To efekt chaosu, który panuje w przygotowaniach miasta do śmieciowej rewolucji.

Jest już pewne, że do końca czerwca ratusz nie zdąży rozstrzygnąć przetargu na firmy, które odbiorą śmieci od mieszkańców. A wówczas chce podpisać umowy z wolnej ręki z tymi firmami, które dostaną najwięcej punktów w poszczególnych sektorach. Tyle że według najnowszej wykładni Ministerstwa Środowiska samorządy nie mają prawa podpisywać takich umów. „Nie ma możliwości udzielenia zamówienia w trybie z wolnej ręki na odbieranie odpadów komunalnych w przypadku, gdy do 1 lipca nie dojdzie do rozstrzygnięcia przetargu" – ostrzega resort.

A jeśli urzędnicy nie zdążą, właściciele nieruchomości sami muszą zapewnić odbiór śmieci na swoich posesjach – uważa resort. Mieszkańcy zapłacą za to z własnej kieszeni, a następnie powinni domagać się od urzędu zwrotu.

Jeśli miasto nie zdąży z przetargiem, za wywóz śmieci zapłacimy sami

Już w lipcu trzeba też uiścić pierwszą opłatę śmieciową (niezależnie od tego, czy gmina jest przygotowana, czy nie), zatem w pierwszych dniach rewolucji zapłacimy podwójnie.

Od trzech dni Krajowa Izba Odwoławcza wysłuchuje argumentów firm, które zaskarżyły warszawski przetarg na śmieci, m.in. zarzucając miastu ustawienie go pod miejską spółkę MPO. Swoje wątpliwości przedstawiły już firmy Partner, Byś i Sita. Dziś przed KIO stanie jeden z gigantów w branży – Remondis – jego skarga zawiera 90 stron zarzutów.

– Jeśli nasze zastrzeżenia nie zostaną uwzględnione przez miasto, zawiadomimy Komisję Europejska o tym, jak stolicy Polski zależy na nowoczesnych metodach gospodarki odpadami – zapowiadają już przedstawiciele firm skarżących.

Według nich ratusz tak sformułował specyfikację przetargową, że Miejskie Przedsiębiorstwo Oczyszczania dostałoby najwięcej punktów za posiadanie własnych instalacji.

Kryteria przetargu to w 55 proc. cena, a w 45 proc. proekologiczne samochody i własne zakłady przeróbki odpadów.

Autopromocja
Wyjątkowa okazja

Roczny dostęp do treści rp.pl za pół ceny

KUP TERAZ

MPO ma własną spalarnię odpadów (niedawno przejętą od miasta), kompostownię, zakład zajmujący się stabilizacją odpadów zmieszanych. Co ciekawe – firma Byś, która ma w stolicy prywatną nowoczesną sortownię odpadów, a jej działania dla ekologii są doceniane w kraju (m.in. nominacja do tegorocznej nagrody prezydenta Bronisława Komorowskiego), nie dostanie za swoją instalację... żadnego punktu w przetargu.

– Tym sposobem MPO, które miele śmieci i prymitywnie składuje je pod plandekami, co się nazywa stabilizowaniem, może zaproponować wysoką cenę i wygra dodatkowymi punktami, a my nawet z ceną na granicy dumpingu i efektywnym odzyskiem surowców przegrywamy – mówi Monika Byśkiniewcz, współwłaścicielka firmy Byś.

Dlaczego ratusz „wyciął" Bysia? Dyrektor Biura Gospodarki Odpadami Piotr Karczewski tłumaczy, że miastu zależy na odzysku surowców przy segregowaniu śmieci u źródła, a nie dopiero z odpadów zmieszanych. – Każdy przedsiębiorca mógł się przygotować do rewolucji śmieciowej podobnie. Założenia ustawy znane były nie tylko MPO – ocenia dyrektor Karczewski.

Przedsiębiorcy snują spiskową teorię, że w interesie ratusza byłoby, gdyby Byś zbankrutował, MPO mogłoby wtedy chcieć przejąć zakład za bezcen od komornika.

Orzeczenia KIO w sprawie warszawskiego przetargu należy się spodziewać najwcześniej za tydzień. Ratusz po raz kolejny przesunął termin składania ofert na 19 czerwca.