fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Festiwal w Gdyni

Festiwal w Gdyni: Osobiste wyznania

Maja Ostaszewska i Marek Koterski w filmie „7 uczuć”
materiały
Na festiwalu wydarzeniami są też skromne filmy o zagubieniu człowieka.

"Rozpadło mi się małżeństwo. Rodzina mi się rozpadła. Nie potrafię utrzymać żadnej przyjaźni. Wszystkiego się boję. Cały czas przestraszony jestem. Wylękniony jakiś. Zły na wszystkich o wszystko. Zazdrosny bez powodu. Wciąż smutny. W środku. Jak mam być sobą, skoro nie lubię siebie" – zaczyna spowiedź u psychoterapeuty Adaś Miauczyński, bohater filmu "7 uczuć".

Polski inteligent

Marek Koterski śledzi los tego polskiego inteligenta od debiutu, zrealizowanego w 1984 roku "Domu wariatów". Towarzyszył mu w czasach PRL, gdy Adaś gnieździł się w mieszkaniu w socjalistycznym bloku, nie potrafiąc wyjść z marazmu. Potem pokazywał go w nowej rzeczywistości, gdy został zepchnięty na margines. Prześcignęli go ci bardziej obrotni, którzy pozakładali biznesy i jeżdżą na wakacje pod palmy.

Dziś Miauczyński, wypalony, próbuje rozliczyć się z życiem, szuka przyczyny stanu, w jakim się znalazł. Wraca do czasu dzieciństwa i młodości, mądrzejszy o wszystkie doświadczenia, przez jakie przeszedł. To jest spojrzenie na polską historię i na nas wszystkich. Jak zwykle u tego reżysera bardzo osobiste. Tym bardziej przejmujące, że tym razem Adasia Miauczyńskiego gra jego syn Michał Koterski. Przedstawiciel kolejnego pokolenia polskich inteligentów, tak samo jak ich ojcowie i dziadkowie zagubionego i pełnego kompleksów, mimo że czasy się zmieniają. To nie jest świat dla inteligentów?

 

Z kolei bohaterka intrygującej „Fugi" Agnieszki Smoczyńskiej na skutek silnego stresu straciła pamięć, zbudowała w sobie nową osobowość, trafiła do innego świata. Gdy okazuje się, że pochodzi z małej miejscowości, ma męża i kilkuletniego synka, nie chce wrócić do dawnego życia.

Jedzie do domu głównie po to, by wyrobić sobie dowód. Ale tam musi skonfrontować się z przeszłością, określić swój stosunek do ludzi, których wyparła z pamięci: rodziców, męża, a przede wszystkim dziecka. Jak ma się zachować, skoro nie czuje z nimi więzi? Czy ma prawo do nowego „ja", czy ważne okaże się to, co było? Jakie tajemnice kryje przeszłość? Dlaczego jej mózg wymyślił dla niej nowe ego? Przed czym ją bronił?

Autorka "Córek dancingu" pyta w „Fudze" o prawo do bycia sobą, o granice wolności, ale też mówi o skomplikowanych wszelkich relacjach i życiu, które może uwierać.

I wreszcie jeden z najbardziej przejmujących filmów festiwalu, napisany przez życie "Jak pies z kotem" Janusza Kondratiuka. Pierwsza scena: Kazachstan, dokąd rodzina została wywieziona. Andrzej opiekuje się małym bratem, który urodził się już tam, w Al-Bułak.

 

Dwaj bracia

To tylko prolog, wspomnienie z dzieciństwa, bo potem drogi braci się rozeszły, choć obaj zostali reżyserami. Po latach połączy ich tragedia. Andrzej doznał wylewu, jego żona, aktorka, jest za granicą. Brat będzie przy nim w szpitalu, potem – sparaliżowanego i niestabilnego psychicznie – zabierze do domu.

"Jak pies z kotem" to zapis ostatnich miesięcy, tygodni, dni Andrzeja Kondratiuka. Chwil świadomości, ale też cierpienia, gdy chory raz przypomina rozkapryszone dziecko, raz niewdzięcznego skurczybyka, a wreszcie człowieka bezbronnego, obezwładnionego strachem.

Janusz Kondratiuk nie zrobił filmu o umieraniu. To jest opowieść o odzyskanej bliskości, o więzach, które są nie do zerwania. O lojalności, gdy nie pyta się o cenę, jeśli ktoś cię potrzebuje. To potwornie osobisty film. Nieepatujący nieszczęściem, ale ogromnie wzruszający. Nie można obok niego przejść obojętnie. Nie można nie pomyśleć o własnym życiu.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA

WIDEO KOMENTARZ

REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA