Bhutto wróciła, gdy prezydent Perwez Muszarraf zgodził się wspólnie z nią poprowadzić kraj do demokracji. W entuzjastycznie witającym ją 200-tysięcznym tłumie czekał jednak zamachowiec-samobójca. Ekspremier przeżyła atak, ponieważ jechała opancerzoną ciężarówką. W zamachu zginęły jednak 133 osoby, w tym 50 ochroniarzy pani Bhutto.
– To zamach na demokrację – oświadczył prezydent Pakistanu, obiecując odnalezienie organizatorów spisku. Zdaniem ekspertów napastnik miał na sobie od 15 do 20 kilogramów materiału wybuchowego. Policja ma szanse go zidentyfikować, bo na miejscu eksplozji odnaleziono jego głowę.
Władze podejrzewają, że za zamachem stoi Baitullah Mehsud, sympatyzujący z talibami watażka zamieszkujący niedostępne tereny przy granicy z Afganistanem. Kilka miesięcy temu zapowiadał, że jeśli Bhutto wróci, „zgotuje jej krwawą łaźnię”. W piątek zapewniał jednak, że nie ma nic wspólnego z atakiem.
Sama Bhutto oskarża grupę związaną z generałem Zia ul Haqiem, który w 1977 roku kazał zabić jej ojca. Generał przez wiele lat rządził krajem i jego ludzie wciąż mają ogromne wpływy w kręgach władzy.Podejrzenia kierowane są także w stronę pakistańskich służb specjalnych, które w przeszłości wspierały talibów i mają silne związki z organizacjami ekstremistycznymi. Część Pakistańczyków podejrzewa nawet prezydenta Muszarrafa.
– To mało prawdopodobne. Generał ledwo trzyma się przy władzy, a jego poparcie zależy od poparcia partii, którą kieruje Bhutto – tłumaczy „Rz” dr Marie Lall, specjalista ds. Pakistanu z brytyjskiego instytutu Chatham House.