fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Brexit

Theresa May już nie panuje nad rozwodem

Przewodniczący Izby Gmin John Bercow przejął decydujący wpływ nad głosowaniami związnymi z brexitem. To on ustala agendę
AFP
Przed głosowaniem nad umową brexitową rozważano, czy będzie to największa porażka rządu od 95 lat czy tylko od 40.

„Airlock" – „śluza powietrzna" – taki nowy koncept próbował we wtorek po południu wylansować prokurator generalny i deputowany torysów Geoffrey Cox, aby opisać świetlaną przyszłość, jaka miałaby czekać Wielką Brytanię w razie wejścia w życie umowy wynegocjowanej przez ostatnie dwa lata przez Theresę May. – To jest klucz, który otworzy nam drzwi do wynegocjowania nowej umowy, tym razem o przyszłych stosunkach z Unią – tłumaczył.

Choć jednak torysi wystawili swojego najlepszego mówcę (jak to ujął przewodniczący Izby Gmin John Bercow – syntezę Demostenesa i Einsteina), aby bronić w wielogodzinnej debacie umowy rozwodowej, szanse, że Westminster przyjmie ją w nocy z wtorku na środę, były bliskie zera.

– Śluza ma dwa wrota, jednymi się wchodzi, drugimi wychodzi. A my nie wiemy, dokąd mamy wyjść, bo żadnej umowy o przyszłych relacjach z Unią nie ma – mówił deputowany laburzystowski Chuka Umunna.

Poprawka Barona

Po południu było nawet całkiem możliwe, że Izba w ogóle nie będzie głosować nad porozumieniem przedłożonym przez May, tylko projektem, od którego Bruksela się odetnie.

Bercow zgodził się na poddanie pod głosowanie czterech spośród dziesiątek zgłoszonych przez deputowanych poprawek, z których jedna, konserwatywnego deputowanego Johna Barona, zakłada, że Wielka Brytania będzie mogła jednostronnie wycofać się z umowy wiążącej Irlandię Północną unią celną z UE (tzw. backstop), dopóki nie zostanie uzgodnione inne rozwiązanie pozwalające na uniknięcie kontroli na granicy z Republiką Irlandii. Jeśliby przeszła, oznaczałaby złamanie fundamentalnego warunku stawianego od początku rokowań przez Brukselę na wniosek irlandzkiego rządu.

Wśród odrzuconych przez marszałka Izby poprawek znalazło się wiele jeszcze bardziej radykalnych, jak ta jedynego urodzonego w Polsce deputowanego Daniela Kawczynskiego, która ogranicza rachunek za brexit do 19,5 mld funtów (zamiast uzgodnionych z Unią 39 mld).

Ale Bercow przystał na poddanie pod głosowanie poprawki laburzystów, która uniemożliwia wyjście Wielkiej Brytanii z Unii bez żadnego porozumienia. Gdyby przeszła (co wydawało się bardzo prawdopodobne), załamałby się cały plan May wymuszenia strachem zgody Westminsteru na jej propozycję. Jeszcze w poniedziałek szefowa rządu ostrzegała, że alternatywą dla jej propozycji jest „chaos", który doprowadzi do oderwania się Szkocji od Zjednoczonego Królestwa i zjednoczenia Irlandii. Wówczas Elżbieta II panowałaby już tylko nad Anglią i Walią, obszarem mniejszym niż połowa Polski.

– Ta Izba nie może zachowywać się jak chłopcy w piaskownicy. Decydujemy o losie ludzi. Chodzi o niezwykle złożony dokument prawny, którego nie da się zastąpić prostą deklaracją – apelował Cox.

Ale, to charakterystyczne, charyzmatyczny prawnik bardziej niż do opozycji, która znajdowała się przed nim, zwracał się do własnych szeregów, deputowanych siedzących za jego plecami. „Guardian" oceniał bowiem, że nawet 100 spośród 317 deputowanych torysów szykowało się do odrzucenia porozumienia proponowanego przez May, co rozstrzygałoby o losie dokumentu. A niewielu posłów konserwatywnych z entuzjazmem broniło umowy rozwodowej. – Będę głosował za, bo alternatywą jest rzeczywiście chaos. Ci, którzy uważają, że backstop jest tajnym spiskiem Unii, aby utrzymać Wielką Brytanią w swojej orbicie, ulegli jakiejś paranoi – tłumaczył Kenneth Clarke, weteran brytyjskiej polityki (był ministrem jeszcze za Margaret Thatcher) i chyba najbardziej przychylny integracji deputowany Izby Gmin.

Torysi stracili natomiast nadzieję na złamanie muru opozycji: spodziewano się, że wszyscy laburzyści, ale także deputowani m.in. Liberalnych Demokratów i Szkockiej Partii Narodowej, odrzucą porozumienie. Według mediów tylko jeden poseł Partii Pracy miał poprzeć May.

„Guardian" szacował, że umowę poprze 239 deputowanych, a odrzuci ją 400. To różnica 161 posłów, tylko nieco mniejsza od upokorzenia, jakiego doznał Ramsey McDonald w 1924 r. (166 głosów), ale większa niż klęska Jimiego Callaghana z 1979 r. (89 posłów).

May za plecami Coxa

W trakcie debaty Theresa May siedziała cicho za plecami Coxa – sygnał, jak bardzo premier straciła kontrolę nad przebiegiem procesu brexitu na rzecz parlamentu. Zaraz po ewentualnym odrzuceniu umowy rozwodowej lider laburzystów Jeremy Corbyn chciał zresztą przeprowadzić głosowanie nad wotum nieufności wobec szefowej rządu. Ale szanse, że zyska on większość w Izbie Gmin, były niewielkie.

Koalicja przeciw umowie rozwodowej zgromadziła posłów przeciwnych planowi May z dwóch różnych powodów: bo zbyt wiąże na przyszłość Wielką Brytanię z Unią lub bo wiąże ją za mało. Ale nawet sceptyczni wobec May torysi wcale nie mają zamiaru doprowadzić do przedterminowych wyborów, w wyniku których mogą oddać władzę. Podobnie mało prawdopodobne jest, aby już na tym etapie udało się zbudować większość na rzecz rozpisania nowego referendum w sprawie członkostwa w Unii.

We wtorek wieczorem najbardziej prawdopodobne wydawało się więc, że zgodnie z wcześniej już przyjętą uchwałą parlamentu May dostanie trzy dni na przedstawienie alternatywnego scenariusza brexitu. Być może jeszcze w tym tygodniu poleci do Brukseli, aby próbować uzyskać jakieś ustępstwa od Unii, choć taka strategia już dwukrotnie zakończyła się upokarzającą dla Brytyjki odmową.

W zgodnej opinii ekspertów 74 dni, jakie pozostały do zakładanego terminu brexitu (29 marca), to za mało, aby parlament miał fizycznie czas na przyjęcie choćby podstawowych aktów prawnych, które pozwoliłyby na uniknięcie gospodarczej katastrofy (odrzucenie planu May oznacza także, że nie będzie okresu przejściowego, który miał trwać do końca przyszłego roku).

Jest więc coraz bardziej prawdopodobne, że data wyjścia z Unii zostanie odłożona. Zgodnie z art. 50 traktatu o UE musi o to wystąpić May. Do tej pory, zgodnie ze strategią „strachu", premier to wykluczała. Ale w poniedziałek po raz pierwszy powiedziała jedynie, że taka inicjatywa „nie wydaje jej się konieczna".

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA