Maria Kaczyńska była dla mnie niezwykłym wzorem, a zarazem moim najlepszym przyjacielem spośród wszystkich pierwszych dam, które znałam. Strasznie będzie mi jej brakować – tak jak milionom ludzi w Polsce, w Gruzji i innych krajach.
Maria była niezwykłą kobietą: dzielna, optymistyczna, uprzejma, cicha, skromna i dowcipna. Wzorowa żona, matka, babka i pierwsza dama. Zaangażowana społecznie, w działalność charytatywną. Kochająca sztukę, promująca rolę i prawa kobiet w społeczeństwie – takich, które łączą życie rodzinne z zawodowym, przyjmują zdrowy styl życia i otaczają mężów oraz dzieci miłością i opieką.
Wraz ze swym mężem Lechem, którego stale wspierała i któremu towarzyszyła wszędzie, gdzie tylko mogła, Maria stoczyła długą walkę o niepodległość, wolność i lepszą przyszłość dla Polski, kraju, który obydwoje tak kochali, któremu służyli i za który gotowi byli umrzeć.
I potem nagle... Ten czarny dzień historii, 10 kwietnia 2010 roku. Znalazła się w środku metalowej trumny, otoczona przez dym i ogień. Zginęła wspólnie ze wszystkimi wspaniałymi ludźmi, którzy dzielili ich szlachetną misję i patriotyzm. I wkrótce potem świat usłyszał dramatyczną i niewiarygodną wiadomość o ich śmierci.
Ostatni raz widziałam ją zaledwie kilka tygodni temu w Warszawie, gdy otwierała odnowione Muzeum Fryderyka Chopina i gdzie my – razem z jej prawą ręką Izabelą Tomaszewską, która też straciła życie w tej tragedii – słuchaliśmy cudownych melodii Chopina granych przez Daniela Barenboima, Jewgienija Kissina i zwłaszcza przez podziwianego przez nią szczególnie Garricka Ohlssona. Ubrane w nasze galowe suknie powiedziałyśmy sobie "do widzenia", wiedząc, że spotkamy się znów za dwa miesiące, na konferencji. Ale tak się nie stanie...