fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Komentarze ekonomiczne

Piotr Skwirowski: Czy wsparcie zdąży na czas

Adobe Stock
Rząd sięga głębiej do kieszeni po to, by wesprzeć firmy zmagające się ze skutkami pandemii. Wiele z nich tej pomocy nie doczeka.

Spacery ulicami miast to dziś bardzo przygnębiające zajęcie. Nie tylko z powodu zimna i jesiennej szarugi. Co chwila mija się opustoszałe lokale po barach, restauracjach, sklepach, punktach usługowych. Wiele z nich towarzyszyło nam od lat, niektóre od niepamiętnych czasów. Ktoś powie trudno, takie mamy czasy. Trochę tak, a trochę nie.

Tak, bo pandemia jeszcze rok temu nawet nam się nie śniła. Nie wyobrażaliśmy sobie, że coś takiego może nam się przydarzyć, że wirus może aż tak bardzo zmienić nasze życie, wywrócić je do góry nogami. Wraz z pandemią nadciągnął kryzys gospodarczy, który uderzył w dochody dużej części z nas. Padło wiele biznesów. A to nie zawsze musiało się wydarzyć.

Na ratowanie firm i miejsc pracy po pierwszej fali pandemii rząd wydał ogromne pieniądze. W ramach tarcz antykryzysowych i tarczy finansowej Polskiego Funduszu Rozwoju wpompował w nie przeszło 150 mld zł. Dziś premier Morawiecki mówi z dumą, że dzięki temu nasza gospodarka ma się bardzo dobrze na tle gospodarek innych krajów unijnych. Ani słowem nie wspomina o bankructwach. A przecież większość firm, które upadły, straciła grunt pod nogami, bo rząd zakazał im działać. Może nie dało się inaczej, ale skoro firmy padały, to znaczy, że pomoc od rządu przyszła z ich punktu widzenia za późno i była za niska.

Zadowolony ze stanu gospodarki premier nie mówi też o protestach różnych grup zawodowych przelewających się przez ulice miast. A protestują hotelarze, właściciele restauracji, barów i kawiarni. Protestują też taksówkarze, właściciele klubów fitness i siłowni, branża turystyczna i eventowa, ludzie kultury. Protestują, bo w związku z drugą falą pandemii rząd znów zamroził część biznesów. Co gorsza, najpierw zamroził, a dopiero potem zaczął myśleć o programach pomocowych. Może myślał, że pandemia jakoś się rozejdzie, ale rozejść się nie chce.

W czwartek premier ogłosił start drugiej tarczy finansowej PFR. Pierwsza była chwalona przez biznes. Mikro-, małym i średnim firmom dała ponad 60 mld zł. Nowa tarcza ma być mniejsza. Dla mikro-, małych i średnich firm przeznaczono od 8 do góra 14 mld zł. Teraz pomoc ma trafić do tych, którzy jej najbardziej potrzebują. Czy to wystarczy? PFR twierdzi, że dziś firmy są w lepszej sytuacji niż przed pierwszą falą pandemii, że mają na swoich kontach więcej pieniędzy. Głównie za sprawą poprzednich tarcz.

Lista 38 branż, do których ma trafić nowe wsparcie, jest już znana. I już słychać głosy, że to za mało, że lista nie uwzględnia wszystkich. Bo kłopoty mają nie tylko branże, których działalność zamrożono, ale też ich dostawcy i kooperanci. Gospodarka to system naczyń połączonych. Lista będzie się więc zapewne wydłużać, a koszty pomocy rosnąć.

Jest jeszcze problem czasu. Bo choć obostrzenia zamrażające część biznesów pojawiły się wiele tygodni temu, to pierwsze pieniądze z nowej tarczy mają trafić do firm w styczniu. Późno. I to naprawdę widać w czasie spacerów po ulicach polskich miast. Może gdyby premier wybrał się na taką przechadzkę, jego wystąpienia byłyby mniej triumfalne.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA