Reklama
Rozwiń
Reklama

Maszyny do confetti nie odpalono

- Wybory utrudniły trwałe zdominowanie sceny politycznej przez PO – mówi „Rz” socjolog

Publikacja: 07.07.2010 03:15

Maszyny do confetti nie odpalono

Foto: ROL

[b]Rz: Czy będzie przemeblowanie w polskiej polityce po tych wyborach?[/b]

[b]Tomasz Żukowski, socjolog:[/b] Oczywiście. Nie będę się spierał, czy jest to jakościowa czy ilościowa zmiana. W każdym razie jest to zmiana ważna.

[b]Na czym polegająca?[/b]

Te wybory unieważniły, a w każdym razie bardzo utrudniły, trwałe zdominowanie sceny politycznej przez jeden obóz, wielonurtową PO.

[b]Wielonurtową, czyli jaką?[/b]

Reklama
Reklama

Taką jak na przykład meksykańska Partia Rewolucyjno-Instytucjonalna albo włoska chadecja sprzed lat. Z bardzo rozbudowanym centrum i frakcjami prawicową i lewicową. To utrudnia, a nawet uniemożliwia, powstanie silnej konkurencji. Może być wówczas co najwyżej dwóch słabych partnerów. Przed wyborami zdawało się, że będą nimi SLD i osłabione PiS. Taką próbę zdominowania podejmowano w polskiej polityce już kilka razy.

[b]Kiedy?[/b]

Najbliżej realizacji tego scenariusza był Aleksander Kwaśniewski po wyborach w 2000 r. Gdy ponownie wygrał, już w I turze. Ten plan rozsypał się jednak po konflikcie Kwaśniewski – Miller i po aferze Rywina. 

[b]Wróćmy więc do tu i teraz...[/b]

Te wybory prezydenckie mogły dominację Platformy Obywatelskiej pogłębić, gdyby  kandydat tej partii wygrał  bezproblemowo. Najlepiej w I turze. Z tego powodu Platformie tak zależało na zwycięstwie 20 czerwca.

[b]Właściwe dlaczego?[/b]

Reklama
Reklama

Wtedy uruchomiony zostałby kalendarz, jak wszystko na to wskazuje, trzech szybkich wyborów. Bo także samorządowych i parlamentarnych. PO zdobyłaby wszystkie wielkie miasta i sejmiki wojewódzkie. I to być może samodzielnie. To był plan strategiczny Platformy, opisywany i omawiany przez wielu obserwatorów. 

[b]I co się stało?[/b]

Maszyna do wystrzeliwania confetti nie została odpalona. Ściągnięto ją do sztabu Komorowskiego na I turę. Ale nie było jej wtedy po co odpalać. I nie zrobiono tego także w ostatnią niedzielę. Sztabowcy PO nie byli pewni, czy prognoza OBOP jest trafna. Nikt zresztą nie był tego pewien.

[b]A mówiąc bardziej poważnie?[/b]

PO ten scenariusz hegemonii może po tych wyborach  jednak jeszcze próbować realizować. Choć nie zalecam.

[b]Dlaczego pan nie zaleca?[/b]

Reklama
Reklama

Bo to nie jest dobry scenariusz z punktu widzenia demokracji. I jednocześnie będzie zapewne nieskuteczny. Jarosław Kaczyński zdobył prawie 8 mln głosów, tylko trochę mniej niż jego brat pięć lat temu. Odwrócił tendencję. Nie do tego stopnia, żeby wygrać, ale na tyle, aby zostało to przez wszystkich zauważone. I przez wyborców, i polityków lokalnych. I kolejna sprawa: od 2005 r. do niedawna większy potencjał zawierania różnych koalicji miała PO. Teraz ma go PiS.

[b]Większy? Chyba obie partie mają taki sam?[/b]

PO w tej konkurencji – kluczowej dla rządzenia – traci. A PiS zyskuje. Jeśli uznamy, że do wyniku Komorowskiego przyczyniła się większość wyborców SLD, a do wyniku Kaczyńskiego większość wyborów PSL i mniejszość wyborców SLD, to wychodzi mniej więcej po równo. PiS może zatem podejmować współpracę i z PSL, i z SLD.

A PO straciła też możliwość zamienienia w taką sojuszniczą przystawkę SLD. To było możliwe zapewne przy Olejniczaku i Kaliszu, ale nie jest możliwe przy Napieralskim. On odrzucił nieuchronność tego scenariusza. I wykazał dużo energii w kampanii, by udowodnić, że ma rację. To mu przyniosło niezły wynik.

[wyimek]Platforma może jeszcze próbować zrealizowaćscenariusz hegemonii[/wyimek]

Reklama
Reklama

[b]To jest tak „różowo” z pana punktu widzenia, bo przecież był pan doradcą prezydenta Lecha Kaczyńskiego...[/b]

PO ma teraz przed sobą trzy scenariusze.

[b]Pierwszy?[/b]

Próba powrotu do hegemonii poprzez przyspieszenie kalendarza politycznego. Choćby poprzez szybkie przeprowadzenie wyborów samorządowych, być może wspólnie z parlamentarnymi.

[b]Premier powiedział w wieczór wyborczy, że nie można Polakom tak ciągle fundować wyborów.[/b]

Reklama
Reklama

Można powiedzieć, że teraz jeszcze robimy wybory, a następne będą dopiero za cztery lata. I przez te 1500 dni będzie zgoda i wreszcie zrobimy reformy. Pojawić się też mogą argumenty dodatkowe, że będzie taniej, że nie będzie wyborów w takcie naszej prezydencji w UE itp. Byłaby to gra na wykorzystanie mobilizacji wyborców z kampanii prezydenckiej.

[b]Ten wiatr mobilizacji wieje w obie strony, także dla PiS.[/b]

Może i tak. Ale wszystko wskazuje, że dla PO za rok będzie trudniej, a za dwa lata jeszcze trudniej. Bo zła koniunktura, bo koszty reform.

[b]Drugi scenariusz?[/b]

Uzyskanie hegemonii poprzez zdominowanie  demokratycznych instrumentów władzy. Jeden obóz instrumentuje reguły gry. Czyli np. wycofanie się z finansowania partii z budżetu, podporządkowanie sobie mediów publicznych i – co ważniejsze – komercyjnych. Jeśli PO zdecyduje się na wariant dążenia do osiągnięcia przewagi instytucjonalnej, będzie chciała „grać” w to długo.

Reklama
Reklama

[b]Jakie byłyby konsekwencje?[/b]

Chodzi o to, by wybory parlamentarne odbyły się jak najpóźniej.

[b]A trzeci scenariusz?[/b]

Byłoby to funkcjonowanie dwóch równorzędnych obozów postsolidarnościowych. PO przyjęłaby do wiadomości, że taki podział się stabilizuje.

[b]Jak to „przyjęcie do wiadomości” miałoby wyglądać?[/b]

PO świadomie samoogranicza się na swoim prawym skrzydle, a równocześnie powstrzymuje możliwość powrotu do pierwszej ligi SLD. Oznaczałoby to, że PO staje się formacją bardziej centrową niż centroprawicową, z silnym skrzydłem lewicowym. Oczywiście bardziej liberalnym niż socjalnym. Wtedy PO mogłaby mieć sympatię mediów komercyjnych bez konieczności ich podporządkowywania.

[b]To chyba jakiś księżycowy scenariusz.[/b]

To się w pewnym stopniu zaczęło już dziać. Pomiędzy I a II turą 2 proc. wyborców Kaczyńskiego przeszło do Komorowskiego. Ale w tym samym czasie 4 proc. wyborców Komorowskiego poparło Kaczyńskiego.

Może więc scena polityczna ułożyć się w ten sposób, że PiS stanie się dużą republikańską partią centroprawicową. Społeczną, ze skrzydłem konserwatywno-liberalnym. O możliwości takiej przemiany świadczy umieszczenie na pierwszej linii frontu Pawła Poncyljusza, Joanny Kluzik-Rostkowskiej i kilku innych osób.

[b]A Platforma?[/b]

Zajmuje się ograniczeniem ekspansji Napieralskiego. W ten sposób mamy dwie partie postsolidarnościowe, a lewica pozostaje trwałym elementem na poziomie powiedzmy 15 proc. Ten scenariusz nie jest specjalnie wydumany, bo działa z powodzeniem od kilkudziesięciu lat w takim kraju jak Irlandia.

[b]Co by to oznaczało?[/b]

Że Polska na pięć – dziesięć lat staje się względnie stabilna. Obie formacje mogą znaleźć wspólny język. Tak było przecież w latach 2005 – 2006. Przypomnę: wspólne głosowanie w kilku kwestiach gospodarczych, przy powołaniu CBA, rozwiązaniu WSI. Jedyny z PO, który się wyłamał, jest teraz prezydentem. Ale wtedy był w tym głosowaniu osamotniony. Ten trzeci wariant osobiście preferuję, bo jestem zwolennikiem pluralizmu.

Wydarzenia
Nowy START podpisany
Wydarzenia
USA idą na rękę Rosji
Wydarzenia
Szpiegu, szpiegu, chodź na tortury!
Wydarzenia
Poznaliśmy nazwiska laureatów konkursu T-Mobile Voice Impact Award!
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama