fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Komentarze

Żukowski: Upadek z wielbłąda

Sebastian Coe
AFP
Sebastian Coe twierdzi, że właśnie skończyły się wspaniałe lekkoatletyczne mistrzostwa świata, a to znaczy, że upał w Katarze był dla niego groźniejszy niż dla maratończyków i chodziarzy.

Szef Światowej Federacji Lekkoatletycznej (IAAF) powiedział to, w co tylko poddani Tamima ibn Hamada al-Saniego muszą uwierzyć, ale do nas władza emira nie sięga i możemy śmiało zapytać lorda Coe, z jak wysokiego w Katarze spadł wielbłąda, by mówić takie rzeczy.

Mistrzostwa były kolejnym dowodem, że historia, rozsądek i szacunek dla sportowców nie liczą się zupełnie w starciu z gazodolarami. Maratończycy i chodziarze mdleli w upalną noc, klimatyzowany stadion przez większość mistrzostw był pusty, a sportowców zakwaterowano w fatalnych warunkach. Tylko to ostatnie jest niespodzianką, bo zwykle, gdy szejkowie kupili już sobie jedną ze sportowych zabawek zachodniego świata, dbali o to, by pokazać nam, że ich gościnność nie kończy się na pokładach samolotów linii Qatar Airlines. Tym razem – chyba pierwszy raz – okazało się, że gospodarzom nie zależy na tym, z jakimi wrażeniami wyjadą od nich sportowcy i co napisze światowa prasa. Zadowolony miał być Sebastian Coe i jak widać to się udało.

Dobry humor szefa IAAF jest trudny do zrozumienia także z kilku innych powodów. Właśnie podczas mistrzostw w Katarze Amerykańska Agencja Antydopingowa (USADA) zakazała jakiejkolwiek aktywności w sporcie sławnemu trenerowi długodystansowców Alberto Salazarowi, którego podopieczni odnosili w Dausze wielkie sukcesy. Został on ukarany na podstawie zeznań zawodników, z których wynika, że zachęcał ich do dopingu.

Salazar to były wybitny biegacz – fanatyk, który przed igrzyskami w Los Angeles (1984) zamykał się w garażu i włączał silnik auta, by przyzwyczaić się do wysiłku w zanieczyszczonym powietrzu Kalifornii. Afera nie jest nowa, zbieranie dowodów trwało kilka lat i szef USADA Travis Tygardt obiecuje wkrótce dalsze rewelacje.

Salazar pracował w ramach Nike Oregon Project, a Coe był długo na pensji w firmie Nike, co też humoru nie powinno mu poprawiać. I jakby tego było mało, wkrótce w Paryżu ma się rozpocząć proces jego poprzednika na stanowisku szefa IAAF Lamine Diacka oskarżonego o korupcję (Coe był wówczas zastępcą Senegalczyka i nazywał go swoim duchowym ojcem). To wszystko powinno raczej skłaniać do krytycznej refleksji, a nie przesadnej satysfakcji. Być może wynika ona z tego, że tuż przed mistrzostwami w Katarze Coe został jednogłośnie wybrany na kolejną kadencję, a potem w Dausze padło wiele świetnych wyników.

Ale to nie oznacza, że mistrzostwa świata były sukcesem, a lekkoatletyka ma się dobrze. Tym bardziej, że kolejne MŚ za dwa lata odbędą się w Eugene, gdzie swą globalną siedzibę ma koncern Nike, wieloletni dobroczyńca Salazara. To dość, by rozbolała głowa, ale jak widać nie brytyjskiego lorda.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA