"Rz": Co Europejczycy mogą zrobić po piątkowej decyzji S&P?
Andrzej Sławiński:
Nie sądzę, że wiele tu da się zrobić w obecnych uwarunkowaniach instytucjonalnych. Gdyby istniał Europejski Fundusz Walutowy, jak postulowali kilka lat temu Thomas Meyer i Daniel Gros, dostosowania w gospodarkach i budżetach strefy euro następowałyby w sposób bardziej uporządkowany. Mniej zależałyby od ekonomii politycznej. Na szczęście Europejski Bank Centralny pożyczył bankom pół biliona euro. Zmniejsza to ryzyko kryzysu bankowego w Europie.
Czy decyzje w sprawie ratingów były uzasadnione?
Niezależnie od podstaw decyzji S&P oddziałują one procyklicznie. Na ryzyko takie zwrócili uwagę w 2001 r. brytyjscy ekonomiści Jon Danielsson i Charles Goodhart. Boom kredytowy, który załamał się w 2007 r., wynikał w istotnej części z nadawania ratingu AAA transzom obligacji senior CDO. Teraz obniża się ratingi państw w okresie recesji, gdy z natury trudniej jest napełnić rządową kasę. Obniżki ratingów mogą zwiększyć koszty finansowania – nie tylko rządów – co może utrudnić wyjście z recesji.
Agencje ratingowe nie są bezpośrednio winne trudnej sytuacji w budżetach rządów?
Nie są, ale wpisują się w ogólnie panujący pęd do jak najszybszego zmniejszania deficytów budżetowych w okresie recesji, gdy może się to stać czynnikiem utrwalającym stagnację i powodującym pogorszenie, a nie poprawę sytuacji w budżetach. Jeśli w Hiszpanii wszyscy spłacają kredyty, a nie je zaciągają, to rośnie wielkość oszczędności, które trafiają do banków. By oszczędności te wróciły do gospodarki, musiałby pożyczyć je i wydać hiszpański rząd. Jeśli rating Hiszpanii pogarsza się, to szanse na powrót oszczędzonych dochodów do hiszpańskiej gospodarki są mniejsze, a tym samym mniejsze są szanse na ożywienie.
Czy obniżka ratingu mogłaby dotknąć Niemcy?
To już byłoby jakieś kuriozum. Nadmiar oszczędności krajowych jest tam tak duży, że Niemcy byliby w stanie łatwo sfinansować nawet większy deficyt budżetowy niż ten, który mają.
—rozmawiał Paweł Czuryło