Gminy muszą zwracać dawnym właścicielom zabrane im przez państwo w czasach PRL nieruchomości albo je od nich odkupić. Często za grube miliony.
Największy problem stanowią tereny, na których znajdują się publiczne budynki, na przykład szkoły. Przekonała się o tym ostatnio Pilawa leżąca w woj. mazowieckim.
Gmina musiała odkupić boisko i szkołę w miejscowości Trąbki od spółki Przemysł Szklany w Polsce, która wcześniej odzyskała je od samorządu. Była bowiem następcą prawnym firmy, której mienie zostało nieprawidłowo znacjonalizowane po II wojnie światowej. Kosztowało to gminę w sumie 1,5 mln zł. W szkole uczy się ok. 400 dzieci.
– Państwo pozostawiło samorządy bez żadnej pomocy, a przecież dla małych gmin wydatek na wykup budynku użyteczności publicznej jest często nie do udźwignięcia – żali się Albina Łubian, burmistrz Pilawy.
Z roszczeniami zmagają się także miasta i gminy z innych części Polski.
– Samorząd nie może uniknąć obowiązku zwrotu nieruchomości w naturze. Może tylko próbować nabyć roszczenia od uprawnionych na zasadach rynkowych – mówi prof. Maciej Kaliński z Uniwersytetu Warszawskiego.
Choć podstawy zwrotu nieruchomości są różne, dla samorządów wspólnym mianownikiem jest brak ustawy reprywatyzacyjnej. Była obiecywana przez kolejne rządy po 1989 r., ale nigdy nie udało się jej skutecznie uchwalić. A Ministerstwo Skarbu Państwa nadal nic nie zamierza w tej sprawie robić.
– Przez zwłokę państwa z wprowadzeniem ustawy samorządy w relacjach ze spadkobiercami muszą korzystać z innych rozwiązań: od wyrzucenia na bruk dotychczasowych użytkowników aż po darowiznę na rzecz samorządu. Wszystko zależy od sytuacji i dobrej woli obu stron – wskazuje Stanisław Ziemecki z Polskiego Towarzystwa Ziemiańskiego.