fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Katastrofy

Katastrofa Tu-154 w Rosji: nienaturalnie zadarty dziób

AFP
Z morza wyłowiono jedną z dwóch „czarnych skrzynek" należącego do Ministerstwa Obrony samolotu, który rozbił się w niedzielę opodal Soczi.

Maszyna runęła do wody w dwie minuty po starcie. W katastrofie zginęły 92 osoby, w tym 64 artystów słynnego wojskowego Chóru Aleksandrowa oraz bardzo popularna w Rosji działaczka społeczna, szefowa organizacji Sprawiedliwa Pomoc, Jelizawieta Glinka (zwana „doktor Liza"), która zasłynęła swymi akcjami pomocy dzieciom.

– Z dwóch minut, które minęły między startem a upadkiem, około jednej samolot poświęcił na rozpędzanie się po pasie startowym. (...) Wznoszenie się nie zostało zakończone, samolot zaczął tracić szybkość i runął do morza – opisuje katastrofę jeden z rosyjskich ekspertów.

Większość zgadza się z nim: w trakcie wznoszenia się z nieznanych przyczyn maszyna zaczęła tracić prędkość. Nie wiadomo jednak dlaczego.

Możliwość dokonania zamachu terrorystycznego została kilkakrotnie odrzucona przez przedstawicieli różnych rosyjskich instytucji, przede wszystkim kontrwywiadu FSB. We wtorek jego przedstawiciel zapewniał, że na odzieży już wyłowionych ofiar katastrofy nie odnaleziono śladów materiałów wybuchowych. Na fragmentach samolotu nie wykryto zaś żadnych zmian spowodowanych ewentualnym wybuchem. Jako główną przyczynę katastrofy śledczy rozpatrują obecnie dostanie się „przedmiotu z zewnątrz do silnika maszyny".

Jednak w internecie pojawiło się nagranie z tajemniczym błyskiem nad miejscem, w którym upadł samolot, wywołując znów falę komentarzy na temat możliwego zamachu. – Nagranie zostało zrobione prawie pół godziny po katastrofie Tu-154 – stwierdził jednak kategorycznie anonimowy rozmówca agencji Interfax z ekipy prowadzącej śledztwo. Nadal jednak nie wiadomo, co i dlaczego błysnęło nad morzem.

Równie niepokojące jest nienadanie sygnału SOS przez załogę samolotu. To znów sugeruje zamach. Część ekspertów uważa jednak, że „piloci byli w dużym stresie, w krytycznej sytuacji próbowali ratować się, a wtedy chodziło o sekundy. Nie mieli głowy do wysyłania sygnałów". Byli piloci samolotów typu Tu wskazują, że z trzech instrukcji, jakie obowiązują na pokładzie w razie awarii, wszystkie umieszczają wysłanie takiego sygnału na końcu listy działań załogi. – Tam ściśle, punkt po punkcie, wypisano, co robić. Prawo wysłania takiego sygnału ma tylko kapitan samolotu. A jego wysłanie w sytuacjach awaryjnych nie jest uznawane za działanie priorytetowe – tłumaczy Jurij Sytnik, były dyrektor jednej z rosyjskich linii lotniczych.

– Najpierw załoga powinna wykonać natychmiastowe działania ratunkowe, np. ustabilizować lot samolotu – dodał pilot Aleksiej Baziejew.

Śledczy odnaleźli jedynego świadka, który widział moment upadku maszyny. Okazał się nim marynarz Straży Granicznej (podległej FSB), który w niedzielę o świcie patrolował wody w pobliżu Soczi. „Zamiast się wznosić, samolot zaczął się szybko zniżać tak, jakby chciał wylądować na powierzchni morza. Ale robił to dziwnie: leciał na niedużej wysokości z nienaturalnie zadartym do góry dziobem. W mgnieniu oka zahaczył ogonem o powierzchnię wody, runął w dół i błyskawicznie zatonął" – opisał moment katastrofy.

Eksperci twierdzą, że takie coś mogło się zdarzyć, gdy piloci popełnili błąd i próbowali zbyt energicznie nabierać wysokości. W lotnictwie nazywa się to „przeciągnięcie".

– Może to być związane ze skomplikowanym pilotowaniem samolotów Tu-154 – sądzi Baziejew.

Maszyny zostały zaprojektowane jeszcze w latach 60., a do produkcji weszły w 1972 roku. Po 14 latach przeszły modernizację, m.in. wymianę silników. W 2009 roku wszystkie rosyjskie linie lotnicze wycofały je z eksploatacji, uznając, że są przestarzałe. W Rosji do dziś jest używana jedynie wojskowa modyfikacja maszyny: taka, jaka runęła do morza w pobliżu Soczi (samolot był wyprodukowany w 1983 roku). Dopiero dwa dni po katastrofie rosyjscy wojskowi zdecydowali się w końcu zawiesić loty wszystkich pozostałych używanych maszyn. Nie wiadomo, ile ich jeszcze jest w Rosji. Zachodni eksperci sądzą, że na całym świecie lata około 50 takich maszyn, głównie w Afryce.

Co to jest przeciągnięcie?

Według relacji jednego ze świadków tuż przed katastrofą Tu-154 leciał nad wodą z niewielką prędkością z mocno podniesionym dziobem. O wodę uderzył ogonem.

To może wskazywać, że mogło dojść do tzw. przeciągnięcia wynikającego z błędu pilota lub awarii samolotu (np. słabszego ciągu silników lub usterki usterzenia).

Przeciągnięcie to gwałtowny spadek siły nośnej na skrzydłach samolotu pojawiający się przy zbyt dużym kącie natarcia (mocnym pociągnięciem przez pilota sterów do siebie i podniesieniem dziobu) lub przy zbyt niskiej prędkości. Przy malejącej sile nośnej samolot zaczyna opadać, co dodatkowo potęguje efekt wzrostu kąta natarcia (powietrze napływa od dołu).

Systemy pokładowe samolotów ostrzegają pilotów przed zbliżaniem się do prędkości przeciągnięcia – zwykle jest to sygnał dźwiękowy i wizualny lub wibracja wolantu. —peka

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA