fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Komentarze ekonomiczne

Janusz Jankowiak: Za tą tarczą się nie schowamy

AFP
Pomoc przeznaczona na utrzymanie miejsc pracy adresowana jest do zaledwie 2-3 proc. zatrudnionych. Potrzeby będą wielokrotnie wyższe.

Rząd niemiecki ogłosił, że na walkę z pandemią zaciągnie nowy dług wart 356 mld euro. Polski pakiet rządowy nazwany „Tarczą antykryzysową” jest nieadekwatny do sytuacji, za mały, źle skalibrowany, brakuje w nim wielu prostych i skutecznych instrumentów poprawy płynności, jak choćby: dostęp do rachunków VAT przy podzielonej płatności, czy moratoria na zobowiązania publiczno-prawne.

Dużo propagandy

Pakiet ma też rażące zadęcie propagandowe, co doskonale widać przy rozłożeniu na części składowe pakietu opiewającego na 212 mld zł, gdzie:

• 70 mld zł przypada na banki ze środków uwolnionych przez NBP (40 mld zł z obniżenia rezerw obowiązkowych plus 30 mld zł z operacji repo). Co nadpłynne banki zrobią z tymi pieniędzmi? Kupią obligacje rządowe, a nie rzucą się na uruchomienie akcji kredytowej, od czego musiałyby zapłacić podatek bankowy, który w pakiecie rządowym pozostał nietknięty. Rząd mocno akcentuje współpracę w bankiem centralnym przy programie osłonowym dla gospodarki. Warto więc poświęcić jej kilka słów.

• Preferencyjny kredyt wekslowy dla banków zapowiadany przez NBP, który ma być czymś w rodzaju TLTROs, czyli udostępnienia bankom płynności na preferencyjnych warunkach, pod warunkiem przeznaczenia jej na dedykowane kredyty dla przedsiębiorstw, mógłby być skuteczny tylko wtedy, gdyby kredyt wekslowy był udzielany na warunkach lepszych niż przy pozyskaniu przez banki bazy depozytowej. Musiałby więc być oprocentowany nie na 1,10 proc., ale poniżej 0,76 proc., bo tyle wynosi dziś oprocentowanie depozytów w naszych bankach. A banki mają tych depozytów nadmiar (relacja kredytów do depozytów wynosi 93,7 proc. i jest najniższa od lipca 2007 r.). Oczywiście na kredyty konsumpcyjne lub inwestycyjne musiałby też być odpowiednio wyższy popyt, o co teraz niełatwo.

• Jest też trudna kwestia polskiej wersji QE, czyli skup obligacji rządowych przez NBP z rynku wtórnego. Przy wielkich potrzebach płynnościowych ze strony TFI, gdzie trwają masowe umorzenia, NBP wybrał na inauguracyjnej aukcji do skupu serie obligacji, które znajdowały się głównie w portfelach państwowych banków. A i te nie chciały sprzedać po cenie 100 tylu obligacji, ile chciał skupić bank centralny. Przy zgłaszanym 10 mld zł popycie podaż niewiele przekroczyła 3 mld zł, z czego NBP zaakceptował ostatecznie 2,6 mld zł. Być może wynika to z tego, że za sprzedane obligacje banki muszą płacić podatek (4,4 gr od każdego złotego), z czego zwalnia tylko zakup nowych obligacji. Ale program nowych emisji nie został jeszcze zaktualizowany. Rynek nie wie też nic o planowanych rozmiarach QE. Nie znany jest harmonogram aukcji. Nie wygląda to na nadmiar profesjonalizmu.

• Obniżka stóp procentowych o 50 pkt przegłosowana przez RPP na nadzwyczajnym posiedzeniu i reklamowana, jako akcja pomocy dla gospodarki, nie wzmocni akcji kredytowej ani w okresie pandemii, ani w fazie ożywienia. Za sprawą destabilizacji sektora, zwłaszcza mniejszych banków, gdzie marża odsetkowa jest ważną składową dochodów, a nie da się jej podnieść przy tak dużej dominacji banków państwowych redukcja stóp procentowych przez NBP nie będzie więc wspierać, ale może nawet dodatkowo osłabić gospodarkę. Spadek wysokości rat kredytowych, akcentowany przez NBP, jest bez znaczenia wobec wprowadzanych przez banki 3–6-miesięcznych moratoriów na spłatę kapitału i możliwości zawieszenia płatności odsetek od kredytów.

• Z zapowiadanych 73,2 mld zł na finansowanie firm budżet ma wydać w tym roku 4,3 mld zł i 0,6 mld zł w 2021 r. Pozostałe 68,2 mld zł to gwarancje. Do filara „finansowania przedsiębiorstw” rząd zaliczył też „wakacje kredytowe banków” przypisując sobie zasługi;

• 6 mld zł mają do tarczy dołożyć pracodawcy partycypując w programie utrzymania miejsc pracy;

• 30 mld zł ma wynieść wartość publicznych inwestycji infrastrukturalnych, które wydają się mityczne, bo nie tylko nie wiadomo, co ma to być konkretnie, ale też kto miałby je realizować.

Podsumowując: 212 mld – 174,2 mld = 37,8 mld zł. Rząd z budżetu zadeklarował więc gotowość bezpośredniego wydatkowania na skutki przeciwdziałania koronawirusowi w gospodarce kwotę 37,8 mld zł, w czym mieści się 7,5 mld zł zadeklarowane na „ochronę zdrowia”, czyli wydatki rzeczowe na środki ochronne. To niespełna 2 proc. PKB. Jeśli zaś ktoś uprze się, żeby w tym rachunku uwzględnić również owe 30 mld zł zadeklarowane na inwestycje, to będziemy mieli w sumie 67,8 mld zł, czyli nieco ponad 3 proc. PKB.

Wyliczenia rządowe maksymalnych dopłat do wynagrodzeń pracowników w razie ograniczenia czasu pracy lub przejścia na postojowe wprawiają w zdumienie. Są tam wskazania na ilu pracowników (przy założeniu, że ze wsparcia skorzysta przez trzy miesiące połowa uprawnionych) wystarczą obecne zasoby Funduszu Gwarantowanych Świadczeń Pracowniczych. W razie przestojów maksymalnie skorzystać może ze środków, jakimi dysponuje aktualnie Fundusz 87 tys. pracowników. W przypadku ograniczenia czasu pracy to ok. 54,5 tys. osób. To liczby szokująco małe.

Pomoc przeznaczona na utrzymanie miejsc pracy adresowana jest do 2–3 proc. zatrudnionych. Potrzeby będą wielokrotnie wyższe. Fundusz będzie musiał korzystać z pożyczek z Funduszu Pracy. A ten – jak wiadomo – jest już źródłem zasilania dla Funduszu Solidarnościowego, z którego wypłacane są 13. emerytury.

Nie muszę tłumaczyć, że rządowa Tarcza w tym kształcie to za mało. A rozmiary, warunkowość i przede wszystkim zwrotny charakter proponowanych form pomocy publicznej mających wspierać płynność i utrzymanie miejsc pracy, zarysowanych przeważnie na trzy miesiące, są nieadekwatne do sytuacji wielu branż nie tylko w grupie firm małych i średnich. Moratorium, a nie prolongata wierzytelności publicznych, były jedynym racjonalnym rozwiązaniem. Stąd inicjatywa moratorium zapowiedziana przez prezydenta jest małym krokiem w dobrym kierunku.

Co z rynkiem długu

Pakiet kompletnie przy tym abstrahuje od sytuacji na rynku długu korporacyjnego, nie przewidując tu żadnych rozwiązań. A ten rynek obecnie nie istnieje, poza obligacjami komunalnymi. Oznacza to, że problemy z zaprzestaniem spłat i brakiem możliwości rolowania wystąpią tu już niebawem w dużym natężeniu. A to oznacza, że i na rynku korporacyjnym wcześniej raczej niż później zjawi się też NBP. Co będzie kupował? Od kogo? Na tym rynku są też przecież wielkie spółki państwowe. Uznaniowość będzie tu szczególnie uderzająca.

Istnieje, co widać dziś gołym okiem, ścisłe iunctim między możliwością podjęcia przez państwo skutecznej akcji pomocy publicznej, która – poprawnie adresowana i skalibrowana – musiałaby opiewać na kilkanaście procent PKB, a zawieszeniem stabilizującej reguły wydatkowej, z przywołaniem istniejącego już teraz w ustawie o finansach publicznych zapisu o „trudnych czasach”. Wymagałoby to jednak ogłoszenia stanu klęski żywiołowej lub stanu wyjątkowego. A to oznacza przełożenie majowych wyborów prezydenckich. Albo więc rząd chce naprawdę ratować gospodarkę, albo ma inne – ważniejsze dla władzy – doraźne priorytety.

Autor jest głównym ekonomistą Polskiej Rady Biznesu, dwukrotnym zwycięzcą konkursu NBP, „Rzeczpospolitej” i „Parkietu” na najlepszego analityka makroekonomicznego roku

Źródło: rp.pl
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA