Takiej reformy nie było jeszcze w najnowszych dziejach Wielkiej Brytanii. Szkoci będą mogli w ramach swej autonomii już nie tylko decydować samodzielnie o sprawach oświaty, służby zdrowia czy gospodarki, ale także swobodnie kształtować politykę podatkową oraz dzielić według własnej woli wydatki socjalne, zapomogi, świadczenia dla bezrobotnych i wiele innych. Co więcej, każde 10 proc. z zapłaconego VAT trafi w przyszłości do kasy szkockiej autonomii.
Takie są propozycje specjalnej komisji rządowej utworzonej w ostatnich dniach kampanii przed wrześniowym referendum niepodległościowym. Jej zadaniem było opracowanie zasad zwiększenia samodzielności szkockiej autonomii, za czym opowiadały się najważniejsze ugrupowania polityczne Wielkiej Brytanii. Miało to skłonić wyborców do oddania głosu za pozostaniem Szkocji w Zjednoczonym Królestwie.
Plan zapobieżenia secesji okazał się skuteczny. Teraz Szkoci wystawiają rachunek. Opracowana na podstawie propozycji komisji ustawa będzie gotowa za kilka tygodni, jednak głosowanie w Westminsterze odbędzie się dopiero po majowych wyborach do Izby Gmin.
Cały pakiet nowych uprawnień opiewa na co najmniej 11 mld funtów. Nad tymi pieniędzmi Londyn bezpowrotnie straci kontrolę. Nic dziwnego, że nie wszystkim się to podoba. – Nie ma żadnych przeszkód, aby podobny pakiet powstał w odniesieniu do Anglii – mówi Boris Johnson, burmistrz Londynu.
– Kontrowersji będzie znacznie więcej. Pogłębienie autonomii Szkocji stwarza konieczność reformy Zjednoczonego Królestwa – tłumaczy „Rz" Christopher Howarth z think tanku Open Europe. Sprawą, która budzi wiele emocji, jest uprzywilejowana pozycja posłów ze Szkocji w Izbie Gmin – będą oni nadal mogli współdecydować o sprawach dotyczących całego Zjednoczonego Królestwa, w tym o podatkach.