-Odchodzę i jest to moja suwerenna decyzja - przekonywał w piątek dziennikarzy. - Nic podobnego. Stoiber odchodzi, bo niespodziewanie i z hukiem pękł jego balon -głoszą zgodnie niemieckie media.
Balon przekłuła nikomu nieznana Gabriele Pauli, starościna z Fürth. -Czas pomyśleć o emeryturze - napisała przed rokiem na swej stronie internetowej, zwracając się do szefa CSU. O takiej bezczelności nikt jeszcze w Bawarii nie słyszał. Ludzie Stoibera przystąpili natychmiast do szukania haka na panią Pauli. - Może pije lub wdaje się w przelotne miłostki? - wypytywał partyjnych towarzyszy szef biura premiera Bawarii.
Sprawa trafiła do mediów. Był to początek końca wielkiej kariery Edmunda Stoibera. Do rezygnacji zmusili go wierni pretorianie, towarzysze partyjni i przyjaciele. - Jest mi z tego powodu niezmiernie przykro -przyznał niedawno.
Przez 14 ostatnich lat rządził Bawarią, a przez dziewięć CSU, ostoją niemieckiego konserwatyzmu. - Konserwatyzm to przywiązanie do rodziny, narodu i kraju -powtórzył w piątek swe polityczne credo. Ostrzegał przed "fałszywą tolerancją" wobec islamu. - Meczety nie mogą być wyższe od katedr. Nasza Europa jest chrześcijańska i taka musi pozostać - powiedział na pożegnanie król Edi, jak nazwał Stoibera "Spiegel Online".
- Kariera Stoibera jest najlepszym przykładem zmarnowanych szans - twierdzi Jochen Thies, dziennikarz i politolog. Mógł być szefem Komisji Europejskiej, prezydentem Niemiec, omal nie został kanclerzem, a w najgorszym wypadku byłby dzisiaj ministrem w rządzie Angeli Merkel. Odrzucał w ostatnich latach wszystkie propozycje, nie dostrzegając, że w Bawarii nikt go już nie chce.