fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Berlinale

Berlinale: Bezpieczeństwo wielkiego miasta

Lone Sherfing (czwarta od lewej) w Berlinie z aktorami „Uprzejmości nieznajomych”
AFP
Pokazem „Uprzejmości nieznajomych” duńskiej reżyserki Lone Scherfig rozpoczął się 69. Festiwal Filmowy w Berlinie.

– Zawsze wiedziałam, że akcja tego filmu musi się toczyć w Nowym Jorku – mówi duńska reżyserka Lone Scherfig i dodaje, że bardzo pilnowała, by jej amerykański film nie miał w sobie nic „hollywoodzkiego”.

Nowy Jork to moloch tętniący życiem, mający własny rytm i charakter. Różnorodny, zapędzony. Metropolia, która nigdy nie śpi, z tragedią 11 września 2001 roku w pamięci, ale nastawiona na przyszłość. I z europejskim snobizmem na sztukę.

Tak też to miasto jawi się młodej kobiecie, która z dwoma synami przyjeżdża i na moście zawieszonym nad East River uśmiecha się: „Manhattan! Zawsze marzyłam, żeby tu być. Ale Nowy Jork w filmie Lone Scherfig to nie tylko 5th Avenue i Broadway. Dunka trafia z kamerą do New York Public Library i do jadłodajni dla bezdomnych.

Nietypowi bohaterowie

Bohaterami jej opowieści nie są bowiem młodzi yuppies ani biznesmeni mieszkający w apartamentach za dwa miliony dolarów, lecz ludzie samotni, zagubieni, często niedający sobie rady z codziennością.

Clara, która w pierwszej chwili wydaje się turystką chcącą pokazać dzieciom Manhattan, szybko okazuje się zdesperowaną kobietą, która z synami uciekła od męża tyrana i domowej przemocy. Alice to pielęgniarka, terapeutka amatorka wciąż zajmująca się innymi, a rzadko myśląca o sobie. Kiedy ktoś rzuci jej uwagę: „Pewnie nikt cię nigdy nie kochał”, po jej policzku spłyną łzy.

Jeff z kolei to młody chłopak, bez zaplecza, zawodu i pomysłu na życie, próbujący znaleźć pracę, ale też swoje miejsce w świecie. Niepozorny, bardzo zwyczajny, ufa ludziom, nieraz się na nich zawodząc.

Mark, facet o trudnej przeszłości, odsiedział cztery lata, biorąc na siebie zbrodnię popełnioną przez brata narkomana. Wyciągnięty po jego śmierci z więzienia przez prawnika, chce zacząć życie od nowa i angażuje się jako menedżer do rosyjskiej restauracji. Jej właściciel Timofiej, potomek rosyjskich emigrantów, urodził się już w Stanach, ale mówi z rosyjskim akcentem, żeby lepiej szedł interes. A adwokat, który prowadził sprawę Marka, ma dobry zawód, ale i tak jest nieszczęśnikiem z niską samooceną.

– Ci bohaterowie siedzieli w mojej głowie od dawna – przyznała na konferencji w Berlinie Lone Scherfig. – Pisałam, robiłam notatki, aż wreszcie ich losy zaczęły się powoli łączyć w jedną historię. Teraz razem trafili na ekran.

Wszyscy oni spotykają się w rosyjskiej restauracji. Tworzą mieszankę ludzi o różnym pochodzeniu i społecznym statusie. Nie wpisują się w amerykański sen, są jakby na marginesie tego fantastycznego, zapędzonego miasta. Ale przecież stają się dla siebie ważni.

– Chciałam opowiedzieć o miłości. Nie tylko kobiety i mężczyzny. Także matki i dzieci. Biznesmena i jego pracowników. A przede wszystkim obcych ludzi, którzy są w stanie okazać sobie nawzajem zainteresowanie i pomoc.

Wszystko to brzmi przekonująco i ciekawie. Niestety film rozczarowuje. Scenariusz jest denerwująco niedopracowany, główna bohaterka kradnąca w sklepach ubrania i wynosząca dla dzieci z przyjęć ciasteczka, choć nieszczęśliwa i przestraszona, sprawia wrażenie przeraźliwie głupiej i naiwnej.

Drogi bohaterów krzyżują się zaś tak, jakby mieszkali w małej wiosce, nie na Manhattanie. Nieprzekonujący jest też wątek męża Clary, policjanta tyrana, i mieszkającego na Manhattanie jego ojca.

Jednego Lone Scherfig nie można odmówić. Duńska reżyserka wie, że wszyscy potrzebujemy dzisiaj nadziei. Wiedziała to już wtedy, gdy w 2000 roku na festiwalu berlińskim zdobyła Srebrnego Niedźwiedzia za „Włoski dla początkujących”. Opowiadał wówczas o ludziach, którzy szukają bliskości, i o sile przyjaźni. Teraz mówi o tych, którzy nie są obojętni na los innego człowieka, nawet nieznajomego.

– Zdaję sobie sprawę, że to banalne, ale w kinie powinno się przypominać o dobroci i bezinteresowności – twierdzi. – Dlatego chciałam zrobić film, który będzie oddziaływał przede wszystkim na emocje.

Czekając na odkrycia

Początek festiwalu, choć niespecjalnie udany, jest zatem znaczący. Dyrektor Berlinale Dieter Kosslick dokonał świadomego wyboru. Jak stwierdził, chciał pokazać ludzi, którzy próbują znaleźć poczucie bezpieczeństwa w wielkim mieście i znajdują je wśród nieznajomych.

A po pierwszych zapowiedziach można się zorientować, że następne obrazy świata będą już znacznie bardziej przygnębiające.

W wielu filmach uznani twórcy pytają o kłamstwo w życiu społecznym i politycznym, próbują zrozumieć genezę zła, pokazać niepokoje, które targają społeczeństwami. Szukają odpowiedzi na trudne pytania w przeszłości, jak choćby Agnieszka Holland w „Mr Jonesie” – historii walijskiego dziennikarza, który w 1933 roku nielegalnie pojechał na Ukrainę i wbrew komunistycznej propagandzie opisał Wielki Głód, który zabrał wówczas 3–6 mln osób.

Bohaterem filmu Fatiha Akina „The Golden Glove” jest seryjny morderca Fritz Honka, który w latach 1971–1975 dusił i ćwiartował prostytutki z dzielnicy czerwonych latarni w Hamburgu. Reżyserzy z Chin Zhang Yimou i Wang Xiaoshuai w filmach „One Secnd” i „So Long My son” rozliczają się z traumą rewolucji kulturalnej. Wagner Moura z kolei proponuje „Maringhellę” o pięciu ostatnich latach życia brazylijskiego pisarza Carlosa Maringhelli (1911–1969), który występował przeciwko dyktaturze, stając się wrogiem państwa.

Społeczne tło mają „Opowieści o trzech siostrach”, w których Emin Alper portretuje kobiety, które nie są w stanie uciec przed swoim losem wyznaczonym przez patriarchalne otoczenie, ale mają siebie, swoją miłość i lojalność. Film Francois Ozona „By the Grace of God” to mocna historia o pedofilii w Kościele, o losie emigranta w Paryżu opowiada Nadiv Lapid w „Synonymes”.

Pokazom na Berlinale nie będzie w tym roku towarzyszyła parada gwiazd. Praktycznie tylko na pozakonkursową projekcję „Vice” zjadą amerykańskie sławy z Christianem Balem na czele. Ale za to – jak się wydaje – kończący po 18 latach związki z festiwalem dyrektor Dieter Kosslick znów zaprosił do konkursu ważne filmy, których autorzy naszkicowali na ekranie pełną goryczy panoramę współczesnych niepokojów i zagrożeń.

I może dobrze, że na początek Lone Scherfig zaaplikowała widzom dawkę nadziei. Naiwnej, ale potrzebnej.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA

REDAKCJA POLECA

REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA