Nie wiadomo, kiedy rządząca 50-milionową Birmą junta wojskowa ogłosi wyniki wczorajszego głosowania. Główna partia opozycji Narodowa Liga na rzecz Demokracji wezwała do bojkotu wyborów, przewidując, że wyniki zostaną sfałszowane. – Nie sądzę, żeby wybory cokolwiek zmieniły. Nie można przecież wpłynąć na ustalony już rezultat – powiedziała liderka opozycji, laureatka Pokojowej Nagrody Nobla Aung San Suu Kyi.
Pracownicy zagranicznych placówek w Rangunie informowali, że nie widzieli kolejek przed lokalami wyborczymi. Zagranicznym dziennikarzom i obserwatorom władze nie wydały wiz. W państwowej telewizji o wyborach w ogóle nie informowano, pokazywano materiały o naprawie dróg i zwiększeniu wydobycia gazu ziemnego.
– Birma będzie miała te same dyktatorskie rządy, z jedną tylko różnicą: wojskowi zdejmą mundury – mówi „Rz“ Mark Farmaner z organizacji Burma Campaign. – Jeśli zechcą, generałowie mogą powołać nowy rząd w ciągu dwóch tygodni. Równie dobrze może im to jednak zająć trzy, cztery miesiące – dodaje. Lider junty, dowodzący armią generał Than Shwe, nie kandydował w wyborach, ale obserwatorzy uważają, że będzie nadal odgrywał kluczową rolę w państwie.
Wojskowi zapewnili sobie zresztą 25 procent miejsc w parlamencie, co zostało zapisane w nowej konstytucji z 2008 roku. Większość pozostałych miejsc zajmą kandydaci proreżimowych Partii Solidarności i Rozwoju oraz Partii Jedności Narodowej. W wielu okręgach o głosy wyborców „rywalizowali“ kandydaci tylko tych dwóch ugrupowań. W parlamencie znajdzie się też prawdopodobnie grupka opozycjonistów i kandydatów niezależnych, ale nie będą mieli wpływu na uchwalane ustawy.
W 2003 roku junta aresztowała Aung San Suu Kyi, a podczas ataku na jej zwolenników zginęło prawie 70 osób, co wywołało międzynarodowy skandal. Wojskowi przestraszyli się gróźb sankcji ekonomicznych i ogłosili „mapę drogową ku demokracji“. Przez ostatnie siedem lat przekonywali, że przeprowadzą wolne wybory. Jednocześnie zadbali o to, by zabezpieczyć się na przyszłość. Uchwalono m.in. prawo zapewniające im nietykalność na wypadek oskarżenia ich w przyszłości o zbrodnie popełnione w latach dyktatury. Według Rona Hoffmana, dyplomaty reprezentującego interesy Kanady w Birmie, zapowiedzi liberalizacji systemu wzbudziły początkowo ekscytację w społeczeństwie. – Potem reżim systematycznie niszczył te nadzieje. To kolejna tragedia dla Birmy – powiedział Hoffman.