Masowe molestowanie kobiet w Kolonii wywołało dyskusję nie tylko na temat kryminalnych działań rzeszy imigrantów, ale i nagannych w oczach wielu Niemców zachowań mediów, które przemilczały początkowo imigranckie pochodzenie sprawców. Sprawą zajęła się w środę Niemiecka Rada Mediów, organ złożony z przedstawicieli zrzeszeń wydawców oraz środowiska dziennikarskiego.
Rzecz nie w tym, że zaskoczona i całkowicie bezradna policja odmawiała informacji na temat rodowodu sprawców, lecz w tym, że media działały zgodnie z postanowieniami kodeksu zawodowej etyki dziennikarskiej ustalonymi przez Radę Mediów. Jeden z paragrafów tego kodeksu mówi wprost, że nie należy podawać do publicznej wiadomości przynależności sprawcy do określonej mniejszości etnicznej, religijnej czy jakiejkolwiek innej, chyba że informacja tego rodzaju jest „uzasadnionym elementem pozwalającym na zrozumienie opisywanego zdarzenia". Rada Mediów doszła po kilkugodzinnych obradach do wniosku, że nie ma potrzeby zmiany kodeksu etyki i wszystko pozostaje po staremu. Jak argumentowano, nic nie stoi na przeszkodzie, aby media informowały o etnicznym pochodzeniu sprawców czynów kryminalnych w sytuacji, gdy ich rodowód pozwala lepiej zrozumieć ich motywację. A tak było w Kolonii.
Postanowienia kodeksu nie są obowiązującym prawem, lecz są powszechnie przestrzegane przez niemieckie media. – Jest to wyraz rozciągającej się na wiele dziedzin poprawności politycznej, która przybiera czasami całkiem komiczne formy – tłumaczy „Rzeczpospolitej" prof. Klaus Schroeder z Wolnego Uniwersytetu w Berlinie. Tak np. w dość częstych informacjach prasowych o bójce dwóch rodzin, w której po każdej stronie uczestniczyło kilkadziesiąt osób, brak danych na temat pochodzenia bohaterów bijatyki. Wszyscy wiedzą, że nie chodzi o Niemców, ale o przedstawicieli społeczności imigrantów.
Podobnie niezmiernie rzadko pojawia się w mediach informacja o narodowości złodziei traktorów przy granicy polsko-niemieckiej. – Oglądałem niedawno reportaż o włamywaczach do sklepów jubilerskich i z trudem domyślałem się, że są to moi rodacy – mówi nam Jacek Tyblewski prowadzący polskojęzyczną audycję radiową w niemieckiej rozgłośni Funkhaus Europa.
W jego opinii w ostatnich latach niemieckie media przestrzegały coraz bardziej rygorystycznie zasad ustalonych w latach 70. ubiegłego wieku przez Radę Mediów. Cel był wtedy jasny. Chodziło o to, aby nie dopuścić do rozprzestrzeniania się nastrojów ksenofobicznych w chwili masowego napływu gastarbeiterów. Dzisiaj, w dobie internetu, zalecenia Rady Mediów wydają się mocno nieaktualne.
Poprawność polityczną mediów skrytykował niedawno szef niemieckiego MSW Thomas de Maiziere, zarzucając im brak poczucia realizmu po wydarzeniach w Kolonii. Przy tym od samego początku wiadomo było, że sprawcami molestowania kobiet byli przybysze z krajów muzułmańskich. Próbowali przenieść do Niemiec zjawisko znane pod nazwą taharrusz gamea, a więc kryminalne zachowania wobec kobiet.
Niemieckie media zaczęły nazywać rzeczy po imieniu dopiero w obliczu fali krytyki za nadmiar poprawności politycznej. Poirytowani niepohamowaną falą imigrantów obywatele RFN nie zamierzają dłużej tolerować zachowawczego stanowiska większości mediów.
– Ugruntowuje się w społeczeństwie wrażenie, że poszczególne informacje są przed nim ukrywane, co pogłębia frustrację i w konsekwencji prowadzi do zwiększenia popularności takich organizacji jak Alternatywa dla Niemiec – mówi prof. Schroeder.