- Jeżeli wam się nie podoba, możecie się podać do dymisji – powiedział izraelskim ambasadorom doradca premiera.
- To nic nowego, że wielu izraelskich dyplomatów nie popiera polityki prawicowego rządu. Takie jest MSZ. Mają tam sympatie lewicowe, wierzą w porozumienie z Oslo, to dla nich rodzaj religii. A większość obywateli nie wierzy w pokój z Palestyńczykami. I nie ma nic przeciwko budowie osiedli w Jerozolimie i okolicach – powiedział „Rz” znany izraelski politolog prof. Efraim Inbar.
O corocznej zamkniętej konferencji ambasadorów i konsulów, która odbyła się w poniedziałek w gmachu MSZ w Jerozolimie, napisał dziennik „Jedijot Achronot”.
Ambasador Izraela przy ONZ skrytykował na niej prawicowy rząd Benjamina Netanjahu za ogłoszenie budowy nowych osiedli pod Jerozolimą zaraz po uzyskaniu przez Palestynę statusu nieczłonkowskiego państwa obserwatora w Narodach Zjednoczonych. Miało się to spotkać z aplauzem zebranych dyplomatów. Bardzo chłodno przyjął krytykę obecny na spotkaniu doradca premiera do spraw bezpieczeństwa Jakow Amidror (niegdyś jeden z szefów wywiadu wojskowego), sugerując, że z takimi poglądami dyplomaci powinni porzucić dyplomację albo zostać politykami. – Byłoby nie do pomyślenia, gdyby urzędnicy Departamentu Stanu w taki sposób reagowali na krytykę polityki Baracka Obamy – dodał.
– Jesteśmy przed wyborami (22 stycznia – red.), niektórzy ambasadorzy uznali, że to dobry czas, by wyrazić zastrzeżenia do polityki rządu – skomentował z kolei dla „Rz” publicysta lewicowego dziennika „Haarec”. Przyznał, że wielu dyplomatów izraelskich po cichu sprzeciwiało się polityce radykalnego szefa MSZ Awigdora Liebermana, choć „naukowych dowodów” na ich lewicowość nie ma.