Przykład wyjątkowej bezczelności – w taki sposób oceniają niemieckie media wniosek złożony przez Narodowodemokratyczną Partię Niemiec (NPD) do trybunału w Karlsruhe o uznanie działalności tego ugrupowania za zgodne z konstytucją.
– Mamy już dość tego, że berlińscy strażnicy moralności szkalują nasze ugrupowanie i wprowadzają atmosferę pogromu przeciwko nam – uzasadnia złożenie wniosku Holger Apfel, szef NPD. Udowadnia, że jego partia nie ma sobie nic do zarzucenia, jest legalnie działającym ugrupowaniem.
NPD złożyła wniosek w chwili, gdy rozgorzała nowa debata nad delegalizacją tego ugrupowania. Jest oskarżane o wytworzenie w Niemczech atmosfery, w której działać mogła grupa terrorystyczna NSU (Podziemie Narodowosocjalistyczne) odpowiedzialna z zamordowanie dziewięciu osób ze środowisk imigrantów w ostatnich latach.
NSU tak źle się kojarzy, że władze Norymbergii chcą zmienić rejestracje samochodów (prawie pół tysiąca pojazdów porusza się ze znakami zaczynającymi się od N-SU). Część z tych samochodów to pojazdy służb komunalnych. I nawet one skarżą się na kłopotliwość wymiany. Złośliwe komentarze cytuje niemiecka prasa: czy w Ratyzbonie należy też zmieniać rejestracje R-AF, bo kojarzą się z lewacką terrorystyczną Frakcją Armii Czerwonej?
Imigranci to dla NPD oraz całej ekstremalnej prawicy w Niemczech wrogowie, których należy zwalczać, nierzadko wszelkimi dostępnymi środkami. – Nie ma żadnych dowodów na bezpośrednie powiązania pomiędzy NPD i NSU i dlatego wszelkie żądania delegalizacji NPD mają charakter pokazowy uzasadniający nieudolność władz w sprawie NSU – tłumaczy „Rz" prof. Klaus Schroeder z Wolnego Uniwersytetu w Berlinie.
W zgodnej opinii ekspertów Trybunał Konstytucyjny nie zajmie się wnioskiem Narodowodemokratycznej Partii Niemiec. Tymczasem na początku grudnia ministrowie spraw wewnętrznych niemieckich landów mają podjąć decyzję o uruchomieniu procedury delegalizacji NPD. W przeszłości tego rodzaju próba zakończyła się ogromną wpadką.
Wiosek do Trybunału Konstytucyjnego o delegalizację NPD złożył w 2003 roku rząd oraz obie izby niemieckiego parlamentu. Postępowanie skończyło się skandalem, gdy wyszło na jaw, że Urząd Ochrony Konstytucji, czyli niemiecki kontrwywiad, miał kilkudziesięciu swych agentów w NPD. Trybunał uznał więc, że nie można wykluczyć, iż organy państwa wywierały wpływ na działalność NPD w taki sposób, aby ułatwić delegalizację tego ugrupowania.
Sukces NPD zaowocował wzrostem jej popularności. Dzisiaj jednak partia znajduje się w odwrocie. Jest zauważalną siłą polityczną jedynie we wschodnich landach: Saksonii i Meklemburgii–Pomorzu Przednim, gdzie ma swych przedstawicieli w lokalnych parlamentach. Prowadzi kampanie m.in. przeciwko mieszkającym tam Polakom. W skali całego kraju liczyć może na poparcie 1–1,5 proc. wyborców i jest na granicy bankructwa. Czasy świetności ma już zdecydowania za sobą.
– Jej delegalizacja obecnie nic nie da – upiera się prof. Schroeder. Nie sądzi też, aby wpłynęła na osłabienie atrakcyjności ideologii ekstremalnej prawicy w Niemczech.
Jak wynika z niedawnych badań Fundacji Eberta, poglądy skrajnie prawicowe prezentuje 9 proc. mieszkańców RFN. Zwolenników tej opcji politycznej jest dwa razy więcej na wschodzie Niemiec niż na zachodzie kraju. Im niższe wykształcenie, tym większa też akceptacja dla poglądów skrajnej prawicy.