Szturm na budynek amerykańskiego konsulatu w Peszawarze – jeden z najlepiej strzeżonych obiektów w mieście – był świetnie przygotowany. Atak przeprowadziło około dziesięciu zamachowców przebranych w mundury Wojsk Ochrony Pogranicza. Pierwsza grupa uzbrojona w karabiny i ręczne wyrzutnie rakietowe zaatakowała posterunek policji i opancerzone pojazdy wojskowe strzegące placówki. Potem do akcji mieli wkroczyć zamachowcy-samobójcy. Nie udało im się jednak sforsować muru otaczającego konsulat.
– Jeden z zamachowców wysadził się w pobliżu bramy. Policjanci pilnujący placówki odpowiedzieli ogniem. Wtedy doszło do kolejnych eksplozji – opisuje przebieg zamachu inspektor miejscowej policji Ghulam Hussajn.
Podczas ataku zdetonowano też samochód-pułapkę. Pakistańska telewizja pokazywała kłęby dymu unoszące się nad konsulatem. W walkach, które trwały około 20 minut, zginęło co najmniej siedem osób: dwóch ochroniarzy, przypadkowy przechodzień i czterech zamachowców. Pozostali prawdopodobnie uciekli, kiedy uświadomili sobie, że nie wedrą się na teren amerykańskiej placówki. Jak twierdzą pakistańskie źródła, wewnątrz kompleksu nikt nie został ranny.
Komentatorzy zwracają uwagę, że zamachowcy powtórzyli taktykę zastosowaną podczas ataku na kwaterę główną pakistańskiej armii w Rawalpindi na początku listopada ubiegłego roku. Wtedy udało im się sforsować posterunki i wziąć zakładników. W czasie szturmu i odbijania zakładników zginęło 14 osób.
– Tym razem ochrona dobrze się spisała i odparła atak – mówi „Rz” prof. Zahid Anwar Khan, politolog z uniwersytetu w Peszawarze. Do zamachu przyznała się organizacja Tehrik-i-taliban, która odpowiada za śmierć polskiego inżyniera Piotra Stańczaka. – Amerykanie to nasi wrogowie. Planujemy więcej takich ataków. Mamy prawie trzy tysiące samobójców gotowych do zamachów – ostrzegł rzecznik talibów Azam Tarik. Jak dodał, zamachy są zemstą za amerykańskie naloty na tereny przy granicy z Afganistanem.