fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Komentarze

Szułdrzyński: Demokracji nie podlewa się benzyną

AFP
Oglądając zdjęcia i filmy z sobotnich bójek na ulicach Białegostoku, ze smutkiem trzeba stwierdzić, że wojna polsko-polska zaczyna się wymykać spod kontroli tych, którzy ją rozpętali.

Wiedząc, jakie żniwo mogą zebrać rozbujane emocje – szczególnie w podchmielonym mediami społecznościowymi społeczeństwie – politycy nie wahali się dzielić i skłócać ze sobą różnych grup, byleby tylko zmobilizować własnych zwolenników, byleby tylko ugrać jeszcze kilka punktów.

Spór i konflikt są istotą demokratycznej polityki. Tam jednakże, gdzie pojawia się przemoc, kończy się demokratyczny dyskurs. Dotyczy to w równym stopniu przemocy fizycznej, co przemocy symbolicznej. Ani na jedną, ani na drugą nie powinno być miejsca w cywilizowanym państwie – ani na bicie uczestników parad organizowanych przez mniejszości, ani na obrażanie uczuć większości przez wojowniczo nastawioną mniejszość mniejszości. Szarganie świętości, uderzanie w tabu nie jest niewinną intelektualną prowokacją. Zasiewa nienawiść, która później rodzi przemoc. Obie te postawy wynikają bowiem z dehumanizacji przeciwnika. Biję, bo nie uważam przeciwnika za człowieka. Jednak obrażając, uderzając w to, co dla drugiego święte, także pozbawiam go człowieczeństwa.

Odwołujący się do Boga i patriotyzmu młodzieńcy bili na ulicach Białegostoku uczestników 800-osobowej manifestacji środowisk LGBT z dwóch powodów. Pierwszy – ktoś wmówił im, że marsz równości stanowi zagrożenie dla wiary, tradycji i polskości – nie wyglądali na takich, którzy sami coś takiego wymyślili. Drugi – uznali, że istnieje społeczne przyzwolenie na rozwiązywanie konfliktów przemocą.

Nie byłoby tych przerażających scen na ulicach stolicy Podlasia, gdyby nie nienawiść, gdyby nie toczący nasze życie publiczne czerw śmiertelnej wrogości. Ale choć to białostockie osiłki kopały młodych ludzi, którzy ich zdaniem wyglądali na gejów lub lesbijki, to dużą część odpowiedzialności za te wydarzenia ponoszą ci, którzy na konflikcie światopoglądowym chcą zbijać kapitał, również polityczny. Równocześnie twierdzenie, że za przemoc w Białymstoku odpowiada redaktor naczelny „Gazety Polskiej", która właśnie rozpowszechnia naklejki „Strefa wolna od LGBT", jest niesprawiedliwym uproszczeniem. Te naklejki są bowiem nie przyczyną, ale skutkiem. Tak samo jak skutkiem jest przemoc wobec uczestników parady równości.

Co jest przyczyną? Próba przekucia konfliktów społecznych na polityczne paliwo. W każdym społeczeństwie istnieją społeczne napięcia – to nic nadzwyczajnego, że środowiska LGBT chcą rozszerzenia swoich prawnych przywilejów, nic też dziwnego, że środowiska konserwatywne są temu niechętne. Sam spór nie jest niczym złym. Gorzej, gdy ten spór próbuje się rozwiązywać za pomocą siły. Czy inicjatorzy akcji „Strefa wolna od LGBT" naprawdę wierzą, że można Polskę „oczyścić" z gejów, lesbijek, osób bi- i transseksualnych? Czy uczestnicy parady w Gdańsku, podczas której parodiowano procesję Bożego Ciała, co dla wielu wierzących było profanacją Najświętszego Sakramentu, lub organizatorzy prześmiewczej liturgii podczas parady w Warszawie nie zdawali sobie sprawy z tego, że zasiewają nienawiść u swoich przeciwników i dają im casus belli?

Politycy, zamiast marginalizować radykalizm, zaczęli nim grać. I to właśnie zgoda na to, by skrajności dyktowały umiarkowanej większości reguły gry, doprowadziła do tego, że przemoc przestaje być czymś powszechnie nieakceptowalnym.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA