fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Koronawirus SARS-CoV-2

Lekarka z Madrytu: Chorzy oddają życie w moje ręce

Pacjent prowadzony na oddział intensywnej terapii (UCI) szpitala Severo Ochoa w Leganes pod Madrytem. Fala zakażeń rośnie tak szybko, że premier Pedro Sanchez wprowadził od poniedziałku całkowity zakaz działalności przedsiębiorstw, które nie mają strategicznego znaczenia.
afp
Brakuje wszystkiego. Tę samą maseczkę noszę od tygodnia - mówi Carmen Gijon Moreno, lekarka z Madrytu.

Hiszpania pobiła kolejny rekord: w ciągu doby zmarło na koronawirusa 838 osób. W niedzielę oficjalnie było ponad 6,5 tys. zgonów, a zdaniem hiszpańskich mediów zapewne znacznie więcej. Zarażonych jest co najmniej 79 tys. osób, z tego niemal 45 tys. trafiło do szpitali. Nigdzie w Europie poza Włochami nie jest tak źle. Niemal 5 tys. chorych w najgorszym stanie jest na oddziałach intensywnej terapii (UCI). Jak szpitale radzą sobie z taką falą zachorowań?

Na oddziałach UCI nie mamy już innych pacjentów niż z koronawirusem. Infanta Sofia to relatywnie mała jednostka, dlatego u nas pandemia uderzyła nieco później niż w większych szpitalach Madrytu. Zaczęło się na poważnie około 12–13 marca. Dziś mamy czterokrotnie więcej niż zwykle pacjentów w ekstremalnym stanie. Ale od kolegów z innych szpitali wiem, że tam jest ich dziesięciokrotnie więcej. Gdy schodziłam z dyżuru w piątek w nocy, były u nas wolne ostatnie trzy łóżka na UCI.

Świat obiegł materiał BBC, w którym widać tłumy leżących na podłodze kaszlących chorych. Taka jest faktycznie sytuacja w hiszpańskich szpitalach?

Tak jest w izbach przyjęć wielu szpitali w Madrycie. U nas nie widziałam leżących na ziemi, dla wszystkich są jeszcze krzesła. Ale osoby, które trafiają z symptomami koronawirusa, muszą w naszym szpitalu czekać dwie–trzy doby, zanim znajdzie się dla nich wolne łóżko. W tym czasie diagnozuje się ich stan, podaje leki doraźne.

Co dalej?

Na UCI trafiają osoby w najgorszym stanie. Dla pozostałych szukamy miejsc na innych oddziałach. Priorytetem jest zapewnienie ulgi w oddychaniu: nie ma gorszego uczucia niż duszenie się. Ale brakuje respiratorów, ściągnęliśmy już wszystkie z onkologii, pediatrii, sal operacyjnych. Posiłkujemy się doraźnymi środkami: maskami do nurkowania z Decathlonu, aparatami, których używają w nocy osoby otyłe. Chcemy, aby pacjenci jak najmniej cierpieli, dopóki nie dostaniemy profesjonalnego sprzętu.

We Włoszech z braku łóżek na oddziałach UCI lekarze muszą decydować, komu dać szansę na przeżycie, a kogo tej szansy pozbawić. Stanęła już pani przed koniecznością dokonania takiego wyboru?

W UCI współpracujemy z internistami i pulmonologami. Oni decydują, czy pacjent powinien trafić na intensywną terapię, czy też z uwagi na ogólny stan zdrowia, przewlekłe choroby, nie ma to sensu. Wiek jest tu istotnym czynnikiem, ale niejedynym. Na razie sama nie musiałam dokonywać takiego wyboru. Jednak gdy skończą się wolne miejsca na UCI, powstanie pytanie, czy pacjenci, którzy już tu leżą i których stan od wielu dni nie ulega poprawie, nie powinni zwolnić miejsca tym, dla których rokowania są lepsze.

To oznaczałoby eutanazję?

W żadnym wypadku! Już teraz mamy pacjentów, którzy piszą instrukcje, w których zastrzegają, że nawet, jak ich stan się bardzo pogorszy, to nie chcą być skierowani na UCI, nie chcą być podłączani do aparatów tlenowych. To są osoby, które mają inne przewlekłe choroby i przeszły przez intensywną terapię. Ale i w takim przypadku, gdy faktycznie następuje załamanie, nigdy nie podajemy leków, które powodują śmierć. Chcemy im towarzyszyć w ostatnich chwilach życia tak, aby jak najmniej cierpieli, uwolnić od rozpaczy. Dostają leki paliatywne, są do pewnego stopnia usypiani.

Ci, którzy decydują się na leczenie do końca, są świadomi, co może ich czekać?

To jest niezwykle agresywny wirus. Stan osób, które czują się dobrze, w ciągu godziny może się gwałtownie pogorszyć. Pacjenci nie są na to przygotowani, wielu ogarnia panika, strach, załamanie. Mówią mi: „córcia, rób, co masz robić! Nie mogę oddychać – pomóż mi! Proszę!”. Oddają życie w moje ręce. Nikt z nas, lekarzy, nie jest na to przygotowany.

Co wtedy należy mówić pacjentom?

Spokojnie, wszystko będzie dobrze…

A więc okłamywać?

Nie. Uspokajać. Dać nadzieję. To nie jest okłamywanie, bo nikt nie wie, czy ktoś z tego wyjdzie, czy nie. Tego nie da się porównać z zaawansowanym rakiem, kiedy nie ma ratunku. W takich chwilach dla ludzi bardzo ważna jest wiara, coś, na czym mogą się oprzeć. Ci, którzy nie wierzą w nic, są w takich chwilach bardzo zagubieni, czują się porzuceni.

Była pani świadkiem zgonów?

W tym tygodniu czterech.

To jest śmierć w samotności?

Tak. Wszyscy pacjenci na UCI są uśpieni, nie mają świadomości. Raz dziennie dzwonimy do rodzin z informacją, w jakim są stanie. Bliscy nie mogą przyjść do szpitala, za duże jest ryzyko zarażenia. Dopiero w razie zgonu, gdy ciało jest już w szczelnej torbie, mogą w kombinezonach ochronnych obejrzeć je z odległości kilku metrów. I tyle.

Co dalej dzieje się z ciałem?

Mamy z tym problem, bo w zakładach pogrzebowych obawiają się zarażenia, krematoria też nie nadążają. Wysyłamy ciała do lodowiska (Palacio de Hielo), które zostało przekształcone w tymczasową kostnicę.

Umierają tylko osoby starsze?

Na UCI mamy teraz pacjentów w wieku 25, 31 i 35 lat. Najmłodszy, który zmarł, miał 48 lat. Przyjeżdżają coraz młodsi chorzy i w coraz gorszym stanie. W większości mężczyźni.

Takiego załamania służby zdrowia można było uniknąć?

Fala zachorowań w razie epidemii była do przewidzenia. Można zatem było zgromadzić odpowiedni sprzęt. Ale jest on bardzo drogi, na co dzień nie jest potrzebny, więc władz to specjalnie nie interesuje. Dopiero teraz ludzie odkrywają specjalności medyczne, które wydawały im się zbędne: jeszcze niedawno rozważano w Hiszpanii, aby w ogóle zlikwidować specjalność lekarzy zajmujących się intensywną terapią, uznając, że to samo robią anestezjolodzy. Zanim nie wybuchła pandemia, nie mogłam znaleźć stałej pracy, dopiero potem rozdzwoniły się telefony z ofertami od szpitali. Ale i tak jestem na samozatrudnieniu, zarabiam od godziny (21 euro brutto), podczas gdy np. chirurg dostaje za zabieg ok. 600 euro i może ich przeprowadzić cztery–pięć w ciągu jednego dnia. Nie mam też złudzeń, że kiedy to się skończy, znowu znajdę się na bruku. Ale mimo to właśnie teraz, jak nigdy wcześniej, jestem przekonana, że wybrałam najwspanialszy zawód świata.

Co siódmy lekarz w Hiszpanii zaraził się tym wirusem. Nie boi się pani?

Każdy z nas, lekarzy, obawia się tego. Kilku kolegów zresztą się zaraziło, ale na szczęście uniknęło poważnych objawów. Nie chodzi zresztą tylko o nas, ale też o ryzyko zarażenia naszych rodzin. Niestety nie jesteśmy dobrze chronieni: ja używam tej samej maseczki (FP2) od tygodnia, u mojej siostry, która pracuje w szpitalu Ramon y Cajal w Madrycie, w ogóle nie ma masek! Z braku kombinezonów muszę zakładać worki na śmieci. To nie powinno tak wyglądać.

Kiedy skończy się ta pandemia?

Od tygodnia nie śledzę wiadomości, strach tak mnie paraliżował, że nie mogłam spać, nie mogłam pracować. Wolę się więc koncentrować na tym, co jest dziś do zrobienia, i nie myśleć o przyszłości. Niestety dopiero teraz ludzie zaczynają zdawać sobie sprawę, że to wszystko jest bardzo poważne. W metrze wciąż widzę dużo osób. A przecież tę pandemię możemy pokonać tylko wszyscy razem. Inaczej nawet największe poświęcenie lekarzy, pielęgniarek, straży pożarnej na nic się nie zda.

Carmen Gijon Moreno pracuje na oddziale intensywnej terapii (UCI) Szpitala Uniwersyteckiego Infanta Sofia w Madrycie

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA