Jeśli dziś spojrzeć na armie Ukrainy i Federacji Rosyjskiej, są to zupełnie inne armie, niż te, które walczyły w 2022 r., w pierwszym roku pełnoskalowej inwazji. Choć nie ma pełnych oficjalnych danych, to można szacować, że zdecydowanie ponad połowa, a nawet więcej walczących, nie brała udziału w pierwszych dniach wojny. Tych, którzy polegli, zostali ranni albo odeszli z armii, zastąpili ochotnicy i rezerwiści. Choć szkolenie piechura to w dzisiejszych realiach zaledwie kilka tygodni, łatwiej i prościej jest szkolić w czasie pokoju, a nie podczas wojny. Stare porzekadło wojskowe mówi, że choć wojnę zaczynają zawodowcy, to kończą rezerwiści.

Z tego artykułu dowiesz się:

  • Dlaczego obecny system szkolenia ochotników może nie sprostać przyszłym wyzwaniom obronnym kraju.
  • Z jakimi kluczowymi problemami, od infrastruktury po jakość, boryka się program szkolenia wojskowego w Polsce.
  • Jak zawieszenie poboru w przeszłości wpłynęło na obecną strukturę i średni wiek polskiej rezerwy.
  • Kiedy i w jakiej formie może powrócić obowiązkowa służba wojskowa oraz jakie są niewiadome tego scenariusza.

Zapaść w szkoleniu po zniesieniu poboru

Jak tworzymy w Polsce rezerwy? Z opracowania przedstawionego przez Biuro Bezpieczeństwa Narodowego wynika, że w latach 2005–2008 co roku w ramach Zasadniczej Służby Wojskowej do wojska trafiało prawie 80 tys. młodych mężczyzn, w uproszczeniu co czwarty w każdym roczniku. To ci ludzie i ich poprzednicy oraz żołnierze zawodowi, którzy odeszli w późniejszych latach, w dużej mierze stanowią dziś naszą rezerwę, której średni wiek to obecnie ok. 47 lat. W 2008 r. główne opcje polityczne zgodnie zagłosowały za zawieszeniem poboru, które de facto weszło w życie w 2009 r.

Lata 2010–2016 to, jeśli chodzi o szkolenie ochotników i nowych wojskowych, czas stracony. Oczywiście miało miejsce szkolenie żołnierzy zawodowych, ale temat rezerw i ochotników leżał zupełnie odłogiem. W tym czasie bywały lata, że nie odbywały się żadne szkolenia rezerwistów, a ochotników (nie mylić z żołnierzami zawodowymi) praktycznie nie przyjmowano. Dużą zmianą było utworzenie w 2017 r. Wojsk Obrony Terytorialnej. Ochotnicy w WOT służą w ramach Terytorialnej Służby Wojskowej. W 2021 r. przeszkolono tak ponad 20 tys. osób.

Czytaj więcej

Coraz więcej sygnałów o powrocie poboru. Armia szykuje się na wielkie zmiany

Z kolei w 2022 r. ustawa o obronie ojczyzny wprowadziła Dobrowolną Zasadniczą Służbę Wojskową, w ramach której ochotnicy mogą zgłosić się na szkolenie, które trwa od miesiąca (tzw. szkolenie podstawowe) do roku. To był prawdziwy przełom, ponieważ od 2023 r. co roku szkolimy ponad 50 tys. ludzi i w ten sposób budujemy rezerwę. Od 2017 r. w sumie od podstaw przeszkoliliśmy ponad ćwierć miliona ludzi.

Czy to dużo? Można zakładać, że w czasie wojny Wojsko Polskie z obecnych ok. 200 tys. będzie się musiało powiększyć do co najmniej 600 tys. żołnierzy. Trzeba więc będzie powołać co najmniej 400 tys. dodatkowych osób, a po kilku – kilkunastu miesiącach potrzebne będą kolejne setki tysięcy w celu rotacji.

Kiepska baza szkoleniowa

Choć wydźwignęliśmy się z zapaści, jeśli chodzi o ochotników i nowych ludzi pozyskiwanych do szkolenia wojskowego, to jednak wciąż jest co najmniej kilka poważnych problemów dotyczących trenowania nowych ochotników, ale też rezerwistów.

Po pierwsze, wciąż nie odbudowaliśmy bazy szkoleniowej. Wydaje się, że obecnie nie jesteśmy w stanie od podstaw dobrze przeszkolić więcej niż kilkadziesiąt tys. osób rocznie. I choć w ostatnich kilku latach kolejne rządy zwiększają inwestycje w infrastrukturę wojskową, to brakuje nam odpowiedniej liczby poligonów, instruktorów itd. Tym bardziej że z części infrastruktury korzystają np. nasi amerykańscy sojusznicy, a w niektórych miejscach szkoleni są żołnierze ukraińscy. Regularne szkolenie zawodowego Wojska Polskiego to już zupełnie inny problem.

Po drugie, choć szkolimy ok. 50 tys. osób, to nie wszyscy wśród nich są młodzi. Do DZSW zgłaszają się też ludzie starsi. Jeśli szkolimy np. 45-latka, to jego realna przydatność w wojsku to maksymalnie 15–20 lat. Siłą rzeczy 25-latek, może być powoływany do służby przez 20 lat dłużej.

Wreszcie problemem jest też to, że wg BBN ponad połowie szkolonych w ramach Dobrowolnej Zasadniczej Służby Wojskowej nie nadaje się specjalności wojskowej (np. celowniczy czy kierowca wybranego pojazdu). To oznacza, że są to ludzie wyszkoleni, ale raczej jest to wyszkolenie ogólnowojskowe, a nie specjalistyczne, co oznacza ich mniejszą przydatność w rezerwie.

Poza tym bardzo niewielu z tych, którzy kończą Dobrowolną Zasadniczą Służbę Wojskową, ma szansę zostać żołnierzem zawodowym.

Jest lepiej, ale temat poboru wraca

Gdzie więc jesteśmy, jeśli chodzi o szkolenie nowych ludzi? Na pewno jest lepiej, niż było 10 czy 15 lat temu. Ale nie zmienia to faktu, że w czasach zasadniczej służby wojskowej szkoliliśmy ok. 80 tys. „nowych” żołnierzy, a od trzech lat, mówiąc o dużej poprawie sytuacji, szkolimy zaledwie ok. 50 tys. żołnierzy ochotników w ramach Terytorialnej Służby Wojskowej (WOT) i Dobrowolnej Zasadniczej Służby Wojskowej.

Jakie jest rozwiązanie tego problemu? Niektórzy generałowie w służbie już wprost mówią, że przywrócenie poboru to nie jest kwestia „czy”, ale raczej „kiedy” i w „jakim kształcie”. Co ważne, w ostatnich kilku – kilkunastu miesiącach zmienia się do tego także podejście polityków. Jako pierwszy postulował to wprost Michał Dworczyk z Rozwoju Plus, ale ostatnio dołączył do niego także Sławomir Mentzen z Konfederacji, który napisał, że „powszechne szkolenia dla 19-latków trzeba przywrócić już teraz. A tak naprawdę, to trzeba ich było nigdy nie zawieszać”. Choć Ministerstwo Obrony Narodowej nie pracuje obecnie nad przywróceniem poboru, to np. wiceminister Magdalena Sobkowiak-Czarnecka „nie wyklucza takiej opcji” w przyszłości.

Realne wydaje się więc przywrócenie poboru za kilka lat, być może już w najbliższej kadencji Sejmu. Jednak, by to było możliwe, Wojsko Polskie musi odbudować swoje zdolności i infrastrukturę do szkolenia. Co ważne, obecnie nikt nie zna kosztów, jakie dla budżetu by generował pobór, ale też nikt nie obliczył, ile by to kosztowało naszą gospodarkę. Wyrwanie kilkudziesięciu tys. młodych ludzi na kilka miesięcy z rynku pracy ma swoją cenę. Niestety, rządzący nie są w stanie nam jej podać.