Wszystko zaczęło się na drodze numer 12 łączącej miasto Beer Szewa z popularnym kurortem Ejlat nad Morzem Czerwonym, na samym południu Izraela. Droga ta przebiega wzdłuż granicy z Egiptem. W pewnym momencie autobus linii 392 zaczął wyprzedzać samochód osobowy. Z jego okien wysunęli się dwaj mężczyźni z bronią maszynową i otworzyli ogień w stronę pasażerów.
– Rozmawiałem właśnie z facetem, który siedział koło mnie, gdy usłyszeliśmy strzały. Natychmiast rzuciliśmy się na podłogę. Wszędzie latały kawałki rozbitego szkła. Zorientowaliśmy się, że wśród nas są ranni – relacjonował jeden z pasażerów. W autobusie znajdowali się głównie turyści i żołnierze, którzy na weekend wracali z koszar do domów.
Obrażenia odniosło dziesięć osób. Nikt nie zginął tylko dlatego, że kierowca zachował zimną krew. Nie zatrzymał autobusu – choć kilka kul przebiło przednią szybę – wcisnął pedał gazu i udało mu się dotrzeć do najbliższego posterunku. Gdy na miejsce przyjechały samochody z izraelskim wojskiem, doszło do serii eksplozji. Nie jest jasne, czy wybuchły bomby pozostawione w miejscu zasadzki przez napastników, czy były to pociski moździerzowe wystrzelone z terytorium Egiptu.
Eksplozje opóźniły jednak pościg za napastnikami. Zdołali oni przejechać 20 kilometrów i zaatakować jeszcze jeden izraelski autobus oraz samochód osobowy. Tym razem w stronę pojazdów odpalili między innymi pocisk z wyrzutni przeciwpancernej. W tym ataku zginęło co najmniej siedem osób. Kilkadziesiąt trafiło do pobliskich szpitali z mniej lub bardziej poważnymi obrażeniami. Wśród zabitych jest co najmniej jeden żołnierz. Gdy zamykaliśmy to wydanie „Rz", nie było wiadomo, czy w ataku ranni zostali jacyś zagraniczni turyści.
Wojsko urządziło natychmiast obławę, nad miejsce ataku przyleciały śmigłowce bojowe. Jak informowały izraelskie media, samochód z terrorystami został osaczony na jednej z dróg. Doszło do wymiany ognia, w wyniku której wszyscy napastnicy zostali zastrzeleni. Władze nie były jednak pewne, czy mordercy z samochodu działali sami.