fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Felietony

Andrzej Malinowski: Zrozumieć zasady domina

Bloomberg
Analizując poszczególne elementy tarczy antykryzysowej, odnoszę wrażenie, że choremu jest podawana ciepła herbata zamiast defibrylatora.

To, że gospodarka zaczyna się przez koronawirusa walić – wiedzą wszyscy. Że należy reagować i ją wspomagać – również. Niezrozumiałe jest jednak, dlaczego pewne oczywiste rzeczy i reguły obowiązujące przy prowadzeniu takiej „resuscytacji" gospodarczej są dla części ratowników albo niewidzialne, albo przez nich niedoceniane.

Ratując kogoś, kto nie oddycha i nie ma tętna, wykonuje się dwa wdechy co trzydzieści ucisków klatki piersiowej. Mocnych, zdecydowanych, które mogą nawet połamać żebra. Żebra się zrosną, to serce jest najważniejsze. Czy będzie to tak samo skuteczne, gdy zamiast masażu serca ratownik poda choremu ciepłą herbatkę? Albo przyklei plastry rozgrzewające na „korzonki"?

Pierwotnie tak właśnie wyglądały niektóre propozycje tarczy antykryzysowej. Odroczenie płatności składek ZUS na trzy miesiące byłoby jedynie odsunięciem w czasie upadku firmy, a nie jakąkolwiek pomocą. Pomyślmy. Mikroprzedsiębiorca wpada w takie tarapaty, że rząd pozwala mu nie płacić ZUS przez trzy miesiące. Po czym wymaga zapłacenia całej zaległości plus składki bieżącej. To absurd! Przedsiębiorca musiałby mieć w miarę normalne przychody, żeby zgromadzić taką kwotę. Tylko że gdyby je miał – to żadnej pomocy by nie potrzebował... Ktoś, kto „ulepił tę ulgę", znał się na realiach polskiej przedsiębiorczości jak kura na pieprzu. Zmasowana krytyka ze wszystkich stron spowodowała, że odroczenie zamieniono szybko na umorzenie. W piątek rząd jeszcze raz zmienił przepis. Zwolnionym ze składek ma być „płatnik". I dobrze, bo z ulgi będą mogły skorzystać też spółki cywilne czy kapitałowe – do tej pory wykluczone. Jednak pozostawiono inne ograniczenie. Ulga dotyczy tylko tych „płatników", którzy zgłaszają do ubezpieczenia społecznego najwyżej dziewięć osób. Ale to oznacza, że w pulę wchodzą nie tylko pracownicy... ale i rodzina właściciela przedsiębiorstwa. A jeśli to wielopokoleniowa rodzinna firma? Sama familia może przekroczyć limit, nawet bez pracowników. A przecież takie rodzinne biznesy są najbardziej narażone na konsekwencje wirusa. Znów sensu w tym za grosz.

Takich przykładów jest sporo. Nad nimi wszystkimi kładzie się cień istotnego błędu. Brak zrozumienia dróg, którymi walec kryzysu przejeżdża gospodarkę. Jeśli chcemy ją uratować, to musimy ocalić miejsca pracy. Żeby ratować miejsca pracy, musimy ratować firmy. Niezależnie od poziomu zatrudnienia, ale na bazie tego, jak firma ucierpiała na skutek kryzysu. Bo miejsce pracy to właśnie firma. Dlatego niezwykle ważne jest utrzymanie jej funkcjonowania, utrzymanie jej płynności.

Analizując elementy tarczy, odnoszę wrażenie, że choremu jest podawana ciepła herbata zamiast niezbędnego defibrylatora. Że ratowanie firm dla jej autorów nie jest najważniejsze. Priorytetem jest utrzymanie dochodów budżetowych, ściągnięcie danin, podatków, opłat itp. Tak jakby firmy były niezniszczalne, obdarzone niekończącym się strumieniem kapitału. Tak jednak nie jest. Firmy i miejsca pracy to jak logiczny łańcuch ułożony z kostek domina. Gdy padnie jedna kostka, to padną wszystkie. Tak właśnie sprzężone ze sobą są miejsca pracy i firmy. Nie da się uratować jednych, poświęcając drugie. I ratownicy polskiej gospodarki muszą to zrozumieć. Takie są bowiem zasady domina.

Andrzej Malinowski, prezydent Pracodawców RP

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA