Polak zatrzymany w Mińsku: Przeszedłem przez prawdziwe piekło

O brutalności białoruskiej milicji i OMON – mówi Roland Łysów, Polak zatrzymany w Mińsku pod zarzutem udziału w protestach.

Aktualizacja: 20.08.2020 06:08 Publikacja: 18.08.2020 18:28

Funkcjonariusze OMON byli bardzo brutalni wobec demonstrantów

Funkcjonariusze OMON byli bardzo brutalni wobec demonstrantów

Foto: AFP

Po co pojechałeś na Białoruś?

Na urlop z moją dziewczyną Saszą, która jest Białorusinką. Wybraliśmy się do jej rodziny w odwiedziny, a Sasza chciała wizytę połączyć z wyborami. W dniu wyborów byliśmy na wsi, w poniedziałek 10 sierpnia wróciliśmy do Mińska. Trochę chodziliśmy po mieście, obserwowaliśmy, co się działo.

Widziałeś z bliska protesty?

Tak. Ale jak chodziliśmy po centrum i była tam policja, OMON, to omijaliśmy ich szerokim łukiem. Przyznam, że trochę nie wierzyłem przyjaciołom, którzy mówili o brutalności policji, że funkcjonariusze są agresywni. Myślałem, że trzeba się postarać, żeby ich sprowokować do tego, żeby cię złapali. Okazało się, że wystarczy iść ulicą.

Ciebie zatrzymano właśnie na ulicy. Jak to się stało?

Zatrzymano mnie we wtorek 11 sierpnia. Sasza siedziała w domu i czekała na koleżankę. Ja wyszedłem do parku, poszedłem nad rzekę, obszedłem dużą część miasta. Około godz. 15-16 byłem w Parku Zwycięstwa i w okolicach Muzeum Wielkiej Wojny Ojczyźnianej zauważyłem jednostki OMON, ich wozy. Widziałem, że przeszukują jakąś kobietę i jakiegoś chłopca, i puszczają ich dalej. Stwierdziłem, że skoro idę w japonkach, sam, to nic mi nie grozi. Zatrzymali mnie, jeden z nich zabrał mój paszport i kazał iść przed sobą. Doszliśmy do nieoznakowanych furgonetek, które stały na ulicy, na rogu parku, i do jednej z nich mnie wrzucili. A w środku masakra.

Co tam się działo, dużo osób było w tych furgonetkach?

Tak i to mnie przeraziło. Myślałem, że po prostu wezmą mnie do furgonetki, może nawet na komisariat, i puszczą po kilku godzinach. Fajnie, przygoda. Ale w środku, na podłodze, leżeli na brzuchach ludzie z rękami spiętymi na plecach opaskami samozaciskowymi. Widać było, że leżą we krwi, mieli podarte ciuchy, powybijane zęby. Mimo to, śpiewali jakąś pieśń białoruską. Nie wiedziałem, co się dzieje. Funkcjonariusze OMON żeby ich uciszyć, skakali po nich.

A z tobą co się działo?

Krzycząc zadali mi jakieś pytania, zabrali wszystkie rzeczy, jednocześnie mnie bili i w ogóle nie słuchali, że jestem turystą, wyraźnie czułem od nich woń alkoholu. Po prostu bili mnie po brzuchu, twarzy i rzucili na tę kupę ludzi. Potem przenieśli mnie do innego wozu, tam znów pokopali, a później z powrotem trafiłem do tego pierwszego. Tym razem, cały czas wydzierając się i nakręcając nawzajem, skakali i po mnie. Po czym wreszcie przerzucili nas do autazaku gdzie są cele. Tam siedzieliśmy chyba ponad godzinę, wydaje mi się, że oni jeszcze kompletowali ludzi, żeby całe auto zapełnić.

Długo to trwało?

Wydaje mi się, że ok. dwóch godzin. Siedzieliśmy po czterech-pięciu w jednej celi, mniej więcej półtora metra na metr, oczywiście nie było wentylacji ani światła, pociliśmy się jak w ruskiej bani. Co jakiś czas otwierali drzwi, kopali nas, dorzucali ludzi. Funkcjonariusze zamykali też wóz i palili w środku papierosy. Dusiliśmy się. Wydaje mi się, że około 19 musieliśmy ruszyć w stronę miejsca, gdzie były większe zamieszki, bo tam też zrobiliśmy przystanek, znowu więcej osób wrzucili, i stamtąd pojechaliśmy już na komisariat.

Rozmawiałeś z innymi zatrzymanymi?

Szeptaliśmy do siebie. Funkcjonariusze jak tylko usłyszeli, że ktoś gada, to otwierali drzwi i kopali. Kolega, który był przy drzwiach, miał najgorzej. Ja sam nieraz dostałem sierpowego. Każdy dostawał, lali, kogo się dało... Pomagaliśmy sobie. Było duszno, wszyscy byli pobici, jeden kolega mdlał co jakiś czas, więc go podnosiliśmy.

Co działo się dalej?

Zawieźli nas na parking pod posterunkiem. Z wrzaskiem otwierali cele i kazali nam wybiegać z wozu. Ręce do tyłu, głowa w dół. I trzeba było biec jak najszybciej, przez szpaler OMONowców. Kopali ludzi i bili pałami po drodze. A koło wozu sterta ludzi, jeden na drugim leżeli. Nie wiem ile, chyba z 50 osób. Zmuszano nas do gromadzenia się na tej stercie. Dusiłem się pod ciężarem ludzi nade mną. Opróżnili kilka aut i, bijąc nas ciągle, rozrzucali rzędem pod mur. Tam spędziliśmy całą noc.

Na zewnątrz, pod gołym niebem?

Tak. Dookoła były tylko mury z kolcami. Nie pozwalali się rozglądać. Za naszymi plecami segregowali nasze rzeczy. Komunikowali się z nami wrzaskiem i kopaniem po ciele. Jeśli ktoś skręcił lekko głowę, od razu dostawał mocniej. Zdążyłem tylko zauważyć, że były z nami trzy dziewczyny, przy ścianie obok. Leżeliśmy na ziemi z głową w dół, czasem kazali wstawać, czasem klęczeliśmy. Cały czas z rękoma na plecach. Było zimno, ja byłem w klapkach, niektórzy na szczęście mieli bluzy na sobie. Filmowali kamerą każdego z osobna, kazali podawać swoje dane. Przez cały ten czas katowali nas zarówno OMON i milicja. Byli tam też funkcjonariusze w cywilu. Jeśli ktoś chciał do toalety, to podchodzili, wyginali ręce do tyłu, głowę do dołu i ciągneli przez bramę na inny parking. Tam pod murem miało się kilka sekund, żeby się wysikać. Ja skorzystałem z tej opcji, ale potem żałowałem, bo dla nich to była tylko okazja do dodatkowego bicia. W dzień przenieśli nas pod ten właśnie mur za bramą, pod którym sikaliśmy, i znowu kazali klęczeć, kłaść się. Tam było już trochę luźniej, ale spięto nam ręce na plecach trytkami. W międzyczasie wynosili gdzieś osoby, które zemdlały. Odpinali na chwilę ręce, pozwalali nimi chwile ruszać. Przynieśli wodę w pięciolitrowej butelce. Dawali nam też jakieś dokumenty po rosyjsku do podpisania. Nie rozumiałem, o co tam chodziło. Myślę, że nawet Białorusini nie mieli czasu tego przeczytać. Ale wszyscy podpisywali. Mówili, że to chyba zgoda na areszt i mandat, przyznanie się do winy po prostu.

Potem trafiłeś do aresztu?

Wywozili nas partiami w wozach milicyjnych. W środku wyglądały jak autazaki OMONu, też były cele, ale z wentylacją. Znowu bijąc i krzycząc, wrzucali nas do środka. Potem dość długo stojąc w ciasnocie jechaliśmy ze spiętymi rękoma na plecach. Moją opaskę udało się poluźnić. Uwolniłem na czas jazdy ręce i uniknąłem obicia głowy o ściany celi. Trafiliśmy do aresztu na Akreścina. Na miejscu znowu otwieranie po kolei cel wozu, sprint gęsiego przez szpaler funkcjonariuszy, bicie, krzyki, jęki, znowu pod mur. Stamtąd dosłownie przekopali nas do karceru.

Co działo się w areszcie, jakie tam były warunki?

Rozpięli nam ręce. Mogłem się trochę rozejrzeć. Tam były cztery takie karcery. W każdym mniej więcej po 70 osób. A taki karcer ma pięć metrów na pięć. Brudny beton, nad głową niebo. Jakby padało, to mielibyśmy problem. W nocy żeby nam było cieplej, tuliliśmy się do siebie. Jeśli ktoś się położył, to nie miał już siły wstać, więc go podnosiliśmy. Nie było wystarczająco miejsca, przyjmowaliśmy różne pozycje, opieraliśmy się o własne plecy, kombinowaliśmy żeby choć trochę się ogrzać i zdrzemnąć. Ale nie było to możliwe przez ciągle darcie strażników. Tam dali nam jeść, po raz pierwszy, jakoś tak w środku nocy. Postawili wiadro, z którego każdy miał wziąć kotleta i worek z pokrojonym chlebem. Wszyscy to brali brudnymi rękami i jedli. Później wybłagaliśmy jeszcze, żeby dali nam wody – dostaliśmy kilka butelek na te 70 osób. Pozwolili nam też skorzystać z toalety, otwierali ten karcer i musieliśmy biec jeden za drugim korytarzem, oczywiście z głową w dół, do najbliższej celi, w której spali jacyś inni skazani, i w której był cuchnący i brudny kibel w postaci dziury w ziemi. Jeden z chłopaków miał tak zbitą rękę, chyba wszystkie kolory tęczy tam były – wybłagaliśmy po kilku godzinach, żeby go zabrali do lekarza. Wzięli go, mam nadzieję, że go wypuścili... Niektórzy byli po prostu brązowi od zaschniętej krwi, mieli strupy na całej głowie. Słychać było, że przywozili nowe partie ludzi, kopiąc i krzycząc wrzucali ich do karceru. To były straszne odgłosy... Słyszeliśmy dziewczynę, którą lali... W ogóle dużo było dziewczyn, ich też nie oszczędzali. Co chwile, chyba żeby nie dać nam spać, kazali nam gadać. Pytali, co ty tu robisz, pytali o imię, nazwisko, o dane wszystkie. Nad ranem, jak zrobiło się trochę cieplej, zaczęli nas przerzucać do cel. W celi była woda, był kran i toaleta. Na dworze było zimno, ale w celi bardzo gorąco, kaloryfery włączone na maksa i jedno okienko uchylone. W celi było pięć prycz, a nas dwudziestu.

Stanąłeś przed jakimś sądem?

Tak to wyglądało. W celi posiedzieliśmy kilka godzin i stamtąd partiami brali nas na sąd. Milicja zabrała nas do jakichś pomieszczeń, chyba do pokoi przesłuchań. Ale najpierw czekaliśmy na korytarzu, oczywiście głową do ściany, zakaz oglądania się. Tam podeszła do mnie jakaś pani, nie wiem, kto to był, chyba milicjantka, która zajmuje się obcokrajowcami. Powiedziała, że moi rodzice wiedzą, co się dzieje ze mną, że ambasada o tym wie. Razem z nią był jakiś pan, który grzecznościowo tłumaczył moja rozprawę i rozprawę jeszcze jednego Polaka.

Jak wyglądał ten proces, jakie dostałeś zarzuty?

Było tam zeznanie świadka, który nie mógł się stawić na rozprawę, chyba jakiegoś OMONowca czy milicjanta. Według jego zeznania prowokowałem funkcjonariuszy, klaskałem, skandowałem hasła polityczne, uczestniczyłem w nielegalnym proteście. Sędzia zapytała, czy mam adwokata i chcę z niego skorzystać, choć tak naprawdę nie było takiej opcji. Nigdy nie byłem w takiej sytuacji, powiedziałem po prostu, że będę sam się bronił. Później dowiedziałem się od pani konsul, że ona czekała pod aresztem z grupą adwokatów dla zatrzymanych, ale nikogo nie wpuszczali, chociaż oczywiście to niezgodne z prawem. Więc broniłem się sam, opowiedziałem moją wersję zdarzeń. Pani sędzia chyba zdawała sobie sprawę z tego, że to wszystko jest grubymi nićmi szyte i dała mi tylko mandat 670 rubli białoruskich i pouczenie - zabroniła zbliżać się do milicji, klaskać, krzyczeć, uczestniczyć w nielegalnych zgromadzeniach.

Na wolność wróciłeś od razu?

Nie. Wróciłem do celi na parę godzin, potem chodziliśmy po całym areszcie, bo oni oczywiście nie wiedzieli, gdzie są moje rzeczy. Okazało się, że pakowali je w delikatną folię, która łatwo się rwała i właściwie wszystko zrzucone było w jednym miejscu. Popędzali, by szybko szykować swoich rzeczy. Część znalazłem, ale zginęła kamera, smartwatch, okulary przeciwsłoneczne, chusta nie było pieniędzy. Ale na szczęście paszport i portfel z kartami bankowymi były.

Co się działo po wyjściu z aresztu?

Pod bramą było dużo wolontariuszy, którzy pomagali, byli nawet duchowni. Mnie zgarnęła jakaś białoruska para, powiedzieli, że mi pomogą. Mi i jeszcze dwóm Rosjanom. Ich zawieźli do hotelu, a mnie do Saszy.

Oni wiedzieli, że jesteś Polakiem. Byłeś jakoś inaczej traktowany?

Nie miałem żadnych przywilejów, wszystkich traktowali równo. Mój jedyny przywilej polegał na tym, że nie dostałem 15 dni aresztu.

Byłeś u lekarza po wyjściu z aresztu?

Tak. Myślałem, że coś mam nie tak z żebrami, bo jak tylko się położyłem, to zacząłem jęczeć z bólu, nie mogłem leżeć. Więc pojechaliśmy do lekarza, ale okazało się, że na szczęście nie mam żadnych złamań, tylko jestem obity. Sprawdzili organy wewnętrzne. Na obdukcję sądową nie miałem żadnych szans, bo wiązało się to z pójściem po skierowanie na posterunek, gdzie mnie przetrzymywano, a co by było niebezpieczne i ryzykowne. Na izbie przyjęć było mnóstwo poszkodowanych osób, nawet spotkałem dwóch kumpli z karceru. Traktuję to wszystko jak jakiś koszmarny sen. Wciąż nie chce mi się wierzyć, że to naprawdę działo. Ryczeć mi się chce, jak widzę ludzi na ulicach i myślę, że część z nich trafi tam, gdzie ja byłem. Niektórzy, tu w Polsce, nie zdają sobie sprawy z tego, co tam się dzieje. Mam nadzieję, że Białorusini wygrają tą nierówną walkę z reżimem zbrodniarza Łukaszenki.

Jak wracałeś do Polski?

Samolotem. Odprawa celna nie przeszła gładko. Okazałem zapłatę mandatu, pytali kto mnie pobił i czy uczestniczyłem w demonstracjach. Przeglądali mój paszport przez kilkanaście minut. Odpowiedziałem że pobili mnie gopniki, celnik głęboko westchnął i postawił pieczątkę.

Dostałeś jakąś pomoc w Polsce?

Na własną rękę staram się o obdukcję oraz pomoc psychologiczną. Moim pełnomocnikiem został pan Tomasz Wiliński. A pieniądze na pokrycie kosztów mandatu dostałem z funduszu BY Help. Niestety nasze MSZ oraz ambasada nie potrafiły udzielić mi informacji na temat jakiejkolwiek procedury postępowania po tej traumie.

Autorka jest językoznawczynią, białorutenistką, aktywistką stowarzyszenia Inicjatywa Wolna Białoruś. Od wielu lat zaangażowana w promocję języka i kultury białoruskiej.

Po co pojechałeś na Białoruś?

Na urlop z moją dziewczyną Saszą, która jest Białorusinką. Wybraliśmy się do jej rodziny w odwiedziny, a Sasza chciała wizytę połączyć z wyborami. W dniu wyborów byliśmy na wsi, w poniedziałek 10 sierpnia wróciliśmy do Mińska. Trochę chodziliśmy po mieście, obserwowaliśmy, co się działo.

Pozostało 97% artykułu
2 / 3
artykułów
Czytaj dalej. Subskrybuj
Świat
Wojna Rosji z Ukrainą. Dzień 790
Materiał Promocyjny
Wykup samochodu z leasingu – co warto wiedzieć?
Świat
Wojna Rosji z Ukrainą. Dzień 789
Świat
Wojna Rosji z Ukrainą. Dzień 788
Świat
Wojna Rosji z Ukrainą. Dzień 787
Świat
Wojna Rosji z Ukrainą. Dzień 786