W normalnych warunkach nikt w unijnej centrali nie zgodziłby się na takie spotkanie wbrew stanowisku Londynu. Ale po czwartkowym referendum frustracja w Brukseli z powodu tego, co zrobili Brytyjczycy, jest ogromna.

Właśnie dlatego Sturgeon została przyjęta przez przewodniczącego Komisji Europejskiej Jeana-Claude'a Junckera, szefa europarlamentu Martina Schulza, a także lidera liberałów w Parlamencie Europejskim Guy Verhofstadta. Spotkania odmówił jedynie Donald Tusk.

– Nie jest po temu najlepszy moment, jako przewodniczący Rady Europejskiej reprezentuję wszystkie kraje, także Wielką Brytanię – powiedział Polak. – Ale z wielkim zadowoleniem przyjmuję to, że Szkoci czują się przywiązani do Unii.

Przeciw rozmowom z Sturgeon ostro zaprotestowali przywódcy Hiszpanii i Francji Mariano Rajoy i François Hollande.

Tydzień temu 52 proc. wyborców w całej Wielkiej Brytanii poparło wyjście kraju ze Wspólnoty, ale w samej Szkocji aż 62 proc. osób biorących udział w referendum poparło integrację. Zostali jednak przegłosowani przez Anglików, których jest dziesięć razy więcej niż Szkotów.

Od tygodnia nastroje w Edynburgu są więc bojowe. Sondaż przeprowadzony dla dziennika „Scotsman" pokazuje, że już 59 proc. mieszkańców prowincji chce niepodległości. To gwałtowny skok w stosunku do referendum sprzed dwóch lat, kiedy za secesją opowiedziało się 45 proc. głosujących.

– W 2014 r. duża część wyborców w ostatniej chwili nie poparła oderwania od Zjednoczonego Królestwa, bo przestraszyła się, że niepodległa Szkocja nie da sobie rady poza Unią Europejską. Teraz sytuacja się odwróciła, to związek z Londynem oznacza rezygnację z przynależności do Wspólnoty. Stąd tak duży wzrost poparcia dla niepodległości – tłumaczy „Rz" Christian Dustmann, profesor University College London.

We wtorek, na dzień przed wylotem Sturgeon do Brukseli, szkocki parlament przyjął 92 głosami za przy żadnym głosie sprzeciwu rezolucję, która popiera podjęcie bezpośrednich rozmów przez pierwszą minister zarówno z centralą Unii, jak i Londynem. Za takim rozwiązaniem opowiedziała się nie tylko Szkocka Partia Narodowa (SNP), która ma aż 63 spośród 129 deputowanych, ale także laburzyści, zieloni i liberałowie. Od głosu powstrzymali się jedynie torysi, którzy w Holyrood mają 31 posłów.

Inicjatywa Sturgeon może potencjalnie mieć bardzo daleko idące konsekwencje.

Autopromocja
Bezpłatny e-book

WALKA O KLIMAT. Nowa architektura energetyki

POBIERZ

– Dla mnie punktem wyjścia jest ochrona naszych stosunków z Unią. Ale pozwólcie, że będę szczera. Jeśli mój rząd uzna, że najlepszym lub jedynym sposobem zachowania miejsca Szkocji w Unii jest przeprowadzenie ponownego referendum w sprawie niepodległości, wrócimy z tą propozycją do parlamentu i to on podejmie decyzję – oświadczyła pierwsza minister zgromadzeniu w Edynburgu. Jej partia, SNP, wraz z zielonymi, którzy także opowiadają się za niepodległością, ma tu absolutną większość. Zaś w parlamencie w Westminsterze szkoccy nacjonaliści obsadzili aż 56 spośród 59 deputowanych, którzy przypadają prowincji. Zgodę na referendum musiałby jeszcze wydać Londyn. Ale tego absolutnie nie da się wykluczyć.

– Od referendum w 2014 r. w Wielkiej Brytanii powszechnie panuje pogląd, że jeśli większość mieszkańców którejś z prowincji chce żyć osobno, należy im to umożliwić – mówi „Rz" Ian Bond, dyrektor w Center for European Reform (CER) w Londynie.

Szkocja, która współtworzy Zjednoczone Królestwo od 1707 r., ma jednak dziś trudniejszą sytuację gospodarczą niż dwa lat temu. Z powodu spadku cen dochody z wydobycia ropy spadły z 7 mld do zaledwie 35 mln funtów rocznie. Rezultat: deficyt budżetowy prowincji, który jest w całości finansowany przez Londyn, osiągnął już niemal 10 proc. PKB. Szkocja eksportuje też czterokrotnie więcej do Anglii niż do reszty Unii.

Na razie nie wiadomo, czy w razie uzyskania niepodległości Szkocja odziedziczyłaby miejsce w Unii po Wielkiej Brytanii czy też musiałaby od początku ubiegać się o członkostwo.