fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Brexit

Kto zapłaci za Brexit

123RF
Wyjście Brytyjczyków z UE zmieniłoby wiele dla pracowników, studentów, konsumentów, turystów czy osób oskarżonych o przestępstwa.

Korespondencja z Brukseli

W czwartek Brytyjczycy decydują o swojej przyszłości w Unii Europejskiej. Jeśli zagłosują za wyjściem, premier tego kraju wyśle list do Komisji Europejskiej, informując o zamiarze podjęcia negocjacji na podstawie art. 50 traktatu o funkcjonowaniu UE. Przez dwa lata obie strony będą negocjowały warunki rozwodu. Po tym czasie przestaną je łączyć jakiekolwiek uprzywilejowane relacje. Będzie to miało rozliczne konsekwencje dla życia codziennego Polaków.

Najczęściej w kontekście Brexitu dyskutuje się o Polakach, którzy pracują na Wyspach. Bo to zalew imigrantów zarobkowych był jedną z przyczyn rosnącego tam eurosceptycyzmu. Jeśli Wielka Brytania wystąpi z UE, to przestanie też uznawać wzajemną swobodę osiedlania się i podejmowania pracy. Nowi polscy migranci będą musieli występować o pozwolenie na pracę, być może będą też musieli starać się o wizy. To zależy od decyzji Londynu.

Wychodząc z UE, Wielka Brytania przestałaby być częścią wspólnego rynku edukacyjnego. Dziś każdy student w UE może podjąć naukę na dowolnym europejskim uniwersytecie na takich samych warunkach jak student z kraju siedziby uczelni. Na prestiżowym uniwersytecie oksfordzkim za rok nauki Polak płaci ok. 13 tys. funtów, ma też dostęp do tych samych stypendiów co Brytyjczycy. W razie Brexitu opłata wzrosłaby do kwoty ok. 33 tys. funtów, którą muszą uiszczać tzw. studenci zagraniczni. Wielka Brytania przestałaby też być stroną programu wymiany studentów Erasmus. Obecnie na Wyspach studiuje ponad 6 tys. Polaków.

Innym skutkiem Brexitu na tamtejszym rynku pracy byłyby ograniczenia dla piłkarzy z krajów UE grających w Premier League. W UE żadna krajowa liga nie może nakładać ograniczeń na zatrudnianie piłkarzy z innych państw członkowskich – to tzw. prawo Bosmana, będące efektem orzeczenia Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości z 1995 roku. Ale brytyjskie kluby mogą ograniczać liczbę piłkarzy spoza UE. Po Brexicie Polacy znaleźliby się więc w tej samej puli i musieliby konkurować z zawodnikami z Ameryki Południowej czy Afryki.

Ze względu na skalę imigracji do Wielkiej Brytanii Polska jest głównym beneficjentem unijnej uproszczonej procedury ekstradycji, czyli europejskiego nakazu aresztowania. Połowa oskarżonych o przestępstwa przekazywanych przez Brytyjczyków wymiarom sprawiedliwości innych krajów UE trafia właśnie do naszego kraju. Po Brexicie ta automatyczna procedura przestałaby obowiązywać, konieczna byłaby skomplikowana procedura ekstradycji na zasadach wynegocjowanych dwustronnie.

Wspólny unijny rynek w ostatnich latach przyniósł wielkie ułatwienia dla podróżujących. Operatorzy telekomunikacyjni zostali zmuszeni przez Brukselę do obniżania stawek za roaming. Już teraz są one niewiele wyższe od stawek krajowych, a za rok zostaną z nimi zupełnie zrównane. Brexit nie zmusiłby operatorów do podnoszenia stawek, ale mogą to zrobić i byłoby dziwne, gdyby z takiej szansy nie skorzystali. Dla przykładu w jednej z popularnych sieci za minutę połączenia z kraju Europejskiego Obszaru Gospodarczego (UE plus Norwegia, Islandia i Liechtenstein) płaci się obecnie 54 grosze. Dzwoniąc spoza kraju EOG, zapłacimy 5 zł, czyli blisko dziesięć razy więcej.

Powód do zmartwienia mają także amatorzy taniego latania. Wielka Brytania w razie Brexitu przestałaby być częścią wspólnego europejskiego nieba. A więc przewoźnicy brytyjscy nie mogliby obsługiwać lotów między miastami UE, a przewoźnicy unijni – między miastami na Wyspach. Byłyby także ograniczenia w liczbie lotów między Wielką Brytanią i UE, co zmniejszyłoby konkurencję i doprowadziło do podrożenia biletów, o czym mówią najwięksi tani przewoźnicy: irlandzki Ryanair i brytyjski EasyJet.

Jeśli w ciągu dwóch lat przeznaczonych na negocjowanie warunków rozwodu nie uda się uzgodnić przejściowego porozumienia handlowego, to obie strony będą musiały w handlu przestrzegać tylko zasad WTO. Dla niektórych towarów stawki celne będą minimalne, ale w innych kategoriach znaczące. Na przykład dla przemysłu samochodowego sięgałyby 9,8 proc. UE mogłaby też nałożyć cła na szkocką whisky. Jest raczej mało prawdopodobne, żeby sięgały one poziomu indyjskiego (150 proc.), ale z pewnością europejskie lobby alkoholowe będzie naciskało na pogorszenie warunków dostępu dla „maltów", w nadziei na korzyści płynące ze sprzedaży kontynentalnych trunków.

Nawet jeśli Wielka Brytania podpisałaby w końcu po latach negocjacji porozumienie handlowe z UE, to raczej nie zmieni to pozycji jej supermarketów czy banków na unijnym rynku. Usługi finansowe na pewno się w takim porozumieniu nie znajdą, również sieci handlu detalicznego zazwyczaj nie mają ułatwień w porozumieniach negocjowanych przez UE z krajami trzecimi. Obecnie brytyjska sieć Tesco może otwierać sklepy na warunkach tożsamych z tymi, które obowiązują polskich detalistów. Podobnie brytyjskie banki mogą zakładać oddziały w Polsce tylko na podstawie licencji bankowej uzyskanej w Wielkiej Brytanii. Po Brexicie przestałoby to być możliwe.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA