fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Film

Robin Campillo. W kręgu śmierci

Nahuel Pérez Biscayart jako Sean Dalmazo w „120 uderzeniach serca”.
Gutek Film
Twórca „120 uderzeń serca" mówi Barbarze Hollender o swoim życiu, strachu, bólu i nadziejach, które inspirowały film. Od piątku na ekranach.

Rzeczpospolita: 15 lat temu wszyscy mówili o AIDS. Dzisiaj świat ma inne problemy, wokół tej choroby jest już ciszej.

Robin Campillo: Pod koniec lat 90. epidemia została opanowana. Pojawiły się lekarstwa, które przedłużają chorym życie. AIDS przestało być okazją do sensacyjnych relacji w mediach i straszakiem wykorzystywanym przez polityków. Ale ta cisza jest trochę sztuczna, we Francji choroba wciąż zbiera swoje żniwo, a są kraje – takie jak choćby Ukraina – gdzie sytuacja wygląda tragicznie. I nie wolno nam milczeć. Ludzie powinni się badać, a do tego potrzebna jest kampania społeczna. Trzeba mówić o zagrożonych mniejszościach. O emigrantach, którzy często przebywają na terenie Francji nielegalnie, więc nie mogą się ujawnić. A cena lekarstw na AIDS wszędzie powinna być na tyle niska, by były one dostępne w biedniejszych krajach. Trzeba o tym krzyczeć, bo jesteśmy w takim momencie, w którym wiele rzeczy jest możliwych, a jednocześnie niewiele się dzieje.

Organizacje takie jak Act Up są ważne?

Ktoś kiedyś powiedział, że rewolucje są ważne, przynajmniej dla rewolucjonistów. I Act Up było ważne, przynajmniej dla nas samych. Przestaliśmy być ofiarami, którym trzeba współczuć. Zaakceptowaliśmy fakt, że epidemia nas dotyka i dziesiątkuje, ale postanowiliśmy walczyć. Umierały prostytutki, umierali narkomani, biedni ludzie, których nie stać było na leczenie. Ale też pacjenci chorzy na hemofilię, osoby poszkodowane w wypadkach, którym trzeba było przetoczyć krew. A my przypomnieliśmy, że choć epidemia dotyka głównie grup mniejszościowych, jest poważnym problemem społecznym. Zmienialiśmy świadomość ludzi. I wreszcie odnieśliśmy wielkie zwycięstwo – we Francji leczenie stało się bezpłatne.

Jak pan trafił do Act Up?

Pod koniec lat 80. jako gej czułem się fatalnie. I pamiętam, że w 1992 roku trafiłem na telewizyjny wywiad z Didierem Lestardem, który mówił o lęku i obojętności społeczeństwa. Mówił o bezsilności grupy lekarzy usiłujących pomóc swoim pacjentom. Ale też o bliskich relacjach chorych. Myślę, że właśnie wtedy postanowiłem przyłączyć się do Act Up.

A gdy patrzy pan na działalność Act Up z dzisiejszej perspektywy?

To przede wszystkim widzę, jak bardzo przez ćwierć wieku zmienił się świat, jak inaczej funkcjonują teraz podobne organizacje. Wtedy nie było jeszcze telefonów komórkowych, portali społecznościowych. Nagłośnienie mogła zapewnić jedynie telewizja, która przecież nie kwapiła się, by obsługiwać „odmieńców". Choć z drugiej strony tamten czas miał też swoje plusy. Dzisiaj dyskusja toczyłaby się na Facebooku, wtedy po prostu się spotykaliśmy. Mogliśmy spojrzeć sobie w oczy, pokłócić się, zaprzyjaźnić.

„120 uderzeń serca" początkowo przypomina dokument, by potem zamienić się w bardzo osobistą opowieść o śmierci.

Taki film można zrobić raz w życiu. W latach 80. baliśmy się. Głęboko przeżywaliśmy, gdy odchodzili nasi przyjaciele, czasem kochankowie, gdy znikali ludzie, których niedawno spotykaliśmy. Na dodatek otaczała nas nienawiść. Strach. Czuliśmy się tak, jakby chciano nas zamknąć w odosobnieniu, żebyśmy sobie umierali z dala od „zdrowej tkanki narodu". Baliśmy się ujawnić. Uważałem się za szczęściarza, że przeżyłem.

Powrót do tych wspomnień był trudny?

Strasznie. Zwłaszcza że wszystkie detale są w tym filmie prawdziwe. Były chwile, gdy pisząc scenariusz, płakałem. A w czasie zdjęć poczułem, jak wszystkie emocje, które dotąd w sobie tłamsiłem, nagle wybuchły. Przestałem je w sobie chować i zacząłem znowu głębiej oddychać. Co nie znaczy, że stres był mniejszy. Bałem się, że coś spaprzę, że film nie będzie dostatecznie dobry. W końcu rozliczałem się z własnym życiem.

Taka publiczna spowiedź musi boleć.

A jak pani myśli? Ale inaczej nie warto stawać za kamerą. W tym filmie oddałem hołd komuś, kto był mi bardzo bliski. Kiedy Nathan mówi o człowieku, który umarł, pokazałem zdjęcie mojego przyjaciela, dałem mu jego imię. Nie wiem, czy jego rodzice wiedzieli, że był homoseksualistą. Przyznaję, że nie obchodziło mnie to. To była jego historia, moja historia, nasza historia. Ujawniając ją, poczułem, że wreszcie pozwalam sobie na coś prawdziwego. I że to ma sens. Pokazując takie małe, osobiste tragedie, piszemy wielką historię. Ból nam towarzyszył zawsze. Byliśmy młodzi, nie mieliśmy prawa myśleć o śmierci, a ona brutalnie wdzierała się w nasze życie. Sam przeżyłem potworną chwilę, gdy ubierałem do trumny przyjaciela i cały czas słuchałem, jak mówi do niego jego matka. Jakby wciąż żył. Myślę, że myśmy wtedy uwalniali w naszych organizmach mechanizmy, które pozwalały nam takie chwile przeżyć. Mnie chyba wtedy łatwiej było to pożegnanie z przyjacielem znieść niż po 25 latach, gdy tę scenę inscenizowałem w „120 uderzeniach serca".

Ten film zamyka jakiś rozdział w pana życiu?

Nie. Bo przeszłość, choć w innej, łagodniejszej formie, trwa. Społeczeństwa wciąż tworzą sobie figury „obcych". Jednoczą się w niechęci do nich. Nieważne, czy będą to chorzy na AIDS, czy emigranci „zabierający pracę", czy uchodźcy z Aleppo. I czasem mam wrażenie, że im jest dzisiaj trudniej, niż było kiedyś nam. Bo są bardziej samotni.

Skromny, poruszający film

Grand Prix i nagroda Fipresci na ubiegłorocznym festiwalu w Cannes, sześć Cezarów, w tym dla najlepszego francuskiego filmu roku. Ten skromny film porusza. Robin Campillo cofnął się do początku lat 90., gdy świat trawiła epidemia AIDS – wówczas jeszcze choroby mało znanej, dotykającej najczęściej homoseksualistów, narkomanów, ale również tych, którym z różnych powodów trzeba było przetaczać krew.

Francuz opowiedział o ludziach, którzy w niechętnym, a czasem wręcz wrogo nastawionym do chorych na AIDS społeczeństwie, usiłują zwrócić uwagę na sytuację osób zapadających na tę chorobę. „120 uderzeń serca" zaczyna się jak paradokument. Członkowie organizacji Act Up walczą z rządem i koncernami farmakologicznymi. Dyskutują, organizują manifestacje. Ale potem film zmienia się w opowieść o śmierci. Wyciszoną, kameralną. Pełną prawdy o żalu człowieka, który odchodzi, mając dwadzieścia kilka lat, i o bólu tych, którzy zostają – matki, przyjaciela. Nie da się zapomnieć obrazu matki ubierającej do trumny własne dziecko i innej matki, która wie, że może będzie musiała zrobić to samo. Campillo nie ukrywa, że „120 uderzeń serca" to jego własne rozliczenie z życiem. I pewnie właśnie szczerość tego rozliczenia sprawia, że widz wychodzi z kina tak bardzo poruszony. —bh

Sylwetka

Robin Campillo, reżyser, scenarzysta

Urodził się 16 sierpnia 1962 r. w Mohammedii w Maroku. Jest współscenarzystą i montażystą nagrodzonej Złotą Palmą „Klasy" Laurenta Canteta. Jako reżyser zadebiutował w 2004 r. filmem „They Came Back", za „Eastern Boys" dostał m.in. Krakowską Nagrodę Filmową Off Camery w 2013 r.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA