fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Brexit

May ma ostatniego asa w rękawie

Spiker Izby Gmin John Bercow niespodziewanie oświadczył, że nie można poddawać pod głosowanie tej samej uchwały na jednej sesji parlamentu. To wywołało kryzys polityczny na Wyspach
AFP
Koszmar udziału królestwa w eurowyborach ma przekonać opornych torysów do umowy rozwodowej premier.

W poniedziałek wieczorem wydawało się, że trwający od blisko trzech lat chocholi taniec Theresy May wokół warunków wyjścia kraju z Unii wreszcie dobiegł końca. Ku zaskoczeniu Downing Street spiker Izby Gmin John Bercow, powołując się na zapomniany przepis z 1604 roku, ogłosił, że na tej samej sesji parlamentu nie można dwa razy poddawać pod głosowanie identycznej rezolucji.

Czytaj także: Chińska kurtyna  

Nagle desperackie starania szefowej rządu, aby przeciągnąć na swoją stronę najbardziej eurosceptyczne skrzydło Partii Konserwatywnej oraz unionistów z Ulsteru i zdążyć z ratyfikacją umowy rozwodowej jeszcze przed czwartkowym szczytem w Brukseli został całkowicie storpedowane. Plan May został przecież na obecnej sesji parlamentu odrzucony większością 149 głosów w minionym tygodniu, a jego treść nie może być zmieniona, bo Bruksela na dalsze rokowania się nie zgadza.

Kot o imieniu Brexit

Wielka Brytania zmierza więc do katastrofy i wyjdzie 29 marca z Unii bez żadnego porozumienia?

Przywódcy Unii już od dłuższego czasu zapowiadali, że nie zgodzą się na odłożenie brexitu, jeśli Londyn nie przedstawi wiarygodnej strategii rozwodu ze Wspólnotą.

– Zwłoka, tylko po co? Nie możemy tego wszystkiego odkładać tylko po to, aby odkładać – mówiła we wtorek minister ds. europejskich Francji Nathalie Loiseau, która, jakaż to obelga dla Brytyjczyków, nazwała właśnie swojego nowego kota Brexit, bo ciągle głośno miauczał przed drzwiami balkonowymi, ale kiedy już były otwarte, wcale nie zamierzał wychodzić na dwór.

– Nie wierzę w wyjście Wielkiej Brytanii bez porozumienia, katastrofy nie będzie – mówi jednak „Rzeczpospolitej" minister spraw zagranicznych Hiszpanii i były przewodniczący europarlamentu Josep Borrell. Z uwagi na półmilionową wspólnotę Brytyjczyków, którzy przenieśli się z deszczowego do słonecznego królestwa, a także długotrwały spór o status Gibraltaru, trudno dziś znaleźć lepszego znawcę brexitu.

Dla szefa hiszpańskiej dyplomacji czwartkowy szczyt Unii wcale nie będzie jednak tym decydującym dla brexitu. 21 marca Brytyjczycy usłyszą tylko, że jeśli plan rozwodu May nie zostanie do końca miesiąca zatwierdzony przez Izbę Gmin, Unia nie zgodzi się na krótką zwłokę w brexicie do 1 lipca, ale będzie się upierać przy znacznie dłuższym terminie, aby wynegocjować całkowicie nowe zasady rozstania między Brukselą a Londynem.

W takim zaś wypadku Zjednoczone Królestwo będzie musiało wziąć udział w wyborach do europarlamentu, bo funkcjonowanie we Wspólnocie kraju, który nie ma swoich przedstawicieli w zgromadzeniu w Strasburgu byłoby sprzeczne z fundamentalnymi zasadami działania Unii.

Skończyć z niepewnością

Taka perspektywa trzy lata po referendum rozwodowym, co do tego Josep Borrell nie ma wątpliwości, będzie działała jak płachta na byka na tych torysów, którzy do tej pory odrzucali plan May. I podczas kolejnego głosowania umowy rozwodowej na nowej sesji parlamentu w przyszłym tygodniu powinni poprzeć plany rządu.

Daniel Kawczyński, należący do sceptycznego wobec Unii odłamu torysów (European Research Group), deputowany Izby Gmin, przyznał „Rz", że już 50–55 spośród 80 posłów jego frakcji „skłania się" ku poparciu planu May.

– W moim okręgu Shrewsbury and Atcham wszyscy mi mówią: skończmy z tą niepewnością, wyjdźmy wreszcie z Unii, nawet na takich warunkach, jak chce May. To samo słyszy wielu deputowanych Partii Pracy, którzy pochodzą z okręgów, gdzie w referendum w 2016 r. wygrał brexit. Dlatego spodziewam się, że także kilkudziesięciu laburzystów do nas dołączy. To daje szansę na ratyfikację minimalną większością umowy premier – dodaje.

Aby postawić na swoim, szefowa rządu musi łącznie przeciągnąć na swoją stronę 75 deputowanych, w tym dziesięcioosobową grupę Demokratycznej Partii Unionistycznej z Ulsteru.

Ale z tej perspektywy deklaracja Johna Bercowa już wcale nie wygląda na taką katastrofę dla May. Może to wręcz część poufnego planu, aby rzutem na taśmę zbudować większość za umową rozwodową?

– Wykluczam to. Wszelkie kontakty między premier a przewodniczącym parlamentu są zakazane, to złamanie prawa. Zresztą w przeszłości Bercow wielokrotnie stawiał na agendzie poprawki forsowane przez zwolenników integracji – podkreśla Daniel Kawczyński.

We wtorek wieczorem w urzędzie premiera trwała gorączkowa narada nad tym, jak przezwyciężyć przeszkodę postawioną przez przewodniczącego Izby Gmin i przeprowadzić kolejne głosowanie. Jedna z opcji zakładała, że z pałacu Buckingham zostanie do Westminster ściągnięta 93-letnia królowa Elżbieta II, aby otworzyć nową sesję parlamentu. Inna rozważana możliwość to przegłosowanie uchwały, która zastąpiłaby reguły z 1604 – co jednak nie byłoby możliwe bez uprzedniego zdobycia większości dla samej umowy rozwodowej May.

Nadzwyczajny szczyt

Ale nastroje w Londynie są teraz tak rozchwiane, że nawet straszak udziału w wyborach do europarlamentu może nie wystarczyć, aby zmobilizować wystarczającą grupę sceptycznych wobec integracji torysów. Co wtedy?

Josep Borrell jest przekonany, że w takim przypadku jeszcze przed 29 marca zostanie zwołany w Brukseli kolejny nadzwyczajny szczyt przywódców Unii, na którym May już zgodzi się na odłożenie brexitu przynajmniej o rok–dwa.

– W Unii zawsze przecież takie rzeczy robi się w ostatniej chwili – podkreśla minister.

Tak zresztą można odczytać wtorkową deklarację Angeli Merkel. „Będę walczyła do ostatnich godzin przed terminem 29 marca, aby uzyskać uporządkowane warunki rozwodu. Nie mamy zbyt dużo czasu, ale jednak pozostało jeszcze trochę dni" – oświadczyła kanclerz.

Nadzwyczajny szczyt otwierałby jednak bardzo wiele możliwych scenariuszy, łącznie z pozostaniem Wielkie Brytanii w Unii na wypadek ponownego referendum. Ale najbardziej prawdopodobna wydaje się znacznie łagodniejsza niż do tej pory przewidywano wersja brexitu, łącznie z pozostaniem kraju na trwałe w unii celnej z kontynentem, a nawet, na wzór Norwegii, w jednolitym rynku. Za takim rozwiązaniem opowiadają się laburzyści i część umiarkowanych torysów, a zapewne i mniejsze ugrupowania jak szkoccy nacjonaliści i liberalni demokraci. Podobny scenariusz pozwoliłoby przełamać główny problem planu May – utrzymanie tylko Irlandii Północnej w unii celnej, dopóki nie zostanie uzgodnione nowe porozumienie między Brukselą a Londynem (tzw. backstop).

We wtorek wieczorem rzecznik May zapowiedział, że premier już wysłała oficjalne listy do przywódców 27 krajów Unii z prośbą o odłożenie terminu brexitu. Na jak długo, jednak nie wiadomo. Taka decyzja musiałaby zostać przyjęta jednogłośnie przez wszystkie państwa członkowskie.

– Najlepiej by było, gdyby Polska odważyła się zawetować takie porozumienie. Wówczas 29 marca mielibyśmy zagwarantowany brexit, choć byłby to twardy brexit – mówi Daniel Kawczyński.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA