Bliscy Johna Soleckiego przeżyli wczoraj chwile grozy, gdy rano media doniosły, że został zamordowany przez porywaczy. Parę godzin później okazało się jednak, że dyrektor oenzetowskiego Biura ds. Uchodźców (UNHCR) w Kwecie w prowincji Beludżystan, wciąż żyje. Tak przynajmniej twierdzi rzecznik Zjednoczonego Frontu Wyzwolenia Beludżystanu, organizacji separatystów, która przyznała się do jego porwania. – Żyje i nic mu nie jest – stwierdził rzecznik w wypowiedzi dla prasy.

Solecki, Amerykanin polskiego pochodzenia, został porwany na początku lutego. Podczas napadu terroryści zabili jego pakistańskiego kierowcę.

W zamian za wypuszczenie Soleckiego porywacze domagają się uwolnienia ponad 160 kobiet oraz informacji na temat miejsca pobytu około 6 tysięcy osób, którzy ich zdaniem zaginęli bez wieści.

Podobnie, jak w przypadku polskiego inżyniera Piotra Stańczaka zamordowanego niedawno w Pakistanie, porywacze kilkakrotnie przedłużali termin ultimatum. Niedawno przekazali mediom nagranie wideo, w którym Solecki błaga o pomoc.

Z kolei ONZ opublikowała wczoraj nagranie z apelem matki Soleckiego do mieszkańców Beludżystanu. – Po prostu nie rozumiem, czemu to przytrafiło się naszemu synowi. On kocha swoją pracę, pomaganie uchodźcom i innym, którzy są w potrzebie w różnych zakątkach świata. John pomógł wielu ludziom w Beludżystanie, a teraz sam potrzebuje waszej pomocy – powiedziała 83-letnia Rose Solecki.

Amerykańskie media na bieżąco, ale z pewnym dystansem donoszą o rozwoju sytuacji. Informacje o Soleckim nie trafiają na czołówki telewizyjnych dzienników czy gazet, media nie rozwodzą się o działaniach rządu USA w tej sprawie czy też o ich braku. Losy Soleckiego nie są też tematem rozmów na najwyższym szczeblu między Waszyngtonem i Islamabadem.

Historia Soleckiego jest jednak o tyle niepokojąca dla Amerykanów, że stanowi kolejny dowód pogarszającej się gwałtownie sytuacji w Pakistanie. Destabilizacja tego kraju spędza sen z oczu waszyngtońskim strategom. Jak podają amerykańskie media, amerykańscy doradcy potajemnie prowadzą w Pakistanie szkolenie tamtejszych wojsk do walki z al Kaidą i talibami. Amerykanie prowadzą też w tym kraju tajne operacje powietrzne przy użyciu bezzałogowych samolotów.

Do Waszyngtonu przyjechał w niedzielę na trójstronne konsultacje ze swymi odpowiednikami z USA i Afganistanu szef pakistańskiej dyplomacji Szan Mahmud Kureszi. Podczas wizyty w Islamabadzie w zeszłym tygodniu specjalny wysłannik USA w tym regionie Richard Holbrooke przekazał władzom pakistańskim wyrazy niepokoju, jakie budzi w Waszyngtonie zawarta przez nie niedawno ugoda z islamistami w Dolinie Swat. Rząd zgodził się na wprowadzenie na tym obszarze prawa koranicznego. Wielu konserwatywnych obserwatorów w USA domaga się od rządu Obamy bardziej zdecydowanej reakcji na taki rozwój wydarzeń.

– Niezdecydowana odpowiedź Waszyngtonu na przejęcie Doliny Swat przez siły związane z talibami osłabia amerykańską politykę w tym regionie. Wywołuje też fundamentalne wątpliwości: czemu USA wysyłają wojska do walki z talibami w Afganistanie, jednocześnie przyglądając się, jak ekstremiści zyskują na sile w Pakistanie – mówi ekspert prawicowej Fundacji Heritage Lisa Curtis.

Autopromocja
Od 29.10 w "Rzeczpospolitej" i "Parkiecie"

Wszystko o zrównoważonym rozwoju i pozafinansowym raportowaniu spółek

Sprawdź szczegóły

Jednym z celów wizyty ministra Kuresziego jest uspokojenie gospodarzy, że porozumienie z Doliny Swat nie ma charakteru kapitulacji wobec islamistów.

[ramka][b]Opinia[/b]

[i]Daniel Markey, ekspert od Azji Południowej w Radzie ds. Stosunków Zagranicznych w Waszyngtonie[/i]

Takiego nasilenia przemocy, z jakim mamy obecnie do czynienia w Pakistanie, jeszcze nie było, mimo dość burzliwej historii tego państwa. Liczba porwań, morderstw, ataków samobójczych i innych aktów terrorystycznych gwałtownie ostatnio wzrosła, i to nie tylko na terenach plemiennych, ale też w regionach kraju, które wcześniej nie były na takie rzeczy narażone, w tym w wielkich miastach. Powodów jest wiele: trwająca od lat słabość państwa pakistańskiego, w tym systemu edukacji, a także bieda i brak perspektyw. Do tego dochodzi obecność wielu grup terrorystycznych, podtrzymywanych przez lata 80. i 90. przy życiu przez pakistański aparat bezpieczeństwa w celu utrzymywania wpływów w Afganistanie i Indiach. Wszystko to razem stworzyło toksyczną mieszankę jeszcze przed 11 września 2001 roku i amerykańską inwazją na Afganistan. Po inwazji doszedł jeszcze napływ innych grup wypędzonych z Afganistanu, szczególnie na terenach plemiennych. Ale talibanizacja, która tam następuje, to tylko część problemu. Jest też sunnicki ekstremizm niezwiązany z Pasztunami, który rośnie osobno niczym nowotwór. Obie te siły najlepiej radzą sobie tam, gdzie rząd jest najsłabszy. Ale przejęcia kraju przez siły islamistyczne na razie nie należy się obawiać. Islamiści to najwyżej 10 procent ludności kraju, nie mają więc szans na zwycięstwo wyborcze, a na pokonanie armii i przejęcie władzy siłą są na razie zdecydowanie za słabi. Ograniczają się do destabilizacji. —not. p.g.[/ramka]

Biuro wysokiego komisarza ds. uchodźców: [link=http://]www.unhcr.org[/link]