fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Gospodarka

#RZECZoBIZNESIE: Witold M. Orłowski: PiS szykuje sobie krwawą łaźnię

tv.rp.pl
Jeśli PiS wygra wybory, to w ciągu następnej kadencji będzie krwawić. Sam szykuje sobie krwawą łaźnię i dramatyczne załamanie zaufania do siebie przez kłopoty gospodarcze, które w tej chwili generuje – mówi Witold M. Orłowski, główny doradca ekonomiczny PwC w Polsce, rektor Akademii Biznesu i Finansów Vistula, gość programu Pawła Rożyńskiego.

40 miliardów złotych, które obiecuje PiS Polakom na transfery socjalne to kupowanie głosów wyborczych czy sprytny manewr gospodarczy w obliczu spowolnienia, w które wchodzimy?

Wystarczyło posłuchać premier Szydło mówiącej, że to jest prezent dla Polaków od Jarosława Kaczyńskiego. Niektórzy wręczając prezenty oczekują czegoś w zamian. Raczej nie ma cienia wątpliwości. Nie mówiono wprost, że chodzi o kupowanie głosów, ale o zdobycie popularności.

Może tylko werbalnie tak to wygląda, a jest jakaś myśl, żeby pobudzać gospodarkę?

Prawdopodobnie już się zaczęło spowolnienie gospodarcze. W zależności od tego, co się stanie na świecie, może być bardzo poważne. Na horyzoncie jest też brexit. A najgroźniejsze, że Niemcy idą w stronę recesji. Oznacza to u nas wyhamowanie eksportu i wzrostu gospodarczego.

Czytaj także: Raport FOR: "PiS: po nas choćby potop" 

Nowy odczyt PMI jest u nas bardzo słaby. Mamy największe od 20 lat zapasy gotowych produktów. Do tego inne wskaźniki pokazują, że coś się może dziać złego.

Z dużym prawdopodobieństwem będzie się działo. Jednak działania typu gwałtownego zwiększania wydatków albo obniżania podatków, żeby ratować gospodarkę podejmuje się w trudnych sytuacjach. Na przykład w 2009 roku była ciężka recesja w całej Europie. Wtedy coś takiego miało sens. Dzisiaj jest na to za wcześnie.

W Europę idzie wiadomość, że to taka zapobiegliwość.

Zawsze wszystko można usprawiedliwić. Jednak nikt nie ma cienia wątpliwości, że to nie był główny motyw.

Ale to nam w ogóle nie pomoże?

To już inna sprawa. Chociaż nic nie wskazuje, żeby gospodarka miała wpaść w recesję. To by dopiero usprawiedliwiało gwałtowne działania.

Ze strony rządu ciągle słyszymy jak wspaniała jest koniunktura i stan finansów publicznych.

Ci, którzy patrzą głębiej, wiedzą, że wcale tak nie jest. Ten stan jest upudrowany przez koniunkturę, której nie da się utrzymać w tej formie.

Za styczeń mamy sześć miliardów złotych nadwyżki.

Miesięczne dane nie mają specjalnego znaczenia. Minister finansów potrafi całą nadwyżkę roczną wydać w jeden miesiąc.

Cud gospodarczy, polegający na przykład na znajdywaniu dodatkowych miliardów w VAT, prawdopodobnie się skończy.

Nie miał bym nic przeciwko, żeby rząd w takiej sytuacji zwiększył wydatki, ale w sensownej skali. W tym roku jeszcze się uda bez nowelizacji budżetu, bo to by potwierdziło, że wydatki są robione na kredyt. Trików do zastosowania jest dużo. ZUS może sam zaciągnąć kredyt. O ten rok się nie boję.

Większość ekonomistów nie ma nic przeciwko, żeby rządy w warunkach spowolnienia gospodarki zwiększały wydatki i ograniczały podatki. Tylko pod jednym warunkiem.

Jakim?

Kiedy jest dobra koniunktura w gospodarce, czyli przez ostatnie 2 lata trzeba było wypracować nadwyżkę, taka jak wypracowała większość krajów UE. Mieliśmy najwyższe tempo wzrostu a należymy do nielicznych krajów, które nie wykorzystały tego do wypracowania nadwyżki.

Nie przypominam sobie, żeby obecny rząd starał się w ogóle doprowadzić do nadwyżki w budżecie. Był bardzo zadowolony z faktu, że w warunkach świetnej koniunktury, udaje się być z deficytem poniżej 3 proc. PKB.

To choroba na którą cierpimy od długiego czasu.

Ostatni raz nadwyżka była w 1990 r. Już w 1991 r. zmieniła się w poważny deficyt. To nie tylko obecny rząd ma taką politykę.

Został kolejny okres koniunktury zmarnowany z punktu widzenia tego, co należało zrobić w finansach publicznych.

Które z tych obietnic są pozytywne?

Emerycie w Polsce nie mają wysokich świadczeń. Z punktu widzenia społecznego to nic złego podwyższyć im świadczenia. Dla emerytów to jest jednorazowy zastrzyk gotówki. Nie zmieni trwale systemu emerytalnego. Jeśli wejdzie to w zwyczaj, to nie ma zapewnionego finansowania dla trwałych wydatków tego typu w składkach ZUS.

Rząd stwierdził, że w tym roku raz, jak wygrają to może jeszcze raz dadzą. Nie posuwają się do obiecania, że to jest trwałe zwiększenie.

Fakt, że jest to jednorazowe jest dobre z punktu widzenia nie wiązania sobie rąk. Gorsze, bo nie rozwiązuje żadnego problemu.

Rozszerzenie 500+ już nie jest jednorazowe.

Gdy wchodziło 500+ niektórzy twierdzili, że to będzie straszny wydatek. Sam uważałem, że do przełknięcia. Potem byłem mile zaskoczony jak dobrze wpłynęło to na obniżenie skali ubóstwa w Polsce.

Pierwsza część 500+ nie przyniosła żadnych efektów demograficznych, ale zmniejszyła skalę ubóstwa.

W tej chwili mamy do czynienia z jeszcze większym wydatkiem. Jeśli tamto nie pomogło demografii, to tym bardziej nie pomoże 500+ na pierwsze dziecko. Przed rozciągnięciem programu sama minister mówiła, że ludzie na pierwsze dziecko niezależnie od wszystkiego się zdecydują. Rząd nawet siebie nie próbuje oszukiwać, że to da demograficzny efekt.

Z punktu widzenia redukcji ubóstwa efekt będzie minimalny. Efektów gospodarce, nawet polityce społecznej, nie oczekują prawie żadnych. Efekty mogą być w polityce, no i jest koszt gospodarczy.

Rząd pokazuje, że są potężne pieniądze. Ryzykuje protesty, bo mamy w kolejce nauczycieli i lekarzy. Opiekunowie niepełnosprawnych słyszeli, że nie ma pieniędzy. Nagle znalazło się 40 miliardów złotych.

Mówimy nawet o programie 40+. 40 mld zł zostało już obiecane bezpośrednio. Ale zobaczymy ile ich rzeczywiście będzie. Trudno będzie teraz bronić, że nie ma pieniędzy w budżecie. Będą strajki i próby wymuszenia. Myślę, że rząd będzie ustępować, więc na 40 mld zł się nie skończy. Kłopoty budżetowe mogą być już w tym roku, ale różnymi sztuczkami zostaną odłożone w czasie. Rząd zrobi wszystko, żeby to nie było przed wyborami.

W przyszłym roku oczekuję już dużych problemów.

Nie obawia się pan, że takie podejście do polityki i kupowanie głosów wejdzie nam w krew? Opozycja właściwie podwaja stawkę.

Opozycja nie ma innego pomysłu niż żałosny pisk „przecież to myśmy pierwsi mówili, że chcemy dać".

Bardzo się tego obawiam.

Polsce grozi los Grecji i katastrofa finansowa?

Niczego takiego na horyzoncie nie ma. W Grecji przez wiele lat dwie główne partie wymieniały się ze sobą rolami. Przed wyborami licytowały się, kto da więcej. W pewnym momencie przyjęto, że nie ma innego sposoby wygrania wyborów niż kupienie głosów wyborczych. W efekcie, po latach, Grecja zbankrutowała.

Obawiam się, że wchodzimy na podobną ścieżkę. Jesteśmy daleko od przepaści, Polska nie zbankrutuje natychmiast. Wspomnianą ścieżkę ciężko zatrzymać. To jest dowód nędzy polskiej polityki.

Generalnie mamy nędzną politykę, nędznych polityków dla których ważny jest tylko horyzont najbliższych wyborów. A potem niech się pali i wali.

Jeśli PiS wygra wybory, to w ciągu następnej kadencji będzie krwawić. Sam szykuje sobie krwawą łaźnię i dramatyczne załamanie zaufania do siebie przez kłopoty gospodarcze, które sam w tej chwili generuje.

Będzie musiał się wycofać z programów?

W scenariuszu ścieżki greckiej nie ma możliwości wycofywania się. Jest tylko możliwość szukania sposobu finansowania. Można się zadłużać. Granice zadłużenia są, kiedy kraj bankrutuje.

Przecież jest próg zadłużenia w konstytucji.

Można zmienić ustawę, która go definiuje.

Jeszcze rok temu premier Morawiecki mówił, że program rządu to milion samochodów elektrycznych, modernizacja, drony, luxtorpedy, promy itd.

A co dzisiaj jest programem gospodarczym rządu? 20 mld zł damy ludziom w formie 500+, 10 mld zł w formie trzynastej emerytury itd. Do tego się ograniczył program rządowy.

Zwrot o 180 stopni.

Mogłem się zgadzać bądź nie z metodami, którymi premier Morawiecki chciał doprowadzić do modernizacji gospodarki, wzrostu inwestycji, wzrostu oszczędności i innowacyjności. Mogliśmy się kłócić o metody, ale faktu, że to powinno być celem programu gospodarczego nigdy nie podważałem. Uważałem, że to jest słuszna diagnoza premiera Morawieckiego.

W tej chwili to zniknęło. Nie ma żadnych dronów i samochodów elektrycznych. Jest tylko wydawanie pieniędzy, nawet nie na konsumpcję rządową.

A gdyby pan był politykiem i miał wydać te 40 mld zł w sferze konsumpcji polityki społecznej, żeby poprawić jakość funkcjonowania gospodarki państwa?

Większość tego powinna iść na służbę zdrowie. Nie tylko na podwyżki płac, ale na kuracje i lepsze leki, które można kupić, a są ograniczane przez brak środków finansowych. Do tego trzeba uczciwości polityka, która się rzadko zdarza.

Jeżeli politykowi zależy na kupieniu głosów, a nie na tym, żeby rzeczywiście się poprawiło, to woli dać ludziom gotówkę do ręki.

To nie jest tylko nasz problem. Są też Włochy i szaleństwo obietnic rozdawania. Ignorują nawet Brukselę, która próbuje to przyhamować. Mamy też Francję. Pojawiły się protesty, a Macron ustąpił i obiecał nieprawdopodobne rzeczy.

Macron do końca nie ustąpił. Ale wspomniane Włochy są przykładem degrengolady. Włochy od lat 90-tych są najwolniej rozwijającym się krajem UE. Tam jest rozkład polityki.

Powinno nas pocieszać, że są kraje gdzie polityka wygląda równie źle?

Na Ukrainie wygląda jeszcze gorzej niż w Polsce. Jestem Polakiem i wolałbym, żeby nasz polityka była sensowna. Niemcy nawet w trudnych czasach przegłosowały, że więcej deficytów budżetowych nie będzie, bo to jest zadłużanie kosztem przyszłych pokoleń. Patrzmy na najlepszych.

Źródło: rp.pl
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA