Rosyjski wóz ma mniejszą siłę ognia, słaby silnik, kiepskie systemy kierowania ogniem i psuje się – podsumowali chińscy inżynierowie dumę rosyjskiego przemysłu zbrojeniowego, czołg T-14 Armata.
„Jest niedopracowany (...), nasz czołg VT-4 nigdy nie miał takich problemów" – napisali przedstawiciele chińskiego koncernu zbrojeniowego Norinco. Rzeczywiście, nowy rosyjski czołg pamiętany jest obecnie tylko z tego, że zepsuł się 7 maja na placu Czerwonym w czasie próby przed paradą zwycięstwa.
Podział obowiązków
Przedstawicieli chińskiego przemysłu zbrojeniowego wyprowadziły z równowagi jednak nie wady rosyjskiej maszyny, ale zapowiedź sprzedawania jej do Chin. Poinformował o tym doradca prezydenta Putina ds. współpracy wojskowo-przemysłowej Władimir Kożin. Ale rynek Państwa Środka zarezerwowany jest dla koncernu Norinco, który zatrudnia 275 tys. ludzi.
Równie nerwowo zareagowali Chińczycy na ewentualną sprzedaż czołgu do państw Azji Południowo-Wschodniej. „W warunkach zmniejszania się światowego popytu na czołgi kupujący powinni wybierać chińską produkcję, która jest tańsza od rosyjskiej, amerykańskiej czy europejskiej i nie ustępuje im jakościowo" – stwierdził koncern. Rzeczywiście, nowy wyrób rosyjskiej zbrojeniówki na razie kosztuje 7,9 mln dolarów za sztukę, gdy najnowszy chiński czołg VT-4 – jedynie 2,6 mln dolarów. Tylko rosyjskie maszyny mogłyby zagrozić Chińczykom, gdyż – jak stwierdza sam Norinco – w Europie i USA przerwano produkcję takich wozów, jedynie Rosja i Chiny są gotowe natychmiast dostarczyć dowolną ich ilość.
Starcie o to, gdzie Rosja ma prawo sprzedawać swój czołg, a gdzie nie, ujawniło głębokie rozdźwięki między Pekinem i Moskwą.
„Rosyjscy urzędnicy i analitycy mówili (dotychczas) o jasnym podziale obowiązków, który zadowala obie strony: Chiny zapewniają inwestycje ekonomiczne, a Rosja odpowiada za sprawy bezpieczeństwa i wykorzystuje swe wpływy polityczne" – napisał o współdziałaniu rosyjsko-chińskim profesor Aleksander Cooley z Uniwersytetu Columbia.
Jednak w tym mechanizmie zaczęło się coś psuć.
Cichy sabotaż
„Mimo korzystnych dla obu stron i na pierwszy rzut oka przyjacielskich stosunków byłe supermocarstwo i przyszłe supermocarstwo rywalizują ze sobą o dominację w Eurazji" – stwierdziła z kolei profesor z New Delhi Anita Inder Singh.
Kością niezgody są państwa znajdujące się pomiędzy Rosją a Chinami (od Mongolii poprzez kraje Azji Środkowej nawet po Afganistan), ale walka konkurencyjna zaczyna sięgać nawet odległych rynków Azji Południowo-Wschodniej. Pekin już stał się głównym kredytodawcą azjatyckich republik postradzieckich. „W rezultacie powstanie strefa handlowa i inwestycyjna, obejmująca północną, środkową i wschodnią część Eurazji. Ponieważ Chiny będą jej motorem napędowym (...), to jej centrum biznesowe będzie w Szanghaju, a Petersburg – posterunkiem na europejskiej granicy" – napisał szef moskiewskiego Centrum Carnegie Dmitrij Trienin.
Na razie Moskwa na to nic nie poradzi, ale bardzo ją to drażni. „Rosja po cichu przeszkadzała albo spowalniała wprowadzanie w życie prawie każdego wielkiego chińskiego projektu inwestycyjnego. (...) W prywatnych rozmowach przedstawiciele Chin wyrażają swe niezadowolenie z takiej skrytej działalności Rosji" – zauważa profesor Cooley.
Dotychczas te emocje nie wydostawały się jednak na zewnątrz. Wyjątek jednak stanowi chiński establishment wojskowy, w którym znajduje się duża i wpływowa grupa w ogóle niechętna zbliżeniu z Rosją. Kilkakrotnie już nieprzychylne (a nawet obraźliwe) komentarze pod adresem Rosji pojawiały się w wojskowej prasie chińskiej.
Między innymi, by zadowolić część generalicji, chińska telewizja zrezygnowała z bezpośredniej transmisji rosyjskiej parady zwycięstwa 9 maja – mimo że wcześniej zapowiadała ją i reklamowała.
A teraz jeszcze wjechał rosyjski czołg T-14.