fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Debaty ekonomiczne

W cenie są miasta z wizją

Uczestnicy dyskusji wskazywali czynniki decydujące o atrakcyjności danego miasta dla inwestorów. To m.in. podejście samorządowców, ale również jakość życia, na którą składają się choćby czystość powietrza, oferta kulturalna czy dobry poziom nauczania w szkołach
Fotorzepa, Robert Gardziński
Samorządy potrzebują osób, które nie boją się iść pod prąd. I mimo krytyki ze strony mieszkańców wprowadzają swoje pomysły w życie. Takich miejsc najchętniej szukają inwestorzy.

Co sprawia, że miasto staje się atrakcyjne dla inwestorów? Na m.in. takie pytanie szukali odpowiedzi uczestnicy debaty, która odbyła się w redakcji „Rzeczpospolitej". I zgodzili się, że składa się na to wiele elementów.

Podstawa to jakość życia

– Mogę tylko diagnozować, co myślą inwestorzy. Moim zdaniem na ich decyzje wpływa wiele czynników – mówiła Katarzyna Gruszecka-Spychała, wiceprezydent Gdyni. – Często mają one charakter czysto obiektywny, na co samorządy nie zawsze mają wpływ. Chodzi o: położenie, liczbę mieszkańców, bogactwa naturalne etc. Dużą rolę odgrywają również czynniki wpływające na „widzialność" aglomeracji. Sprawiają one, że inwestorzy przyjeżdżają do miasta i zostają. Ważna jest także przystępność oraz przyjazność. Inwestor powinien mieć pewność, że szybko załatwi wszystkie niezbędne procedury administracyjne – wymieniała.

– Natomiast jeżeli chcemy, by w ślad za nim przyjechali i zostali wysoko wykwalifikowani pracownicy, trzeba zadbać o jakość powietrza, ofertę kulturalną, dobry poziom nauczania w szkołach. Tych czynników jest dużo więcej. Wszystkie mają jednak wspólny mianownik: jakość życia – podkreślała wiceprezydent Gdyni.

Zdaniem inwestorów bardzo ważna jest otwartość władz samorządowych.

– Przede wszystkim inwestor chce być w danym mieście mile widziany. Czuć się zaproszonym. Później przekłada się to na jakość współpracy – wskazywała Karolina Kaim, prezes Tacit Investment. – Kończymy budowę hotelu we Wrocławiu. I bardzo jesteśmy zadowoleni ze współpracy z władzami tego miasta – podkreśliła.

Według niej wiele inwestycji, które mogłyby mieć pozytywny wpływ na rozwój danego regionu, nigdy nie ruszyło z miejsca tylko z powodów czysto formalnych. Zabrakło też dobrej woli po stronie samorządu. – A przecież każdy niezagospodarowany teren to m.in. brak wpływów z podatków oraz miejsc pracy – zwróciła uwagę Karolina Kaim.

Za dużo arbitralności

Brak otwartości to niejedyny problem, z jakim muszą się zmierzyć inwestorzy.

– Nierzadko samorządy działają arbitralnie. A to nie ułatwia życia inwestorom. Tam, gdzie miastom na nich zależy, pozwalają interpretować prawo w sposób przyjazny i tam jest dużo łatwiej – przyznawał Piotr Laszkiewicz, prezes NC Investment.

Tłumaczył też, skąd może brać się niechęć niektórych władz samorządowych do nowych inwestycji. – Od byłego burmistrza jednej z dzielnic Warszawy usłyszałem, że dla niego nowa zabudowa to kłopot. Dlaczego? Jak będzie jej za dużo, musi zaraz myśleć o nowych szkołach, ośrodkach zdrowia – opowiadał Piotr Laszkiewicz.

Okazuje się jednak, że niechęć urzędników nie bierze się znikąd.

– Urzędnicy podlegają kontroli społecznej oraz medialnej. Czasami w próbach kontaktu samorządów z inwestorów widzi się korupcję. I to rodzi obawy po stronie samorządowej. A co dzieje się z człowiekiem, gdy się boi? Zabezpiecza się. Ukrywa się za różnymi procedurami, przepisami – wskazywał Grzegorz Kaczorowski, dyrektor Biura Rozwoju Gospodarczego Urząd Miasta st. Warszawy.

Podobnego zdania był Piotr Laszkiewicz. – Z dziwnie pojmowanej ostrożności urzędnicy wolą nic nie robić, niż zaryzykować. I to jest największy błąd. Władze samorządowe powinny być wizjonerami i zgodnie ze swoją wizją kształtować pracę i podległych im urzędników – uwypuklał Piotr Laszkiewicz.

Według Karoliny Kaim odwagi i wizji brakuje przede wszystkim w mniejszych miejscowościach. Ale zdarzają się wyjątki.

– Pracujemy nad projektem we Władysławowie. Gdyby nie zmienił się samorząd na młodych, trzydziestoparoletnich ludzi, ten projekt nie miałby szans na realizację. Doszli oni do wniosku, że Władysławowo, które jest po Zakopanem drugim najczęściej odwiedzanym miejscem wypoczynkowym w Polsce, ma potencjał. Dzięki temu na ukończeniu jest kompleks hotelowy, został wyremontowany deptak, główne ulice. Jak widać, wszystko da się zrobić. Były oczywiście głosy sprzeciwu – mówiła Karolina Kaim.

W opinii ekspertów miasta, które nie mają wizji, nie rozwijają się.

– Dzięki wizji sprzed wielu lat zaczęły powstawać biurowce i rozwinęły działalność korporacje międzynarodowe. Teraz wielu młodych ludzi gotowych jest się przeprowadzać do innych miast. Nie ma bowiem dla nich znaczenia, czy pracują w tej samej firmie w oddziale w Gdyni, Warszawie, Krakowie czy we Wrocławiu, czy może pojadą do Frankfurtu czy do Berlina – podkreślał Konrad Płochocki, dyrektor generalny Polskiego Związku Firm Deweloperskich.

– W niektórych jednak miastach, co widać niestety również w Warszawie, nastąpił paraliż inwestycyjny. Powodem jest m.in. krzywdząca krytyka nowych inwestycji w internecie. A jak popatrzymy na znienawidzony warszawski Mordor, to zobaczymy, że ludzie świetnie tam zarabiają. Gdy w Miasteczku Wilanów zapytamy się jego mieszkańców, jak się mieszka – dowiemy się, że są bardzo zadowoleni – wskazywał dyrektor Płochocki.

Ważne jest zaplecze polityczne

Okazuje się, że sama chęć zmian to za mało, by udało się wdrożyć je w życie. – Trzeba mieć odpowiedni zasób sił politycznych, by przetrwać napór niezadowolonych. Słaby zarząd miasta może tego nie wytrzymać. A wtedy wszyscy przegrają, zmienią się władze miasta, a razem z nimi wizja jego rozwoju – mówiła Katarzyna Gruszecka-Spychała.

Zdaniem Bartosza Dąbkowskiego, Head of Temp & MSP Solutions Hays Poland, władze samorządowe niespecjalnie mogą liczyć na przyciągnięcie do siebie młodych ludzi.

– Jesteśmy dosyć specyficznym narodem, jeżeli chodzi o Europę. Wolimy przeprowadzić się za pracą za granicę niż z Warszawy do Gdyni. Jeżeli dla pracy zostawiamy rodzinny dom, oczekujemy wzrostu zarobków. Czy firma w Gdyni nie będzie w stanie zapłacić więcej niż w Warszawie? Podejrzewam, że nie – mówił Bartosz Dąbkowski.

– Wewnątrz kraju nie obserwujmy takich migracji, jeżeli już – to do Warszawy. Oczywiście Trójmiasto ma pewną siłę przyciągania, ale nie przeceniałbym jej. Mamy w Gdyni bardzo dużego klienta z branży prawniczej, który przenosi się do nowego biura. Planuje też zwiększenie zatrudnienia. A brakuje chętnych do przeprowadzenia się do Gdyni z innych miast. Takich przykładów jest znacznie więcej – dodał przedstawiciel Hays Poland.

Wskazywał również na inne problemy. – Tak chwalimy młode, kreatywne zarządy miast, z którymi się świetnie współpracuje. Mam jednak pytanie, jak tych ludzi przyciągnąć. Jedyny sposób, by pozyskać dobrego pracownika, to „wyciągnąć" go z innej firmy. A czym samorząd ma konkurować z amerykańską, brytyjską czy holenderską korporacją, która zapewnia pakiet socjalny i daje możliwość dynamicznego rozwoju karier? – pytał Bartosz Dąbkowski.

Jednak, jak mówili eksperci, nie tylko młodzi mają pomysły. – To nie jest tylko kwestia wieku, ale też jakości ludzi. Tych, którzy mogliby być samorządowcami, jest o wiele więcej. Wizjonerami mogą być i starsi. Myślę, że do pracy w samorządzie potrzebna jest misja. Nie każdy może być pielęgniarką czy lekarzem. Nie każdy może być samorządowcem. To nie powinna być tylko kariera polityczna – mówił Piotr Laszkiewicz.

A Katarzyna Gruszecka-Spychała przypomniała o zarobkach. – Nie należy stawiać znaku równości między samorządowcem a urzędnikiem. Urzędnik ma fatalny status społeczny. Traktuje się go jako nieroba, urzędasa, który przychodzi do pracy pić kawę i żyje z pieniędzy podatników – mówiła.

– A przy tym płaci się mu tragicznie. Naprawdę trudno oczekiwać pasjonatów za tak marne pieniądze. Nie mam możliwości podniesienia wynagrodzenia urzędnikom. I nie wynika to z braku możliwości finansowych, tylko z przepisów i z nastawienia społeczeństwa. Potrzebna jest zmiana na poziomie centralnym – podkreśliła wiceprezydent Gdyni.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA