fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Komentarze

Michał Szułdrzyński: Transfery i pogróżki

Zbigniew Ziobro i Jarosław Gowin
Fotorzepa/ Jerzy Dudek
Ziobro i Gowin szykują się do kolejnej rundy koalicyjnych zapasów albo przyspieszonych wyborów. Jedno nie wyklucza drugiego.

Zjednoczona Prawica wiosnę rozpoczęła z przytupem: koalicjanci zafundowali Prawu i Sprawiedliwości niespodzianki. Porozumienie Jarosława Gowina doprowadziło do najgłośniejszego transferu tej kadencji. Posłanka Monika Pawłowska, wiceszefowa Klubu Lewicy, na łamach „Rzeczpospolitej" przedstawiła przyczyny swego odejścia z Wiosny i dołączenia do ugrupowania wicepremiera. Z kolei szef drugiej partii koalicyjnej Zbigniew Ziobro udzielił wywiadu „Sieciom", w którym otwarcie zaatakował Mateusza Morawieckiego, zarzucając de facto PiS zdradę ideałów, dzięki którym wygrało wybory.

Gowin, przyciągając polityka z przeciwnej strony politycznego spektrum, wysyła sygnały i do Kaczyńskiego, i do wyborców. Prezesowi pokazuje, że mimo puczu, na który zgodę – według członków Porozumienia – miał wydać szef PiS, jest w stanie nie tylko trwać, ale i rosnąć. Zdolność do przyciągania innych to ważny atut, świadczący o politycznej witalności. Choć Gowin ryzykuje, że posłanka dotychczas znana z lewicowych sympatii i poglądów może podważyć jego ideowość jako przedstawiciela umiarkowanego konserwatyzmu, to pozwala mu to po tygodniach szamotania w wewnętrznych gierkach przejść w końcu do ofensywy i ustawia Porozumienie jako obrotową partię centrum, która może stać się koalicjantem we wszystkich możliwych układankach politycznych.

Ziobro zaś buduje swój wizerunek samotnego rycerza, który chce bronić tradycyjnych wartości, godności narodu, zatrzymać ofensywę ideologiczną LGBT oraz bronić wielkiego skarbu, jakim jest polski węgiel. Stawiając przy okazji fundamentalne pytanie: po co rządzimy, skoro nie możemy przeprowadzać kulturowej kontrrewolucji, skoro w sferze kultury wciąż dominuje lewica (tu obrywa się nawet wicepremierowi Piotrowi Glińskiemu)? Stawia w ten sposób warunki samemu Jarosławowi Kaczyńskiemu.

Co ciekawe, Ziobro przyznaje, że zmiany w sądownictwie nie udało się przeprowadzić, ale winny temu jest Mateusz Morawiecki, bo gdy tylko został premierem, nakazał wstrzymać „reformy" i próbował dogadywać się z Brukselą. Oskarżenie Morawieckiego o zdradę programu Zjednoczonej Prawicy to jednak nie przekomarzanka. Ziobro mówi wprost, że zaczął silniej akcentować różnice wewnątrz koalicji po tym, gdy dowiedział się, że część polityków PiS (domyślać się można, że chodzi tu właśnie o premiera) sufluje pomysł wymiany Solidarnej Polski na PSL w koalicji.

Ziobro zwołuje pospolite ruszenie na krucjatę w obronie tradycyjnych wartości i polskości przed atakiem ze strony Brukseli i Berlina, odwołując się literalnie do programu z 2014 r., jakby świat w ciągu ostatnich siedmiu lat wcale się nie zmienił, jakby nie było pandemii, społeczeństwo dziś nie miało zupełnie innych oczekiwań niż po ośmiu latach rządów liberałów z Platformy.

W tym sensie ostro zagrywa w grze, którą Wojciech Szacki z Polityki Insight nazwał walką o duszę PiS.

Ale równocześnie i Ziobro, i Gowin zajmują pozycje przed kolejną rundą koalicyjnych sporów, która może – ale nie musi – skończyć się przyspieszonymi wyborami.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA