etapie mówienia o sprawie. Przyznaje to także pośrednio Fundacja Nie Lękajcie Się w swoim raporcie.

Rozmowę publikujemy dzięki uprzejmości Katolickiej Agencji Informacyjnej. Marcin Przeciszewski od 1993 roku jest jej prezesem.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA