Szef MSWiA Marcin Kierwiński poinformował w piątek w TVN24, że w ciągu kilkunastu najbliższych tygodni zostanie uruchomiona specjalna aplikacja regulująca kwestie ostrzegania ludności. Jak zaznaczył, priorytetem jest systematyczne uzupełnianie zaległości i budowa nowoczesnego, skutecznego systemu reagowania na zagrożenia.

Według Kierwińskiego nowe rozwiązanie ma uzupełnić obecny system alarmowania oparty m.in. na syrenach i alertach RCB. Resort rozważa wykorzystanie bazy użytkowników aplikacji mObywatel.

Zapowiedź padła po incydencie z rosyjską rakietą, która w czwartek rano naruszyła polską przestrzeń powietrzną i spadła na Lubelszczyźnie.

Po czwartkowym zdarzeniu w polskiej infosferze rozgorzała dyskusja, czy powinniśmy wzorować się na aplikacji ukraińskiej lub wręcz ją zaadaptować.

Tomasz Safjański: aplikacja do ostrzegania jest sprawą polityczną i biznesową

Zdaniem Tomasza Safjańskiego, zastępcy dyrektora Centrum Badań nad Bezpieczeństwem Transgranicznym Akademii WSB i byłego oficera Centralnego Biura Śledczego Komendy Głównej Policji, z którym rozmawiała PAP, to, w jaki sposób skorzystamy z narzędzia, jest sprawą polityczną i biznesową.

– Nie ma to też większego znaczenia, bo najważniejszy jest sam kierunek zmiany w systemie komunikowania społeczeństwu informacji o zagrożeniach – wskazał i podkreślił, że ukraińskie rozwiązania są sprawdzone w praktyce, od pięciu lat stale udoskonalane, często z dnia na dzień. Jak dodał, nie bez znaczenia jest też to, że pomimo skuteczności są niskobudżetowe.

Czytaj więcej

Alert RCB w całej Polsce. Służby ostrzegają. „Bądź przygotowany"

– W ukraińskim narzędziu bardzo przemyślana jest możliwość wyboru rejonu, w którym przebywamy lub do którego się udajemy – ocenił Safjański i wyjaśnił, że zagrożenia mogą mieć charakter globalny lub lokalny. Ludzki mózg uodparnia się na przebodźcowanie. Jeśli często będziemy dostawać alerty o zagrożeniu, którego efektów nie doświadczamy, nasza percepcja nieuchronnie się na nie znieczuli.

Zdaniem rozmówcy PAP najważniejszą rolą takiej aplikacji jest szybkie przekazywanie społeczeństwu komunikatów i rekomendacji z pominięciem szczebla politycznego.

– Oficer dyżurny musi mieć możliwość powiadomienia za naciśnięciem przycisku ludności w danym rejonie, że powinna podjąć określone działania. Zupełnie jak dyspozytor 112. Nawet jeśli nada trzy alerty, które potem – jak się okaże – nie będą miały potwierdzenia w autentycznym zagrożeniu, to i tak lepiej niż to, co mamy teraz – podkreślił.

Czytaj więcej

Problemy z „Poradnikiem bezpieczeństwa” po alercie RCB. MSW potwierdza

Jak dodał ekspert, posługiwanie się aplikacją i reagowanie na jej komunikaty powinno być elementem edukacji już w najmłodszych klasach.

– Tak jest w Japonii, gdzie każde, nawet małe dziecko wie, co ma zrobić, gdy otrzyma powiadomienie o trzęsieniu ziemi lub tsunami – przywołał przykład.

Tomasz Safjański: w kwestii bezpieczeństwa mamy sporo do nadrobienia

Rozmówca PAP uczulił, że w kwestii bezpieczeństwa mamy sporo do nadrobienia na wielu płaszczyznach i dotyczy to także sfery komunikacji. Jak wskazał, wciąż operujemy pojęciami czasu pokoju i czasu wojny. Tymczasem od paru lat jesteśmy w stanie wojny hybrydowej.

– Ataki hybrydowe są wielowektorowe, nieoczywiste, realizuje się je środkami militarnymi i niemilitarnymi. A my wciąż nie mamy skutecznego sposobu informowania o tych zagrożeniach, które mogą się zmaterializować nie tylko, gdy w naszą przestrzeń wpadnie rakieta lub drony – zaalarmował ekspert i podkreślił, że powinniśmy mieć to wypracowane i przećwiczone od pięciu lat. – A nie mamy. Nasz wróg jest doświadczony i nie wolno go lekceważyć. Co więcej, będziemy nękani tego typu działaniami przez kolejną dekadę, nawet po zamrożeniu konfliktu na Ukrainie – zawyrokował Tomasz Safjański.

Czytaj więcej

Marek Kozubal: Systemy alarmowania nie zadziałały najlepiej. Dlaczego jesteśmy głusi na zagrożenie

Część polskich internautów wyraża obawę, że ewentualne wdrożenie ukraińskiej aplikacji może skutkować pozyskaniem przez ukraińskie służby danych wrażliwych polskich użytkowników. Jak podkreśliła kolejna rozmówczyni PAP, dr Ilona Dąbrowska z Uniwersytetu Marii Curie-Skłodowskiej, specjalistka w dziedzinie mediów społecznościowych, dziennikarstwa internetowego i e-komunikacji, jeżeli sami nie jesteśmy twórcami danego software’u czy systemu, to nigdy nie ma stuprocentowej pewności, co dokładnie dzieje się z danymi.

– Po prostu na najwyższym szczeblu osoby zajmujące się ewentualną transakcją powinny zadbać o bezpieczeństwo danych obywateli, aby nic złego się nie wydarzyło – wyjaśniła.

Aplikacja „Повітряна тривога” (pol. alarm powietrzny) na urządzenia z systemem Android oraz iOS została uruchomiona 1 marca 2022 r. – kilka dni po rozpoczęciu pełnoskalowej rosyjskiej inwazji na Ukrainę. Jak czytamy na stronie Ministerstwa Transformacji Cyfrowej Ukrainy, powstała we współpracy tego resortu z firmami Ajax Systems i Stfalcon.

Czytaj więcej

Nocny alarm na Lubelszczyźnie. Opozycja: mieszkańcy mają prawo wiedzieć

Korzystanie z narzędzia nie wymaga rejestracji, aplikacja nie gromadzi danych osobowych ani danych geolokalizacyjnych, a powiadomienia są wyświetlane nawet wtedy, gdy wyciszymy lub zablokujemy telefon. Informacje o alarmach pochodzą od ukraińskich administracji obwodowych – podaje ministerstwo.

Jak czytamy na ukrainealarm.com – stronie internetowej tego systemu ostrzegawczego, program pełni wyłącznie funkcję kanału dystrybucji oficjalnych alarmów systemu obrony cywilnej; sam nie wykrywa obiektów powietrznych ani nie analizuje zagrożeń.

Zaledwie tydzień po uruchomieniu aplikacji wypuszczono aktualizację, dzięki której objęto systemem wszystkie 24 obwody, umożliwiono wybór poszczególnych miast i gromad – łącznie 1470 – oraz dodano możliwość sprawdzenia statusu alarmu bezpośrednio w aplikacji. Według resortu po tych zmianach narzędzie pobrało 2 mln użytkowników.

Według ukraińskiego serwisu technologicznego dev.ua, powołującego się na Ajax Systems, w ub.r. oprogramowanie miało 6,6 mln aktywnych użytkowników, a od powstania zostało pobrane 46 mln razy.