Wie pan, co się dzieje w armii?
Tomasz Siemoniak, minister obrony narodowej:
Sądzę, że tak. Staram się różnymi kanałami docierać do informacji i je weryfikować. Korzystam z różnych źródeł, także z mediów. Rolą ministra jest to, by mieć pełny i rzeczywisty obraz wojska.
Cofnął pan decyzję swojego poprzednika, że dowódcy mają przekazywać informacje za pośrednictwem szefa Sztabu Generalnego?
Ta sprawa ma szerszy kontekst i dotyczy całego systemu dowodzenia Siłami Zbrojnymi. Ale kontakt z dowódcami mam częsty. Ostatnio najwięcej rozmawiam z dowódcą Sił Powietrznych gen. Lechem Majewskim. Pracowaliśmy nad programem wdrażania wniosków z raportu komisji badania wypadków lotniczych po katastrofie smoleńskiej. Kilka razy rozmawiałem już z dowódcą Wojsk Lądowych. W przyszłym tygodniu wybieram się do Marynarki Wojennej.
To najbardziej przestarzały sprzętowo rodzaj wojska. Przyspieszycie jego unowocześnianie?
Wiadomo, że jest realizowany program modernizacji Marynarki Wojennej na najbliższe lata. Ale ponieważ wszyscy mówią to, co pani, chcę bardzo poważnie porozmawiać z dowódcami i marynarzami w Gdyni i obiektywnie ocenić sytuację. Wiem z własnego doświadczenia, że szczere i proste pytania dają dobre rezultaty.
Na pana proste pytania wojskowi udzielają szczerych odpowiedzi?
Na pierwszym spotkaniu dowódców z premierem Donaldem Tuskiem i ze mną jako ministrem powiedziałem, że oczekuję od nich tylko prawdy. W zamian mogą oczekiwać ode mnie tego samego. Osoby, które uczestniczyły w kolejnej odprawie, powiedziały, że była zupełnie inna niż za czasów mojego poprzednika. Nikt nie krępował się mówić także o rzeczach trudnych i przykrych.
Dużo ich jest?
Niemało. Wykonywanie cywilnej kontroli nad armią czy realizacja programów modernizacyjnych wojska mogłyby wyglądać lepiej. Wydatkowanie pieniędzy na te cele jest niezadowalające. Niebawem odbędzie się posiedzenie kierownictwa, by te sprawy dokładnie omówić.
Pana urzędowanie zaczęło się od trzęsienia ziemi. Dymisje 12 oficerów Sił Powietrznych, dwóch szefów departamentów, wiceministra. Będą inne?
Nie wykluczam. Minister ma prawo do prowadzenia własnej polityki personalnej. Te decyzje postrzegam jednak jako właściwą reakcję na raport komisji Jerzego Millera. Uważam, że zmiany były konieczne, także po to, by zmienić atmosferę, zwłaszcza wokół Sił Powietrznych.
Ewentualne dymisje są możliwe tylko w Siłach Powietrznych czy też w innych rodzajach Sił Zbrojnych?
Myślę, że to, co pani nazwała trzęsieniem ziemi, pokazało, iż nie mam specjalnych wahań, jeżeli chodzi o decyzje personalne. Jeśli ktoś popełnia błędy, to powinien ponosić za nie odpowiedzialność. Ani wojskowi, ani cywile nie powinni tracić poczucia, że konkretny człowiek odpowiada za swoje działania. Powtórzę, odpowiedzialność to podstawa.
Obserwując wojsko, mam wrażenie, że jeśli źle się działo, to winnych nie było. Mawiano: system źle działa, nie my.
Zawsze winne są konkretne osoby, bo to one tworzą system. Dlatego gdy opracowywaliśmy zmiany, które określa raport komisji Millera, powiedziałem dowódcy Sił Powietrznych, że oczekuję jasnych informacji, kto od dołu do góry odpowiada za bezpieczeństwo. Powiedziałem mu też, że osoby odpowiedzialne za bezpieczeństwo lotów muszą mieć mocną pozycję. Nawiązuję tu do oficera z bazy w Krzesinach, gdzie stacjonują samoloty F-16, który był odpowiedzialny za bezpieczeństwo. W pewnym momencie zażądał przerwania lotu właśnie ze względu na potencjalne zagrożenie.
I został za to wyrzucony...
Tak. Dlatego, nawet jeśli się okaże, że ktoś zbyt szybko podjął decyzję o przerwaniu lotu, ale miał na uwadze kwestie bezpieczeństwa, musi być chroniony. Tu nie może być mowy o jakichś koleżeńskich układach.
"Rz" ujawniła aferę w pułku śmigłowców w Inowrocławiu. Dowódca z pilotami fałszowali dokumentację szkoleniową. Nikomu nic się nie stało, a chorąży, który to ujawnił, musiał odejść z wojska.
W takiej sytuacji jak inowrocławska nie wahałbym się podejmować odpowiednich decyzji. Nie jest przecież tak, że każdy musi być na kierowniczym czy dowódczym stanowisku na zawsze.
100-tys. armia plus 20 tys. żołnierzy Narodowych Sił Rezerwowych to dobry model?
To model, który zastałem. On się kształtował przez 20 lat transformacji. Na pewno trzeba sobie odpowiedzieć na pytanie, czy ten model jest dobry w kontekście możliwych zagrożeń, w kontekście zobowiązań sojuszniczych. Ale też proporcji między poszczególnymi korpusami, liczby generałów czy sytuacji na rynku pracy. Okazuje się, że posada szeregowego zawodowego nie jest atrakcyjna. W krótkim czasie sprawa sytuacji szeregowych i podoficerów musi zostać uporządkowana. Właśnie na nich opiera się armia. Byłem niedawno w jednostkach w Orzyszu i Krzesinach. Podoficerowie nie są odpowiednio doceniani i na każdym spotkaniu z żołnierzami jest mi to jasno sygnalizowane. Armia opiera się na ich wielkiej fachowości, a jednocześnie są słabo opłacani i nie mają możliwości awansu.
Będzie pan redukował biurokrację w wojsku?
Wszystko, co zbędne, należy likwidować. Najważniejszy dla mnie będzie żołnierz, który jest na pierwszej linii działania. Zbyt skomplikowana i rozbudowana struktura nad nim pochłania pieniądze, opóźnia podejmowanie decyzji, żyje też trochę sama dla siebie. Jestem gotów podejmować śmiałe decyzje, by tych rozbudowanych struktur było mniej. Jestem gotów podejmować śmiałe decyzje, by tych rozbudowanych struktur było mniej.