Za miesiąc w Johannesburgu i Kapsztadzie mecze otwarcia mistrzostw świata. Najbardziej niezwykłych od dawna. Pierwszych w Afryce i pierwszych w zimie. Rozgrywanych na pocztówkowych stadionach, z których większość ma w tle góry albo wodę.

W miastach o bajkowych nazwach: Fontanna Kwiatów (Bloemfontein), Bezpieczne Miejsce (Polokwane), Miasto Odpoczynku (Rustenburg). W kraju trzech stolic, 11 oficjalnych języków i podziałów nie do zasypania.

Tam, gdzie ludzie na co dzień odgradzają się od siebie murami i drutem kolczastym, transport publiczny dotąd właściwie nie istniał, a większości mieszkańców nie byłoby stać na bilety, gdyby nie specjalne ceny ustalone przez FIFA.

Będzie to też, o czym się często zapomina, turniej rozgrywany na wysokościach dla Europejczyka niezwykłych. Ze słynnych stadionów Europy najwyżej położony jest madrycki Santiago Bernabeu, ok. 600 m nad poziomem morza. Większość mundialowych w RPA leży powyżej 1200 m, a dwa w Johannesburgu aż na 1800 m n.p.m., czyli pół kilometra wyżej niż Morskie Oko.

Bramkarze po ubiegłorocznym Pucharze Konfederacji narzekali, że w rozrzedzonym powietrzu piłki inaczej fruwają. Jak do tego dodać temperaturę sięgającą zera w porze meczów i podmokłe boiska – czerwiec i lipiec to nie jest w Afryce pora na futbol, raczej styczeń i luty – może być ciekawie.

I na tym właściwie koniec wyjątkowości. Na więcej FIFA nie pozwoli. Mundial, jak hamburger i cola, podany może być różnie, ale recepturę ma mieć wszędzie taką samą. Inaczej ludzie tego nie kupią, tak przynajmniej uważają władze futbolu. Im dalej w historię turniejów, tym uniformizacja większa. Dziś właściwie gospodarz nie tyle przygotowuje mistrzostwa, ile teren, na którym finały mogą wylądować, a razem z nimi lądują zastępy zagranicznych specjalistów, menedżerów, marketingowców. Teraz mistrzostwa są w Afryce, ale gdyby kiedyś trafiły na Księżyc, to procedury będą takie same.

Swoboda działania gospodarza jest ograniczona, a jeśli to jest gospodarz niezamożny i egzotyczny, jak RPA, to swobody właściwie nie ma. Sponsorom i telewizjom najbardziej podobają się te mistrzostwa, które już kiedyś widzieli. A szefom FIFA podoba się wtedy, gdy podoba się sponsorom i telewizjom. Niby to samo poznajemy właśnie z pierwszej ręki. Dokładnie tak działa UEFA, szykując u nas Euro 2012. Tyle że ona stawia sprawę otwarcie: dostaliście mistrzostwa, bo jesteście dla nas nowym rynkiem zbytu, musicie robić, co wskażemy.

UEFA wręcz się tym biznesowym podejściem szczyci. A FIFA przebiera się za misjonarza, który przywozi Afryce lepszą przyszłość, a zarabianiem się brzydzi. O pieniądzach, zgodnie z retoryką władz futbolu, myślą tylko zepsuci właściciele klubów, przede wszystkim w Anglii.

Dla FIFA liczy się, żeby piłka nożna kwitła, a ludziom żyło się dostatnio. – Futbol spłaca swój dług wobec Afryki. Dzięki mundialowi przeciętny Afrykanin poczuje, że jego życie się poprawiło. Piłka i ten kontynent to zawsze była love story, teraz przyszła pora na wesele – jak lubi mówić Sepp Blatter. Ale jak się przyjrzeć podziałowi pieniędzy, to niewiele się różni od wesela w Niemczech cztery lata temu, gdy futbol żadnych długów nie spłacał.

Autopromocja
30 listopada, godz. 12.00

Kto zdobędzie Zielone Orły "Rzeczpospolitej"?

Sprawdź szczegóły

Mundial to dla FIFA główne źródło utrzymania, pieniądze dostaje z praw telewizyjnych i umów sponsorskich. Lokalny komitet organizacyjny zachowuje dla siebie wpływy z biletów, czyli źródła tym razem niepewnego, bo wciąż niesprzedanych jest wiele wejściówek na mecze poza metropoliami, takimi jak Johannesburg czy Kapsztad.

Oczywiście, Afryka na mundialu zyska, choćby dzięki promocji, bo zapewne wbrew panicznym doniesieniom będzie to turniej nieźle zorganizowany i bezpieczny. Zyska też na programach charytatywnych, w których się prześcigają FIFA i jej sponsorzy.

Te programy mają sięgnąć 70 mln dolarów (dochód z turnieju – 2 mld): "Zwycięstwo w Afryce", czyli rozwój bazy piłkarskiej, "Woda dla szkół", "Futbol niesie nadzieję", czyli 375 dolarów za każdą bramkę na turnieju od FIFA i jej partnerów. Ale jest w tym coś protekcjonalnego. Jak z biletami dla robotników budujących stadion – dostaną teraz za darmo po dwa, ale gdy wcześniej strajkiem próbowali wywalczyć podwyżki płac, to ich wyrzucano z pracy.

Albo jak z plastikowymi trąbkami, z którymi się w Afryce chodzi na mecze: jak vuvuzele ryknęły na Pucharze Konfederacji, goście z Europy zaczęli wybrzydzać, że niby lokalny koloryt, pięknie, ale lepiej każcie im je zostawić w domu, bo nas uszy bolą.

Łatwiej jest wzniośle mówić i machać milionami dolarów pomocy przed kamerą, niż traktować Afrykę jak partnera i robić z nią biznes. Unia Europejska to przerabia na co dzień, a teraz FIFA od święta. Wystarczy spojrzeć na jej kontrakty.

Prawa do produkcji pamiątek z logo MŚ 2010 FIFA sprzedała firmie Global Brands Group z Singapuru, będą powstawały w chińskich fabrykach. Pakiety dla VIP -ów, ale też miejsca w hotelach, sprzedaje pośrednik ze Szwajcarii MATCH Hospitality (jego udziałowcem jest Infront, spółka kierowana przez Philippe'a Blattera. Z tych Blatterów – bratanek Seppa).

W obsłudze informatycznej pomoże indyjski Satyam, koncerty zorganizuje firma z USA, nawet diamentową biżuterię z logo World Cup robi firma z Kolumbii. Związek zawodowy Suwatu, jeden z dwóch największych w RPA (wczoraj zaczął zapowiadany wcześniej strajk pracowników transportu, żądających podwyżek płac), kilka razy głośno atakował FIFA za takie decyzje, ale bez efektu. Za miesiąc będzie tak jak na innych turniejach. Zastawa od gospodarza, składniki z całego świata, przepis FIFA. Potrawa na pewno będzie wyborna. Tylko od sosu trochę mdli.